Blade Runner 2049 (2017), reż. Denis Villeneuve.
Blade Runner 2049 (2017), reż. Denis Villeneuve.

Blade Runner 2049. Recenzja filmu Denisa Villeneuve’a

Bardzo lubię filmy Denisa Villeneuve’a. Wydaje mi się, że nawet zakumałem Maelstroem. Nie zawsze są dobre (Politechnika, Wróg, Nowy początek), ale zawsze mają w sobie coś. Z tego względu nie bałem się seansu Blade Runnera 2049. A mogłem się bać, bo Blade Runner to jeden z filmów, których popularność i nabożne podejście pod jego adresem zawsze będzie mnie dziwić. Owszem, jest filmem ponadczasowym i nie zestarzał się nic a nic, ale zawsze na nim zasypiam. Zawsze! A próbowałem już obejrzeć go bez przeszkód przynajmniej kilka razy.

Zarysowawszy kontekst mogę więc przechodzić do recenzji filmu Blade Runner 2049. Recenzja filmu Blade Runner 2049.

O czym jest film Blade Runner 2049

Jest rok 2049. Ludzie i replikanci żyją sobie w miarę spokojnie na tym smutnym łez padole pozbawionym zwierząt i słonecznej pogody. Wydarzenia sprzed lat, kiedy Nexusy starej generacji biegały po mieście i zagrażały jego mieszkańcom, minęły bezpowrotnie. Zniesiony też został całkowity zakaz ich przebywania na Ziemi. Nic dziwnego. Korporacja Tyrella, która zamieniła się w korporację Niandera Wallace’a (Jared Leto) wypuściła na rynek super-hiper modele, które krzywdy nikomu nie zrobią. I znów, tak jak dawniej, wykorzystuje się je do brudnej roboty, a w najlepszym wypadku do towarzyszenia amatorom takiej rozrywki niczym Scarlett Johansson w Her tyle, że w holograficznym ciele. Amatorom takim jak K (Ryan Gosling), który szarości wieczoru spędza w towarzystwie dość dwuznacznie nazwanej Joi (Ana de Armas). K to łowca androidów, tytułowy blade runner. Łowcy wciąż są potrzebni, bo zachowało się kilka starych modeli, które trzeba wytępić, bo jakoś same się nie wytępiły mimo krótkiego terminu przydatności do spożycia. Kolejnym replikantem na liście K jest niejaki Sapper Morton (Dave Bautista). Rolnik. K odwiedza go na jego farmie, parę razy dają sobie po ryju i Sapper zostaje zdezaktywowany. Podczas przetrząsania należącego do niego podwórka, K odnajduje zakopaną skrzynię, a w niej szkielet. Badania szkieletu jasno wskazują na to, że należał on do kobiety, która zmarła w trakcie porodu. Więcej, była replikantką! No tego jeszcze nie grali! Gdy opinia publiczna dowie się, że replikanci są w stanie się rozmrażać, będzie przesrane. Przełożona K (Robin Wright) rozkazuje mu odnaleźć dziecko, które najwyraźniej przyszło na świat i może wciąż żyje. Wkrótce K ruszy tropem Ricka Deckarda (Harrison Ford), który kiedyś, tak jak K też był blade runnerem. A tropem K ruszy wysłana przez Wallace’a Luv (Sylvia Hoeks). Zabójcza androidzica, która nie cofnie się przed niczym, by tylko zadowolić swojego pana.

Recenzja filmu Blade Runner 2049

Podobało mi się. Nie ma najmniejszego sensu takie porównanie, ale podobało mi się bardziej niż oryginał. Nie ma sensu, bo zmieniło się wszystko. Blade Runnera pierwszy raz oglądałem pewnie na max 21 calach z kasety VHS pożyczonej od Muńka, a Blade Runnera 2049 w IMAX-ie (dobry wybór; myślałem, że niepotrzebny, bo 2D, ale film skrojony był idealnie pod duży, imaksowy ekran bez czarnych pasków wiadomej natury), więc już samo to wpłynęło pewnie na odbiór filmów, które robią wizualne wrażenie. Wtedy byłem młody i wolałem Obcego: Decydujące starcie, a dzisiaj jestem stary i wolę… w sumie nadal wolę Obcego: Decydujące starcie. Dlatego sensu w tym brak, ale gdy wpadnie na Q-Bloga podsumowanie październikowych seansów, film Ridleya Scotta będzie miał niższą ocenę.

Nie dziwi w zupełności fakt, że Blade Runner 2049 najprawdopodobniej zaliczy solidną finansową klapę. Zaliczy, bo (banał on) takich filmów dzisiaj się już nie robi (banał off) i statystyczny widz zdążył się już odzwyczaić, że coś może trwać 2 godziny 45 minut, podczas których przez przynajmniej 45 minut ktoś zbliża się wolnym krokiem bądź wyjmuje pół godziny drewnianego konika z pieca. Teraz liczy się, żeby coś wybuchało, ktoś rzucił żartem (tu był bodaj jeden tylko o uroczym bobasie – swoją drogą lepszy niż w oryginale), a potem się świeciło w rytm disco coveru znanej piosenki. W filmie Blade Runner 2049 tego nie ma, krzyż na drogę.

Villeneuve nad filmem Blade Runner 2049 ma całkowitą kontrolę i nawet na chwilę nie traci panowania nad swoim dziełem. Powoli i metodycznie buduje ciekawą historię kręcącą się wokół tych samych zagadnień, co w oryginalnym Blade Runnerze. Poszukiwania swojej tożsamości i odpowiedzi na pytanie czy androidom śnią się drewniane konie? Zastanawiania się nad tym, w jakim stopniu twórca panuje nad swoim stworzeniem i czy owo stworzenie ma prawo do wymagania czegoś więcej niż bezwzględne posłuszeństwo. Albo czegoś na wzór duszy. Całość sprytnie wiąże się z filmem sprzed lat i stanowi jego naturalną konsekwencję. Nie ma mowy o choćby fragmencie uczucia, że coś zostało dokręcone na siłę. Pod tym względem, jasne, można film Blade Runner 2049 obejrzeć ze zrozumieniem bez znajomości pierwszej części, ale większego sensu to nie ma. Oryginał lepiej znać, jeśli chce się czerpać pełną przyjemność z filmu Blade Runner 2049.

A tę zapewnia przede wszystkim spójna wizja przyszłości, która bez dwóch zdań mogłaby się wydarzyć. Na pewno nie w 2049, bo film jest konsekwencją wydarzeń pierwszego filmu i punkt wyjścia w istnieniu świata jest nieco inny, ale może już w 2149, kto wie. Dajcie znać w komentarzach, jeśli za 132 lata wpadniecie na tę notkę, jeśli w ogóle Internet będzie jeszcze istniał. I atrakcje wizualne, jakich Blade Runner 2049 jest pełen. Filmowy świat jest przemyślany, ponuro kolorowy (niemal radioaktywny śnieg kontra piekący kurz Las Vegas) i zaprojektowany z nieznośną precyzją. No może poza latającymi peżotami, które w locie wyglądają tanio. Blade Runner 2049 nadrabia scenografiami, w których być może brakuje jedynie trochę więcej ulicznego życia.

No i co? Mógłbym jeszcze napisać, że Gosling i Ford są drewniani i na ich tle de Armas wygląda na świetną aktorkę (nie wierzyłem w nią) albo że Hans Zimmer (z kolegą) zrobił swoje, ale nie mam czasu. Spieszę się na pierwsze seansy Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

(2299)

Bardzo lubię filmy Denisa Villeneuve'a. Wydaje mi się, że nawet zakumałem Maelstroem. Nie zawsze są dobre (Politechnika, Wróg, Nowy początek), ale zawsze mają w sobie coś. Z tego względu nie bałem się seansu Blade Runnera 2049. A mogłem się bać, bo Blade Runner to jeden z filmów, których popularność i nabożne podejście pod jego adresem zawsze będzie mnie dziwić. Owszem, jest filmem ponadczasowym i nie zestarzał się nic a nic, ale zawsze na nim zasypiam. Zawsze! A próbowałem już obejrzeć go bez przeszkód przynajmniej kilka razy. Zarysowawszy kontekst mogę więc przechodzić do recenzji filmu Blade Runner 2049. Recenzja filmu Blade…

Czas na ocenę:

Ocena: 9

9

wg Q-skali

Podsumowanie: Odkrycie dokonane przez detektywa K może zaburzyć równowagę pomiędzy twórcą człowiekiem, a jego stworzeniem replikantem. Trzeba coś na to zaradzić. Wizualne arcydzieło z gatunku science-fiction, jakiego dzisiaj się nie kręci. Może trochę przeintelektualizowane, ale ja tego nie zauważyłem.

8 odpowiedzi

  1. Ja z tych, którzy na BR 2049 popędzili w zeszły w piątek, a do oryginału mam stosunek nabożny.
    I mógłbym podpisać się pod recenzją. Rozwinąłbym tylko motyw muzyki, bo wyjątkowo się Zimmerowi (wraz z podchujaszczym, który pewnie odwalił całą robotę) udała. Idealnie nawiązuje do ścieżki Vangelisa z oryginału, z resztą ponoć Hans specjalnie wyciągnął z magazynu stary model syntezatora wtedy użytego.

  2. jako wielki fan jedynki oraz cyberpunka poszedłem do kina z duszą na ramieniu, wiadomo reżyser to nie jakiś rzemieślnik ale lepak z łapanki ale nie każdy jego film był dla mnie świetny (do słabszych zaliczam Arrival oraz Wróg, do lepszych Sicario oraz Labirynt) więc mogło być różnie, na szczescie film wyszedł mu świetnie ale jak już miałbym sie na siłę czepiać (podkreślam na siłę) to zdjęcia mogły by być lepsze (żebyśmy sie rozumieli nie chodzi mi o scenografię, lokacje, efekty i grę światła i cienia ale o same ujęcia, były dobre ale nie bardzo dobre (no może z wyjątkami), mając do dyspozycji tak fajną scenografię i budżet można było wycisnąć znacznie wiecej), druga rzecz która ciut odstawała od reszty to muzyka, Zimmer zrobił kawał swietnej roboty i to co jest jest niezłe jest hołdem dla jego poprzednika ale zabrakło mi muzyki w muzyce (jak cukru w cukrze) , zabrakło mi dwóch moze trzech utworów muzycznych z prawdziwego zdarzenia (bo to co jest to taki bardziej muzyczny backround niż utwory same w sobie)

  3. brak możliwości edycji komentarza, miało być: „reżyser to nie jakiś rzemieślnik albo lepak z łapanki”

  4. Cały czas mam dylemat czy iść na to do kina, bo jednak to tylko sequel, bo znowu stoi za tym Scott (który się skończył jakoś po „Gladiatorze” czyli wieki temu), bo ujęcia w trailerze choć ładne, to trochę sterylne, bo wreszcie odsłuchałem soundtrack i jest koszmarny (do Vangelisa to się nie umywa, ani to nie ma klimatu S-F noir, ani żadnych melodii)… 9/10 niby zachęca, ale Quentin dał 10/10 „To”, które przecież jakieś genialne nie było… No i tak się biję z myślami… 😉

  5. Quentin

    Ale quentinowe 10/10 wcale nie oznacza, że film jest genialny czy wybitny. Oznacza tylko tyle, że bardzo mu się podobał :).

  6. Po Gladiatorze nakręcił jeszcze pare dobrych filmów jak Helikopter w ogniu, Naciągacze, Królestwo niebieskie, Dobry Rok i American Gangster. A nowy BR to film Villeneuve co widać a nie Scotta. Widocznie nie wtrącał się reżyserowi producent do tego co zamarzył sobie Villeneuve.

  7. Dopiero wybieram się do kina, podkuszony opiniami – nie tyle pozytywnymi, których jest większość, ale mieszanymi odczuciami czy słabymi ocenami. Mam jednak nadzieję, że i w moim przypadku będzie chociaż 8/10. Recenzja bardzo spoko.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.