Martha Higareda i Joel Kinnaman w serialu Altered Carbon. Netflix
Martha Higareda i Joel Kinnaman w serialu Altered Carbon. Netflix.

Altered Carbon. Recenzja serialu. Netflix

2 lutego na platformę Netflix wjeżdża nowy serial – Altered Carbon. A już dzisiaj u mnie przedpremierowa recenzja jego pięciu pierwszych odcinków. A przynajmniej tyle obejrzałem w momencie pisania. Gdy recenzja wjedzie na Q-Bloga będę pewnie już dalej. Tak, to pierwsza dobra wiadomość – na pewno skończę Altered Carbon. A to oznacza, że jest dobrze! Recenzja serialu Altered Carbon, czyli zachowując tytuł książkowego pierwowzoru – Modyfikowany węgiel.

O czym jest serial Altered Carbon

Ech, żeby to było takie proste ;). Nie jestem specem od cybrpunka, a serial oglądam w oryginale, więc będąc skazanym na szybkie gadanie cyberpunkowym żargonem czasem jestem jak dziecko we mgle…

Daleka przyszłość, XXVI wiek. Ziemia nazywa się teraz z grubsza Protektoratem Narodów Zjednoczonych, a jej ekspansja na odległą galaktykę stała się faktem. Podbój kosmosu wiąże się z koniecznością utrzymywania dobrze wyszkolonych sił zbrojnych zupełnie nowego typu, tzw. Korpusu Emisariuszy. Z pomocą przychodzi zaawansowana technologia umożliwiająca przesył ludzkiej świadomości hen poprzez lata świetlne dzięki transferowi strumieniowemu. Świadomość zapisywana jest na tzw. stosie korowym wszczepianym w kręgosłup na wysokości karku. Tym samym praktycznie udało się oszukać śmierć i zdigitalizować życie. Zawartość stosu korowego można uploadować w dowolną powłokę (czyt. ciało) i kontynuować egzystencję. Żołnierze Korpusu zostali wyszkoleni do częstej zmiany ciała, koniecznej w szybkich podróżach międzyplanetarnych. Jedyne na co trzeba uważać to sam stos, bo jeśli on ulegnie zniszczeniu, wtedy umieramy naprawdę.

Tyle teoria, ale w praktyce nie jest tak ko(lo)rowo. Przede wszystkim szarego człowieka nie stać na atrakcyjne powłoki – ładniejsze, wyposażone w lepsze umiejętności – a co za tym idzie może sobie pomarzyć o lepszym ciele niż jego własne. Jedyne dostępne mu powłoki nie zachęcają do transferu świadomości, kończy się więc przeważnie na dożyciu starości, ewentualnie jednej próbie wszczepienia stosu w dziadowską powłokę i takie życie okazuje się na dłuższą metę męczące. Świadomość wędruje do lodówki, a nuż kiedyś coś. Kwitnie handel atrakcyjnymi powłokami uskuteczniany przez więzienia pełne powłok skazańców, a tylko najbogatsi mogą pozwolić sobie na klony. Dzięki nim mogą być nieśmiertelni i na wieki pozostać w swoim ciele, no może poprawionym tu i ówdzie, głównie w kroku, czasem w cyckach. Dla najbogatszych dostępna jest również opcja backupowania swoich stosów tak, by nawet w przypadku ich zniszczenia zachować w pełni swoją świadomość.

Jednym z takich nieśmiertelnych, zwanych Matami (od Matuzalema) jest Laurens Bancroft (James Purefoy). Pewnego dnia jego mózg zostaje rozpryśnięty na ścianie posiadłości Laurensa, a stos zniszczony. Przeprowadzone w tej sprawie śledztwo wskazuje bez wątpliwości na samobójstwo. Bancroft jednak w to nie wierzy i uważa, że ktoś próbował go zamordować. Problem w tym, że ostatni backup jego świadomości został wykonany przed 48 godzinami, nie wiadomo więc, co wydarzyło się w przeciągu tego czasu. Dodatkowo ktoś bezskutecznie spróbował zhackować transmisję strumieniową jego backupu z satelity wojskowego krążącego po orbicie Ziemi. Bancroft postanawia przeprowadzić prywatne śledztwo.

W tym celu z więzienia (czytaj: składowiska stosów kryminalistów) po 250 latach odsiadki zwolniony warunkowo zostaje Takeshi Kovacs (Joel Kinnaman), były żołnierz Korpusu Emisariuszy. Wyszkolona do zabijania maszyna na dwóch nogach zostaje wyposażona w atrakcyjną powłokę, na którą Laurens nie żałuje pieniędzy. Mat zleca Kovacsowi śledztwo w sprawie swojego morderstwa. Cyniczny Takeshi nie zamierza przyjmować zlecenia. Dobę na podjęcie decyzji chce przeznaczyć na chlanie i dziwki, a potem wrócić na zawsze do lodówki. Laurens jednak wie, jak przekonać go do przyjęcia roboty.

No i to z grubsza :) punkt wyjścia serialu Altered Carbon.

Recenzja serialu Altered Carbon

Nie jest łatwo szarpnąć się na ekranizację cyberpunkowej powieści, jeśli nie jest się Japończykiem rysującym mangi. Skrząca neonami dystopijna przyszłość fajnie wygląda w wyobraźni czytelnika, ale gdy te wyobrażenia zderzają się z obrazem zapisanym na taśmie filmowej (czy na czym oni tam teraz filmy kręcą), często jedyną refleksją jest jęk zawodu. Bo albo twórcy mieli za mały fundusz, albo w obawie o to, że głupi widz nie zrozumie, podeszli do tematu zbyt dziecinnie. Nie ma się więc co dziwić, że ekranizacje cyberpunka w ogóle można policzyć na palcach jednej ręki. Bezpieczniej zainwestować w komedię romantyczną albo w ekranizację komiksu Stana Lee.

Druga strona medalu jest natomiast taka, że widz rzeczywiście jest głupi i nie dla niego te wszystkie Blade Runnery 2049, niezależnie od tego jakby nie były dobre. Faktów nie oszukasz.

Trudno wyrokować przed czasem, ale mam wrażenie, że ryzyko zrealizowania cyberpunkowego serialu na bazie kultowej powieści Richarda K. Morgana podjęte przez Netfliksa się opłaciło. Opłaciło, bo udało się znaleźć ten złoty środek, który pogodzi ze sobą widza oczekującego poważnego i ambitnego podejścia do tematu, jak i tego, dla którego ważne jest, żeby fabuła nie była zbyt ciężka i potrafiła zapewnić rozrywkę. Bo ileż można rozkminiać kondycję ludzką w zetknięciu z technologicznym postępem i jego skutkami ubocznymi? Nawet jeśli fabuła Altered Carbon to jeden wielki skutek uboczny.

Atrakcyjność fabuły pełnej zwrotów akcji i twórczego wykorzystania ukształtowanej tak a nie inaczej rzeczywistości, wynika bez dwóch zdań z bardzo atrakcyjnego pomysłu na fabułę. Połączenie kryminału noir ze stylistyką cyberpunkową sprawdza się głównie dlatego, że możliwości, jakie daje przenoszenie świadomości z ciała do ciała i praktyczna nieśmiertelność są nieograniczone. Punkt wyjścia już od pierwszych minut serialu poddawany jest obróbce i analizie na najdrobniejsze szczegóły, ze szczególną uwagą kwestii wiary, a kiedy wydaje ci się, że już zobaczyłeś wszystkie możliwe implikacje – okazuje się, że możliwości wykorzystania stosów i powłok wcale się nie wyczerpały. Wymarzone środowisko dla krwistego kryminału.

Choć to produkcja telewizyjna (no wiadomo o co chodzi), to trudno było przypuszczać, że Altered Carbon zawiedzie w warstwie realizacyjnej. Oczywiście naturalne ograniczenia wynikające z czasu trwania zmuszają twórców do tego, by nie szarżować z widowiskowością i Altered Carbon nie jest od początku do końca świecącą migotką pokroju niedawnego Ghost in the Shell. Często gościmy we wnętrzach, które już tak cyberpunkowe nie są. W końcu choć jesteśmy w Bay City to tak naprawdę stare, dobre San Francisco. Kiedy jednak trzeba, Altered Carbon bardzo dobrze przedstawia bladerunnerowy świat przyszłości i nawet w mniej widowiskowych odcinkach potrafi zaserwować jakieś smaczki, np. widowiskową walkę na antygrawitacyjnym ringu czy przesłuchanie w wirtualnej rzeczywistości.

Wydaje się, że najsłabszym elementem Altered Carbon jest dość drewniana obsada. Choć to takie szukanie dziury w całym i okropnie źle oczywiście nie jest. Kinnaman spektakularnie przypakował do roli Kovacsa, ale zdecydowanie brakuje mu zawadiackości bohaterów pokroju McClane’a Bruce’a Willisa. Dowcipnie napisane dialogi dawały dużo większe pole do popisu niż rzucane ze śmiertelnie poważną miną impertynencje. Zblazowany, nieśmiertelny Purefoy sprawia równie obojętne wrażenie, choć może to wynikać z blazy spowodowanej światem, w jakim żyją. Zdecydowanie nie sprzyjającym do bycia wyluzowanym wesołkiem. Tak czy siak mam wrażenie, że przydałoby się obsadzie jeszcze parę bardziej znanych nazwisk, a i główne role można było obsadzić lepiej. Obsadę uzupełniają m.in. Kristin Lehman, Martha Higareda, Antonio Marziale, Waleed Zuaiter, Hayley Law, Matt Frewer i Ato Essandoh.

W efekcie powstał bardzo ciekawy serial, który podjął się trudnego zadania wiarygodnego przedstawienia cyberpunka na ekranie. Nie jestem fanem cyberpunka, właściwie to nic o nim nie wiem, dlatego skłamałbym, że Altered Carbon trzyma mnie na skraju fotela i nie zasnę póki nie obejrzę kolejnego odcinka. Także dlatego, że trafiło się po drodze trochę wypełniaczy, raczej niezbędnych w dziesięciogodzinnej fabule. Bardzo doceniam jednak pomysł na niego, uważam, że wykonanie spokojnie mogłoby się znaleźć na najwyższej półce telewizyjnych realizacji i z zainteresowaniem obejrzę Altered Carbon do końca. Poza tym też pewnie bardziej wyluzowałbym się podczas seansu, gdybym nie musiał uważać na każde wypowiedziane słowo, żeby nic mi nie umknęło. Trzeba będzie powtórzyć z tłumaczeniem!

15 odpowiedzi

  1. Polarbear_pl

    A już myślałem że wyszło tylko mi nie przypomniał netflix o tym. No nic poczekam do 2 lutego. Fanem cyberpunka nie jestem, blade runnera nie widziałem ale zwiastun robił nadzieję że będzie dobrze się to oglądać i cieszy ze tak jest.

  2. Quentin

    @yottahz
    Dziękować :)

  3. Dobra, a …wiadomo co… są? 😉

  4. Quentin

    Owszem, są obecne 😉

  5. na netflixie zdecydowanie wolę inne propozycje

  6. To jak są cycki to może ze dwa odcinki obejrzę bo skoro Tobie się podobało to dla mnie będzie kicha.

    Tak na marginesie – Blade Runner dział się w 2019 roku a nowy w 2049 a tu mówisz o XXVI wieku.
    To chyba inne epoki 😉

    pozdrawiam
    Arek

  7. Quentin

    Bladerunnerowy wyglądowo, nie czasowo.

    Pozdrawiam,
    Łukasz :)

  8. Nieoglądalny serial. Latino policjantka rujnuje każdą scenę w której się pojawia. Do tego wszystko mega kliszowe i co najgorsze nudne.

  9. Zdzierżyłem ledwie 1,5 odcinka :(

    To jest gorzej niż nieoglądalne – nie jestem w stanie strawić ścieżki dźwiękowej w tym głosu głównego aktora. Jak go słyszę to mnie żółć zalewa :(

    pozdrawiam
    Arek

  10. Mnie bardziej drażni ta super-duper murzynka, przywódczyni buntowników z super planem skrócenia średniej długości życia Japończyków, żeby było równo. 😀

    Chociaż chyba najbardziej irytujący jest fakt, że budzą gościa po 250 latach, a tu technologia wcale nie poszła do przodu, zbudowali parę nowych wieżowców, ale generalnie constans, gościu się czuje jak w swoich czasach, bez problemu odnajduje się w technologicznych zawiłościach. Tymczasem dzisiaj po 25 latach człowiek by nie ogarnął w tych nowych windowsach, internetach i googlach, a ten dwa i pół stulecia jakby nigdy nic. O jakichś zmianach kulturowych, językowych nie wspominam nawet.

    Netflix się opuszcza niestety.

    Oby „Mute” Duncana Jonesa spełnił choć część niespełnionych obietnic „Altered Carbon”.

  11. Polarbear_pl

    A ja nie narzekam, ogląda się dobrze, na głupoty przymykam oczy czasem (jeszcze nie skończyłem 3 odcinki zostały). Policjantka była przez chwilę irytująca ale się przyzwyczaiłem bądź się wyrobiła. Główny bohater jest spoko, dobre teksty mu dali a show skradł szef hotelu a właściwie hotel:)
    Wizualnie wygląda świetnie. To że technologia nie poszła do przodu to wybór autora/reżysera i tyle nie ma się co czepiać.

  12. „wybór autora/reżysera” – no tak to każdą fabularną głupotę można usprawiedliwiać. Policjantka jest fajna w 5 odcinku głównie… ;)))

  13. Polarbear_pl

    Niby tak, ale przynajmniej się tego trzymają. Takiego połączenia nowego ze starym. W końcu kiedyś mogą przystosować z rozwojem technologii jak już wystarczająco dobra będzie. Albo bogaci się tak zajęli rozpustą że nie w głowie im był dalszy rozwój.
    Jedynie do tego że ogarnął co to jest ten ai hotel od razu bym się czepil ale w sumie to mówili chyba że kiedyś były popularne i to jakiś relikty.
    Obejrzałem do końca i dalej 9/10 daje w swoim rankingu seriali. I czekam na więcej w tym samym klimacie.

  14. No właśnie problem tkwi w tym, że konsekwencji tu za bardzo nie ma, ewentualnie w tym, że ludzkość w tym XXktórymśtam wieku przestała myśleć jakkolwiek logicznie. Z kolejnych odcinków dowiiadujemy się, że możliwe (i skuteczne) są wszczepy protez kończyn zapewniające nadludzką siłę, transfer świadomości do syntetycznych powłok, które mogą dowolnie zmieniać wygląd, transfer świadomości do chmury czy VR… ale wszyscy uparcie pchają się do byle jakich dostępnych ciał, choćby to była staruszka, czy jakiś alkoholik. Dlaczego nikt poza bohaterami nie wpadł, by korzystać z innych technologi, jeśli są na wyciągnięcie ręki i zapewniają lepsze efekty? Zbiorowa pandemia debilizmu? Czy tylko efekt pracy scenarzystki kuriozalnego „Terminator: Genisys”? 😛

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.