Pogorzelisko, Politechnika, Maelstrom = Denis Villeneuve

Pogorzelisko [Incendies]

Kontynuujemy rozpoczętą wczoraj wycieczkę po kinie Denisa Villeneuve’a, którego najnowszy Labirynt już od jutra będziecie mogli obejrzeć w kinach. A zaczynamy od najlepszego bez wątpienia filmu w jego dotychczasowej karierze – „Pogorzeliska”. „Pogorzeliska”, które zapewniło mu nominację do Oscara (BTW konkurowało m.in. z Kłem, który dziś w nocy będzie można zobaczyć w TVP2 – polecam)

Kanada. Dwoje bliźniaków przeżywa lekki szok podczas odczytania testamentu ich niedawno zmarłej matki. Kategorycznie zabrania im ona swego uroczystego pochówku, a co ważniejsze zostawia dwa listy, które mają wręczyć ojcu i bratu, o których istnieniu nie mieli pojęcia (no wiecie o co mi chodzi, że mieli jakiegoś tam ojca to wiedzą :P). Brat jest początkowo niechętny wypełnieniu testamentu, a siostra od razu rusza na Bliski Wschód, by rozpocząć poszukiwania w rodzinnym kraju matki.

„Pogorzelisko” to film przede wszystkim wstrząsający. Historia o tym jak religia i religijna nienawiść mogą zamienić piękne miejsca w piekło. O ludziach, których jedynym celem w życiu jest niszczenie drugich ludzi tylko dlatego, że wierzą w innego boga. Poznajemy ten świat religijnych uprzedzeń i krwawiącej historii Bliskiego Wschodu oczami prowadzących do tej pory normalne, spokojne życie Kanadyjczyków i tak samo jak oni jesteśmy poruszeni tym, co widzimy.

„Pogorzelisko” to historia uniwersalna, która mogłaby w zasadzie wydarzyć się wszędzie. Zresztą nazwa kraju, w którym dzieje się akcja filmu nie pada ani razu (raz wydawać by się mogło, że jesteśmy w Palestynie, za chwilę w Libanie) i nie ma to większego znaczenia dla fabuły, bo nie jest to film historyczny. Skakanie pomiędzy jednym konfliktem, a drugimi zaszłościami pomaga uwypuklić sedno tego wszystkiego, czyli spiralę śmierci, której nie sposób powstrzymać. Tym brutalniejszą, że często odbywająca się w cieniach gajów oliwnych. Pięknych dopóki nie pojawi się w nich człowiek.

Podobnie jak w przypadku „Labiryntu” błędem byłoby traktować historię opowiedzianą przez Villeneuve’a zbyt dosłownie. Znów nie wszystkie przedstawione fakty układają się w jedną sprytną całość. Mylić może choćby wiek niektórych aktorów (by nie spoilerować), którzy są za młodzi do swoich ról. Kusi, by fabułę przeskakującą przez dziesięciolecia poddać jakiemuś wzorowi matematycznemu, by udowodnić, że to czy tamto jest niemożliwe. A w końcu drażnić też może finał dla jednych przewidywalny, dla drugich zbyt tandetny i nieprawdopodobny. Pytanie tylko po co psuć sobie tym film, kiedy opowiada on o zupełnie czymś innym. Nie ma widzowi dać po głowie finałowym twistem. Wystarczająco dużo razy daje po łbie w trakcie seansu.

Jak każdy film dotykający do żywego tematu religii, także i „Pogorzelisko” łatwo budzi emocje wśród tych którzy w osobie reżysera jednym razem dostrzegą lewaka innym zaś muzułmanofoba. Celowo zapewne kłują prowokacyjnie w oczy muzułmańscy fanatycy, czy obrazki Matki Boskiej wpięte w lufy kałachów. Gdy dyskusja o filmie przenosi się do dyskusji o religii, dopiero wtedy widać, że świat nie jest i zapewne nigdy nie będzie gotowy na zmiany. Także i takimi dyskusjami, już niebezpośrednio, Villeneuve’owi udaje się udowodnić swoją tezę. Tezę, która dla mnie jest wystarczająco wyraźna, nawet jeśli film kończy względny happy end.

Porównując do siebie „Labirynt” i „Pogorzelisko” śmiem twierdzić, że fabuła w rękach Villeneuve’a jest tylko złem koniecznym, które być musi. A skoro tak, to stara się ją ułożyć jak najbardziej efektownie nie zwracając uwagi na to, czy wszystko jest spójne i ma sens. Bo to, co dla niego naprawdę ważne to forma i przekaz, jaki ma dla widza. 9/10

***

Politechnika [Polytechnique]

6 grudnia 1989 roku uzbrojony mężczyzna wkroczył na teren École Polytechnique w Montrealu. Zanim popełnił samobójstwo postrzelił 28 osiem osób, spośród których zmarło 14.

Najkrótszy i najgorszy film Villeneuve’a, jaki dane mi było zobaczyć. I w zasadzie trudno mi nawet powiedzieć dlaczego. Jeśli miał na ten film jakiś pomysł – inny niż suche odtworzenie dramatycznych wydarzeń i ich pokłosia – to ja go nie dostrzegłem. Może wina leży po mojej stronie, bo akurat nie podejrzewałbym reżysera o chęć zaistnienia poprzez podjęcie kontrowersyjnego tematu.

Ucieszyć powinni się ci, którym w filmach kanadyjskiego reżysera zgrzytają dziurawe fabuły. Jako że film skupia się właściwie tylko na rekonstrukcji grudniowych wydarzeń (w tle dowiadujemy się trochę o motywach mordercy i o tym, co dalej z niektórymi z ofiar) to trudno mówić tu o jakiejś fabule. Daje ona jedynie pretekst do rozważań o feminizmie (morderca był zdecydowanym antyfeministą) i umożliwia bierne towarzyszenie krwawej łaźni (czarno-białej, bo na takiej taśmie został nakręcony film).

Punktem wspólnym dla dalszych filmów reżysera jest tutaj beznamiętne opowiadanie ciężkiej historii, które interpretację zostawia całkowicie widzowi. Ale czy można po seansie dojść do innych wniosków poza tymi, że zło czai się wszędzie? Chyba nie. 6/10

***

Maelström

Na koniec cofinijmy się do początków kariery reżysera i zatrzymajmy na chwilę przy filmie, którego tytuł widzicie wyżej. I choć powstał trzynaście lat temu, to podejmuje jakże aktualną tematykę…

Bibi pozornie jest kobietą sukcesu. Jej wydawać by się mogło poukładane życie zmienia ciąża, a ściślej rzecz biorąc jej usunięcie. Od tej pory życie Bibi splata się tajemniczo z żywotem starszego pracownika centrali rybnej. Co z tego wyniknie?

Wpłynęliśmy na nieznane do tej pory wody (dosłownie zresztą) w karierze Villeneuve’a – oto w „Maelströmie” pojawia się w dużych ilościach coś, czego próżno szukać w jego późniejszej filmografii. Poczucie humoru! Bo film ten to czarna komedia oparta na często wykorzystywanym filmowym temacie przenikania kilku pozornie niezwiązanych ze sobą ludzkich losów. Rozpoczynająca się jakże niewykorzystywanym tematem, a mianowicie… gadającą rybą z piekła rodem.

Powiem szczerze, że nie od początku urzekła mnie ta historia, wręcz przeciwnie. Może nie wiedziałem, czym jeść ten zupełnie niespodziewany humor przeplatający poważne tematy krążące wokół życia i śmierci. Potrzeba było czasu, żeby dostrzec w filmie urok, a zanim film się skończył byłem już całkowicie pozytywnie do niego nastawiony. Po wybitnej scenie finałowej nie miałem już wątpliwości, że śmiało można dawać 8/10. Szczególnie że to film reżysera na początku swojej ścieżki zawodowej, a już znamionujący to, że warto jego nazwisko zapisać na karteczce.

„Maelström” nie jest filmem do końca normalnym i trzeba trochę dobrej woli, żeby się w niego wkręcić. Ale takch filmowych baśni też wciąż potrzeba do szczęścia.

(1591)

4 odpowiedzi

  1. Jeśli chodzi o Denisa Villeneuve to Pogorzelisko i Labirynt są wyśmienite. Gorzej z Politechniką, a do Maelström musiałem zrobić trzy podejścia. W każdym razie Denis to bardzo ciekawy współczesny reżyser, a tendencja jest wzrostowa.
    BTW: będzie recenzja Wroga?

  2. Quentin

    Kurde, na wszystko muszę odpowiadać: nie. :) No dobra: chyba nie. Wydawało mi się, że gdzieś, coś o nim pisałem, ale to pewnie na Q-Fejsie. Nie urzekł mnie i nie wiem po co DV tak szybko zrobił kolejny film po „Labiryncie”. Raczej byłem na nie, czyli 6/10 z wyrokiem: bez recenzji! :)

  3. Nie używam fejsa, więc ominęła mnie ta informacja. Trudno. W każdym razie dzięki za odpowiedź i szybką minirecenzję :-)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.