Projekt 1000 (Część 6)

„Obcy – Decydujące starcie” [„Aliens”]

Przygodę z serią filmów o obcych zacząłem od fascynacji… ich tytułami. Pamiętam, że przeglądałem w jakiejś Trybunie LKudu czy co to było repertuar kin i mój wzrok zawsze zwracały długie tytuły, po których starałem się domyślić, o czym może być film pod tytułem „Obcy – Decydujące starcie” (nie jestem pewny czy „8 pasażer Nostromo” też mi tam przez wzrok przelatywał, ale chyba tak). No, ale były to czasy, gdy zamiast chodzić do kina, to zazdrościłem rodzicom, że oni chodzą i mi opowiadają, co widzieli pocieszając, że jak dorosnę…

„Obcych” zacząłem od drugiej części właśnie nie wiedząc o filmie chyba nic. Pożyczyłem kasetę od koleżanki (nazwisko pamiętam do dzisiaj 😉 ) z podstawówki i wiedziałem tyle, że miało być science fiction. Nie trudno się domyślić, że w czasach filmów takich jak „Creepozoids” czy inne mutanty (te też mi się podobały, wiadomo) „Aliens” musiał wywrzeć wrażenie na widzu z podstawówki. I wywarł. A najbardziej te transportowce z wielkimi kołami.

No i to, że się super strzelali. Na wyobraźnię działały mi te liczniki wystrzelonych pocisków (a raczej tego, ile ich zostało) (M41A Pulse Rifle).

O co chodzi w „Aliens” każdy wie, więc nie ma się, co rozpisywać w tym temacie. Jest sobie Ripley, która ponad pięćdziesiąt lat fruwała zahibernowana z kotem po kosmosie. Szczęśliwym trafem zostaje odnaleziona, a jakiś czas potem wraca z oddziałem komandosów na planetę krwiożerczych kosmicznych potworów z kwasem zamiast krwi. Sweet.

Rzeczą, która najbardziej mnie przez lata interesowała, było to, gdzie też po „Aliens” przepadła niejaka Vasquez. Wicie:



– Vasquez, nikt cię nigdy nie pomylił z mężczyzną?
– Nie. A ciebie?

Muskularna i wojownicza Vasquez chyba najbardziej zapadła mi w pamięci z całego oddziału kosmicznych Marines, ale jakoś tak się złożyło, że pojawiła się w filmie Camerona, a potem zniknęła. Sprawa zastanawiająca, bo co jak co, ale rolę miała wybuchową i sprawdziła się w niej w stu procentach. No i zawsze byłem ciekaw, co też się z nią (Jenette Goldstein, tak się nazywa ta aktorka) potem podziało. Okazało się, że nic ciekawego. Przynajmniej nie w jej karierze filmowej. Zagrała parę epizodów i tyle.

Jenette Goldstein w „Aliens”:

Jenette Goldstein w „T:2 – Judgment Day”:

Jenette Goldstein w „Lethal Weapon 2”

***

„Prawdziwy geniusz” [„Real Genius”]

Miałem pisać o każdym filmie z mojej listy, więc zaznaczam, że kolejny na niej jest właśnie ten. Nic o nim jednak nie wiem poza tym, że gra w nim młody Val Kilmer. I że gdzieś widziałem zajawkę, która mnie zaciekawiła i że nagrałem go sobie z TV, gdy leciał i że byłem zawiedziony, że nie jest taki fajny jak zajawka. Choć mam wrażenie, że niedokładnie go oglądałem.

I tyle. Licznika recenzji ta wzmianka nie poprawiła, ale jak postanowienie to postanowienie.

***

„Pamięć absolutna” [„Total Recall”]

Douglas Quaid (Arnold Schwarzenegger) każdego dnia łupie kamień. Marzy jednak o czymś więcej – skoro życie ma monotonne (z Sharon Stone?? kaman!), to chciałby mieć chociaż fajne wspomnienia. Idzie więc do firmy zajmującej się wszczepianiem pamięci no i się zaczyna.

Po dziś dzień nie wiem (a zastanawiam się od zawsze prawie) kogo bardziej lubię – Sylvestra Stallone czy Arnolda Schwarzeneggera. Niby skłaniam się ku Sly’u, który nie dość, że występował w fajnych filmach to jeszcze pisał do nich scenariusze i je reżyserował (Arnold napisał dialogi do „Raw Deal” i wyreżyserował „Święta w Connecticut” i jeden z odcinków „Opowieści z krypty”, więc sami wiecie), ale za każdym razem, gdy oglądam takie filmy jak „Pamięć absolutna”, to sam już nie wiem. Pod groźbą śmierci powiedziałbym, że wolę Sly’a, ale Arnie też przez długie lata mojej videoprzygody rządził.

„Pamięć absolutną” przywiozłem sobie z nieistniejącej już giełdy w Katowicach. Przywiozłem sobie wtedy dwie kasety, na jednej film Verhoevena, a na drugiej „Powrót do przyszłości 3”. I już samo to, że pamiętam takie szczegóły, świadczy o tym, jakim przeżyciem było wtedy obejrzenie takich filmów. A teraz? „Łyka” się jeden bzdet za drugim i na drugi dzień nawet nie pamięta, co się oglądało. Ewentualnie samemu się zramolało. Taaa…

Verhoeven w najwyższej formie i tyle. Potwierdził tym filmem to, o czym już gdzieś tu wspominałem, że to w jego filmach zobaczyć można najfajniejsze rany postrzałowe ever. I odrywane windą ręce. Kiedyś to się robiło filmy, ech…

(646)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.