Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
Arnold Schwarzenegger w filmie Terminator Genisys recenzja
Terminator: Genisys (2015) - reż. Alan Taylor

He’s back! – recenzja filmu Terminator: Genisys

W trakcie oglądania fruwającego w kinach od środy Terminatora: Genisys wymyśliłem sobie taką teorię mówiącą o tym, że wielka siła tkwi w pieniądzach. Wystarczy trochę posmarować i nawet Arnold Schwarzenegger wygląda na dwadzieścia lat mniej niż w trzecim Terminatorze: Buncie maszyn dwanaście lat wcześniej, gdy wyglądał na dwadzieścia lat więcej niż teraz. Jest z tą teorią tylko jeden problem. Patrzę sobie właśnie na IMDb i jestem w szoku. Genisys nakręcili za marne 155 milionów dolarów, a Bunt maszyn za milionów 200. No naprawdę szok. Porównując obie części, przeciętna trójka wygląda jeszcze gorzej. Plastikowa, z dziwnymi aktorami, za starym do kina Arnoldem… Kto wie, czy to nie najgorzej wydane 200 milionów dolarów w historii kina, jeśli chodzi o jakość materiału końcowego.

Nie popełnijcie tego błędu!

Samo już to pokazuje, że rację mieli twórcy filmu Terminator: Genisys, że w swoim sequelo-reboocie olali sikiem prostym części trzecią i czwartą, skupiając się na połączeniu nowego filmu z pierwszymi dwoma filmami serii. Może nie wszystko wyszło zgodnie z logiką, a w teorii podróży w czasie są dziury i niekonsekwencje, ale naprawdę twardym trzeba być zawodnikiem, żeby w totalnie rozrywkowym filmie wgryzać się w sensowność każdej nitki fabuły. Po co? Nie będzie jej tam, prawie nigdzie jej nie ma, gdy chodzi o filmy o podróżach w czasie.

Z rzeczy, które nie mają sensu, i to się po raz kolejny potwierdza, wymienić też trzeba słuchanie krytyków. Owszem, zwiastuny nie zapowiadały niczego dobrego – tanio, plastikowo i jarmarcznie to wyglądało i pachniało malowaniem trupa w domu pogrzebowym. A potem pojawiły się wszystkie negatywne opinie potwierdzające te przypuszczenia. Było ich tak dużo i tak chętnie przy byle okazji je przytaczano, że człowiek gotów był w nie uwierzyć. W końcu nie mogło być przypadku w tych wszystkich średnich  oscylujących w okolicach 30% wyciąganych z agregatów recenzji. Jednak znów zadziałała ta jedna jedyna zasada, której należy się trzymać: póki sam czegoś nie zobaczysz, to się nie dowiesz, jak jest naprawdę. Na RottenTomatoes 30%, a Quentinowi się podobało? Nieważne! I serwis i koleżka z netu, który prowadzi bloga mogą pieprzyć głupoty. Nikt ci nie powie, co sądzisz o filmie.

No tak, podobało mi się

„Nie za karę odwiedzę kino, ani nie z obowiązku. Po prostu chcę to zobaczyć, a nuż krytyczne recenzje są nietrafione. Na to liczę, choć nadziei nie mam” pisałem jeszcze dzisiaj (no wczoraj) (no w środę) w Poszedłbymie. I może właśnie ten brak nadziei sprawił, że wyszło dużo lepiej niż myślałem? Choć wolę myśleć, że to jednak sprawka filmu, który naprawdę w moich oczach miał zupełną czystą kartkę. Głównie za sprawą takiej sobie trójki w ogóle nie pasującej do poprzednich części i zupełnie innej czwórki, która podobała mi się umiarkowanie, ale bez Arnolda to już nie było to. I, powtórzę się, bardzo dobrze, że postanowiono je pominąć, dzięki czemu Terminator: Genisys śmiało może być od teraz uznawany jako prawowita kontynuacja filmów Camerona. Że nie ma tej samej magii co 30 lat temu? Ludzie, jesteście 30 lat starsi! To nie Terminator jest inny, to kino się zmieniło!

Dużo było narzekania na zwiastuny i na to, że zbyt wiele fabuły zdradziły. Szczególnie jeden fakt, który pominę, bo może nie oglądacie zwiastunów, wzbudził niezadowolenie nie tylko widzów, ale i reżysera. I rzeczywiście, można było sobie darować tę podpowiedź, ale tak sobie myślę, że jakiejś wielkiej krzywdy filmowi nie zrobiła. Wcale by mi się lepiej go nie oglądało, gdybym nie znał tego szczegółu. A już narzekanie na resztę rzeczy przemycanych w zwiastunie jest bez sensu, bo tak naprawdę to niewiele zdradziły. Warto to docenić w dobie zwiastunów streszczających w dwie minuty trzydzieści cztery sekundy cały film.

Chodź ze mną, jeśli chcesz żyć

Reboot – gatunek filmowy święcący triumfy na początku XXI wieku… będzie można kiedyś poczytać w encyklopediach filmowych. Bo rzeczywiście, teraz w cenie jest nie tylko ciągnięcie historii do przodu, ale takie nią zawirowanie, byśmy stanęli w punkcie wyjścia i mogli zacząć od nowa nie kręcąc remake’u. Z tego patentu na kino korzysta również Terminator: Genisys. Tak jak w oryginalnej historii – do 1984 roku zostaje wysłany Terminator T-800, by zgładzić matkę przywódcy ruchu oporu – Sarę Connor. W ślad za cyborgiem rusza Kyle Reese, bojownik o wolność, zajadły wróg elektronicznej zgrai. Ma obronić Sarę, ale na miejscu okazuje się, że ktoś mieszał w czasie i sytuacja się zmieniła. To Sara chroni Kyle’a, ale już nie przed T-800, ale przed płynnie zmieniającym kształty T-1000. Uda im się przeżyć?

Wielu narzekających zwraca uwagę na taki fakt, że wszystko co najlepsze w Terminator: Genisys film zawdzięcza oryginalnemu Terminatorowi. Odwzorowane w skali 1:1 sceny, odmłodzony komputerowo Arnold (fajnie wyszedł! na początku czuć sztuczność, ale szybko się można przyzwyczaić), trzech punków, wśród których nie ma już jednak Briana Thompsona i ulubieńca Camerona – Billa Paxtona. Rzeczywiście, to, co związane z filmem z 1984 roku jest w T:G najlepsze, ale i reszta nie odstaje jakoś strasznie, jeśli zachować stosowny kontekst. Widać różnicę, ale też trzeba wziąć poprawkę na to, że Terminator mógł być kręcony, jak się komu podobało i mało kto na niego liczył. A Terminator: Genisys zmagać się musiał z wieloma ograniczeniami wynikającymi ze współczesnego kina. Musiał, nie musiał… No musiał, jeśli 155 milionów miało się zwrócić… Tak czy siak – pierwsze pół godziny jest świetne. Potem jest już gorzej, ale nadal ogląda się dobrze.

Arnold Schwarzenegger, a potem długo, długo nic

Jeśli ktoś miałby jakieś wątpliwości co do Arnolda, że jest już za stary czy coś (sam takie miałem już po Buncie maszyn), to zmuszony będzie je odszczekać. Arnold, nie dość, że świetnie wygląda (jak na swoje lata i biorąc pod uwagę inne jego ostatnie filmy), to jeszcze niepodzielnie rządzi ekranem. Zasługa za co w całości leży po jego stronie, ale wspomnieć też trzeba o tym, że casting do Terminatora: Genisys był chyba jednym z najgorszych castingów w historii kina. O ile do Jaia Courtneya zdążyłem się już przyzwyczaić i zaakceptować (nigdy nie ogarniałem, jakim cudem takie cielę ze Spartacusa dostaje coraz lepsze propozycje), więc jakoś mi tu nie ciążył, to już Emilia Clarke i Jason Clarke to jakieś zupełnie nieporozumienie. Nie zepsuli mi filmu, bo sam z siebie był fajny, ale są po prostu kiepscy i tyle. Szczególnie Jason Clarke, który nie wiem, z kim sypia, że dostaje kolejne fajne role (zupełnie nie widowiskowy aktor). No bo Emilią można kusić do kin fanów Gry o tron, nie patrząc na to, że jest zbyt słodziutka do roli Sary. Nie trzeba by było wysyłać w przeszłość Terminatora, żeby ją zabić, wystarczyłoby robota sprzątającego Roombę. #ToNieJestWpisSponsorowany

Jest widowisko!

Podsumowując: wypad do kina okazał się wielce udany. Po raz kolejny Hollywoodowi udało się nie zszargać klasyki i przygotować trzeci po Mad Maksie i Jurassic World hit lata 2015, na który narzekać nie ma co. To szczególnie miłe, biorąc pod uwagę te wszystkie remaki, które nie wnoszą nic poza odświeżeniem znanego tytułu. Jeśli po kiepskich recenzjach zastanawialiście się, czy iść do kina, to już się nie zastanawiajcie. Bunt maszyn może Genisysowi metalowy szkielet czyścić. A porównywaniom z filmami Camerona dajmy spokój. Nie byłyby ponadczasowe, gdyby ot tak dało się nakręcić coś podobnie dobrego.

(1927)

W trakcie oglądania fruwającego w kinach od środy Terminatora: Genisys wymyśliłem sobie taką teorię mówiącą o tym, że wielka siła tkwi w pieniądzach. Wystarczy trochę posmarować i nawet Arnold Schwarzenegger wygląda na dwadzieścia lat mniej niż w trzecim Terminatorze: Buncie maszyn dwanaście lat wcześniej, gdy wyglądał na dwadzieścia lat więcej niż teraz. Jest z tą teorią tylko jeden problem. Patrzę sobie właśnie na IMDb i jestem w szoku. Genisys nakręcili za marne 155 milionów dolarów, a Bunt maszyn za milionów 200. No naprawdę szok. Porównując obie części, przeciętna trójka wygląda jeszcze gorzej. Plastikowa, z dziwnymi aktorami, za starym do kina…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Podsumowanie: Kyle Reese, który zostaje wysłany w przeszłość, by chronić matkę przywódcy ruchu oporu w wojnie przeciwko maszynom, na miejscu orientuje się, że ktoś majstrował przy czasie. Moim skromnym zdaniem właściwa trzecia część sagi "Terminator" vel "Elektroniczny morderca".

5 odpowiedzi

  1. Ludzie, 8 dla tego gniota, w którym Kyle’a Reese’a gra koleś o aparycji i umiejętnościach aktorskich Australopiteka?? 😉 Ile pand zginęło z powodu tej oceny? 😀

  2. Quentin

    Pomijając sam film i opinię o nim, warto zauważyć, że jednak Michael Biehn też nie był szekspirowskim aktorem :).

    Nie lubię tego koleżki, o którym tak uroczo piszesz :) ale jakoś zupełnie mi tu nie przeszkadzał. Co poradzić.

  3. Taa… do tego gniota pasował doskonale. 😛 A Biehn to może nie mistrz nad mistrze jeśli o aktorstwo chodzi, ale przynajmniej miał jakiś wygląd i charyzmę.

  4. Quentin

    Gadaj zdrów, a Terminator: Genisys dalej będzie fajowy :).

  5. Ale on nigdy taki nie był. :(

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.