Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
Recenzja Mad Max: Na drodze gniewu.
Cool guys don't look at explosions - Tom Hardy jako Max, fot. wbep.pl

Oh what a movie, what a lovely movie! – recenzja Mad Max: Na drodze gniewu

Minutę po wyjściu z przedpremierowego, proszonego pokazu najnowszego filmu George’a Millera przysiadłem sobie chwilę z Aśkiem na jednym z foteli i trochę przysłuchiwałem się wrażeniom reszty widowni. Jeden z widzów, średnio zadowolonym głosem przekonywał znajomych, że Mad Max: Na drodze gniewu to dla niego całkowicie abstrakcyjny film. Nie wiem po jaką cholerę tu przylazł ;).

Kto śledzi Q-Fejsa ten wie już od wczoraj dwie rzeczy. Pierwsza, że Mad Max: Na drodze gniewu to pierwsza Dziesiątka w tym roku oraz to, że ta właśnie Dziesiątka ode mnie jest troszkę naciągana. Bo choć dwie godziny seansu zleciały mi ot tak: ziuuum, to jednak film tylko chwilami osiągał ten poziom, w którym zapominałem o całej reszcie i gapiłem się w ekran z malującym się na twarzy OJAPRDL!!! A w pozostałych momentach była to już „tylko” znakomita zabawa. No ale skoro idziesz do kina spodziewając się najlepszego filmu, jaki od dawna zobaczyłeś na dużym ekranie i dostajesz dokładnie taki film, to czy jest powód, żeby nie wystawić maksymalnej oceny? Chyba nie, szczególnie że jestem właściwie pewny, że do czasu Star Wars: The Force Awakens nic lepszego już na mnie w kinie w 2015 roku nie czeka.

Nie jestem i nie byłem fanem oryginalnego Mad Maksa, dlatego nie będę tu porównywał nowego filmu do trzech poprzednich części. To jeden z ostatnich razów, gdy je wspominam. Zresztą sam reżyser chciał zrobić taki film, na który mógłby się wybrać współczesny widz i nie martwić się o to, że czegoś nie zrozumie, lub tym – o zgrozo – że nie widział poprzednich filmów serii. Film uniwersalny, który nie powtarza/kontynuuje przerwanej dwadzieścia lat wcześniej historii, ale opowiada całkowicie nową historię z jednym wspólnym mianownikiem – Maksem (Tom Hardy). Jak postanowił, tak zrobił, choć oczywiście kto chce znaleźć nawiązania do poprzednich części ten pewnie bez problemu je znajdzie.

Hugh Keays-Byrne w filmie Mad Max Na drodze gniewu recenzja

Wcielający się w rolę Nieśmiertelnego Joe’ego Hugh Keays-Byrne wystąpił też w oryginalnym Mad Maksie – fot. wbep.pl

Maksa spotykamy, gdy wpada w łapy dziwnych i łysych Trepów, którzy potrzebują go jako dawcę krwi. Trepy służą niejakiemu Nieśmiertelnemu Joemu, który rządzi tym kawałkiem pustyni. Joe decyduje o wszystkim i nikomu nie przyszłoby nawet do głowy, żeby mu się sprzeciwiać. A jednak, dyktatorskie zapędy Joego nie podobają się jednej z jego ukochanych – imperator Furiosie (Charlize Theron) (w tym filmie nawet imiona są 10/10). Pod pozorem rutynowej misji Furiosa wsiada za kierownicę cysterny, w której niepostrzeżenie wywozi grupkę nałożnic Joego. Gdy sprawa wychodzi na jaw, Joe i jego Trepy ruszają w pościg wszystkim, co fabryka dała.

No dobra, ale gdzie w tym wszystkim Max? No cóż, zgodnie z tym, czego można się było spodziewać po zwiastunach, Max jest tu tylko jednym z elementów układanki i niekoniecznie nawet załapał się na najdłuższy czas ekranowy. Równie dobrze film mógł się nazywać Mad Maxine (zresztą AFAIR pierwotnie czwarta część sagi miała się nazywać Mad Max: Furiosa), a nawet Mad Nux od postaci granej tu przez Nicholasa Houlta. Któż mógł się spodziewać, że tak potoczy się kariera tego chłopaczka z About a Boy?! Podziw, Nux!

Nicholas Hoult jako Nux w filmie Mad Max Na drodze gniewu, recenzja

Był sobie chłopiec… – fot. wbep.pl

Nie ma się co czaić, Mad Max: Na drodze gniewu to najlepsze, co kino akcji miało do zaoferowania od dawna. Tego, co wyprawia się na ekranie nie sposób opisać innym słowem niż czyste wariactwo. Apetyt zaostrzony znakomitymi zwiastunami został zaspokojony z nawiązką – pełnooktanowa akcja czasem zwalnia, ale gdy już rozpędzają się te wszystkie wymyślne wehikuły, jakie możemy tu podziwiać, wtedy nie pozostaje już nic innego jak tylko zbierać szczękę z podłogi. Co chwilę coś wybucha, zwalnia, przyspiesza, wylatuje w powietrze, Trepy gibają się na tyczkach niczym Monika Pyrek, a motocykliści fruwają w powietrzu nad samochodami razem ze skaczącymi z auta na auto ludźmi. Cztery bębny łupią na okrągło, gitarzysta zapodaje riffy i wiucha ogniem z gryfu, a pod koła wpadają kolejne trupy. „This is Sparta!” krzyczałby pewnie Leonidas, gdyby przypadkiem zaplątał się na seans. Ale chyba najlepsza w całym seansie była krótka scena… całkowitej ciszy. Tuż po pierwszej grubej zadymie (nomen omen, wszak w burzy piaskowej) nagle i zupełnie niespodziewanie zapanowała cisza. Odgłosy dochodzące z widowni w trakcie tej ciszy były najlepszą recenzją filmu Millera. Podziw, George!

Akcja akcją, ale jak to wszystko jest sfilmowane, panie! Piękne szerokie ujęcia, nasycone kadry, dynamiczny montaż, ale zarazem nie ten z gatunku „nie widać jak się biją”. Tutaj wszystko widać. Kamera potrafi zaplątać się w każdy zakamarek, by tylko wszystko pokazać jak najlepiej. Kaskaderzy dwoją się i troją, by wszystko było możliwie najbardziej efektowne i takie właśnie jest. Jeśli wierzyć IMDb, ponad 80% filmu zostało nakręcone z użyciem tzw. efektów praktycznych. Komputera i CGI i jest tu jak najmniej się tylko da, ale nie powinno to dziwić, wszak już siłą pierwszego Mad Maksa była zwariowana kaskaderka.

Zwariowana akcja pełna wybuchów w recenzji filmu Mad Max: Na drodze gniewu

Namibijska masakra piłą mechaniczną – fot. wbep.pl

Podziw budzi też świat wykreowany przez Millera (nie mylić z Leszkiem). I tu trzeba wrócić do tego widza, dla którego MM:FR był zbyt abstrakcyjny. Chłopie, to nie jest film o świecie, który pokazują w wiadomościach. Postapokaliptyczna wizja przyszłości, owszem, jest abstrakcyjna, ale to jej siła. Miller za nic ma polityczną poprawność i choć nie stara się na siłę tego pokazywać, to gdy trzeba i coś jest konieczne dla fabuły, to pojawia się na ekranie bez pytania o to, czy wypada. Zupełnie jak w „starych” filmach z czasów, gdy podbijał świat razem z Melem Gibsonem. Nowy Mad Max to takie właśnie połączenie starego kina, którego klimatu już dawno nie było okazji poczuć, z możliwościami technicznymi kina współczesnego.

W świetle tego wizualnego orgazmu nic dziwnego, że blednie fabuła, ale to całkowicie zrozumiałe. I nie ma żadnego powodu, by na to narzekać. Historia, owszem, prosta – ktoś ucieka, ktoś goni – ale od czasu do czasu wplecione są w to komentarze dotyczące dzisiejszego świata i ciche ostrzeżenia przed tym, do czego może nas to wszystko doprowadzić. Pola akcji musieli ustąpić także aktorzy, którzy po prostu robią swoje. Hardy’emu brakuje charyzmy Gibsona i z pewnością nie udało mu się „ukraść” postaci Maksa, ale znów – wszystko dlatego, że był jedynie trybikiem w wielkiej filmowej maszynie. Podobnie jak humor, który pojawia się z rzadka, ale zawsze jest celny i budzi reakcję widowni. Nie czekajcie na zapomniane onelinery, tutejszy humor to celnie wypowiedziane słowo, czy pokazany gest. Nie czekajcie też na… krew. Mimo kategorii R Mad Max: Na drodze gniewu jest niemal zupełnie bezkrwawy. Ale spokojnie, w niczym to nie przeszkadza, nawet nie zwrócicie uwagi.

Charlize Theron i Tom Hardy w filmie Mad Max: Na drodze gniewu

Toma Hardy’ego strzał w Dziesiątkę – fot. wbep.pl

No i cóż: wizyta w kinie obowiązkowa. Co więcej, spokojnie wybierajcie wersję 3D, bo raz taka zalecana jest przez reżysera, a dwa naprawdę ładnie to 3D tutaj wygląda. Nic, co rzucałoby na kolana, ale też zupełny brak powodów do narzekania, że zbędne. A skoro już przy D, to jeszcze dwa słowa o 4DX, o którym pani zapowiadająca pokaz prosiła, żeby podzielić się wrażeniami. Cóż, moje zdanie na temat 4DX jest takie same, odkąd pierwszy raz miałem z nim przyjemność – to wynalazek na jednorazową przygodę. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji to spróbujcie, bo to zawsze coś innego (Aśkowi się bardzo podobało), ale gdybym miał możliwość wyboru to po tym pierwszym razie już więcej nie zdecydowałbym się na 4DX. Synchronizacja „bujanych” foteli z ekranową akcją jest taka sobie i utrudnia skupienie się na filmie. Dobrze choć, że w porównaniu do mojego pierwszego takiego seansu (Wolverine) zredukowano efekt świstów towarzyszących wystrzałom. Wtedy każdy strzał „przelatywał” ci koło ucha, co również utrudniało skupienie się. Teraz częściej słychać jedynie świst. Owszem, na każdym seansie trafiają się momenty trafione w punkt, kiedy dodatkowe ekekty naprawdę fajnie wychodzą, ale 90% reszty to bujanie fotelem, bo widz zapłacił za bujanie. I cóż, z mojej strony jestem raczej razem z tymi, którzy po pierwszych minutach wczorajszego seansu postanowili przesiąść się na schody.

Nie pozostaje więc nic innego, jak tylko czekać na kolejną część, która podobno zwać się ma Mad Max: The Wasteland.

(1905)

Advertisement

Minutę po wyjściu z przedpremierowego, proszonego pokazu najnowszego filmu George'a Millera przysiadłem sobie chwilę z Aśkiem na jednym z foteli i trochę przysłuchiwałem się wrażeniom reszty widowni. Jeden z widzów, średnio zadowolonym głosem przekonywał znajomych, że Mad Max: Na drodze gniewu to dla niego całkowicie abstrakcyjny film. Nie wiem po jaką cholerę tu przylazł ;). Kto śledzi Q-Fejsa ten wie już od wczoraj dwie rzeczy. Pierwsza, że Mad Max: Na drodze gniewu to pierwsza Dziesiątka w tym roku oraz to, że ta właśnie Dziesiątka ode mnie jest troszkę naciągana. Bo choć dwie godziny seansu zleciały mi ot tak: ziuuum, to jednak…

Czas na ocenę:

Ocena: 10

10

wg Q-skali

Podsumowanie: Szalony Max pomaga grupie kobiet, które chcą uwolnić się z jarzma niewoli. Najlepsze kino akcji 2015 roku.

7 odpowiedzi

  1. No to trzeba się wybrać, bo zwiastun przed Avengersami mnie zachęcił, i dobrze wiedzieć, że to reboot, bo z oryginalną wersją niestety zaznajomiony nie jestem :)

  2. Twoja recenzja baardzo mnie zachęciła:) Lubię Mad Maxa i już planuję wybrać się na maraton do Heliosa, z premierą nowej części. Uwielbiam takie kilkugodzinne maratony ulubionych filmów :) mam nadzieję, że i mi spodoba się ten film tak bardzo jak Tobie

  3. Byłam na maratonie w ramach Festiwalu Filmów Kultowych w Katowicach w sobotę. I miałam dokładnie takie same odczucia. A uwielbiam starego Mad Maxa i byłam niepocieszona, ze przez problemy z prawami do Pod Kopułą Gromu nie udało się zobaczyć Tiny na wielkim ekranie.
    Podziw!

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.