Projekt 1000 (Część 5)

Nie, ja nie zapomniałem o Projekcie 1000. Ale może Wy zapomnieliście, bo dawno nie było, więc szybko przypomnę, że w Projekcie 1000 chodzi o to, że opisując stare filmy według spisu moich kaset video, mam zamiar dobić do tysięcznej recenzji na tym blogu. na razie jest ich około 630., więc kawał drogi przede mną. Ale za to jaka przyjemność dla Was! ;P

„Nieśmiertelny” [„Highlander”]

Kurde, o czym konkretnie jest „Niesmiertelny”? Od tak dawna tego nie oglądałem, że nie pamiętam konkretów. no to chwila, skupiam się… Oczywiście wiem, że głównym bohaterem jest Connor MacLeod (Christopher Lambert), który jest nieśmiertelny. Niby wszystko fajnie, ale tych nieśmiertelnych jest więcej i tak się ganiają po świecie odcinając sobie głowy, aż zostanie tylko jeden. Bo może być tylko jeden, choć części już było chyba sześć plus serial 😉 Aha, no i chyba jest jakaś dziennikarka, która wpada na trop tej ciekawej historii, a przy okazji przypomina Connorowi jego dawną miłość. No i oczywiście jest też Kurgan czy jak mu tam (szef strażników w Shawshank – Clancy Brown), który gania za Connorem i chce mu oddać pięknym za nadobne – Connor prawie uciął mu łeb (chyba), a Kurganowi zostało poderżnięte gardło zszyte prowizoryczne nitką.

„Nieśmiertelny” należy do tej części filmów, których zazdrościłem moim starym, że widzieli je w kinie. Chodzili do kina, wracali, opowiadali mi film, a mnie zżerała zazdrość, że nie mogłem go obejrzeć. Pocieszali mnie wtedy, że jeszcze tyylee filmów obejrzę i że nie mam, czego żałować. No, ale kto to dzieciakowi przetłumaczy, szczególnie chwile po tym, jak usypiającemu opowiada ekscytującą historię o odcinaniu głów i w ogóle (choć przyznam się, że odcinanie głów w filmach było moją największą zmorą dzieciństwa – strasznie się bałem, że przypadkiem coś takiego zobaczę i umrę ze strachu)… Z filmów, które rodzice mi tak opowiadali (głównie ojciec) ciągle jeszcze nie widziałem chyba tylko jednego – „Protektora” z Jackie Chanem. Była to zdaje się jego druga próba podbicia Hollywood, która zakończyła się fiaskiem. Na karierę załapał się bodajże za trzecim razem dopiero.

„Nieśmiertelnego” widziałem dopiero na kasecie video i choć podobał mi się, to jednak nigdy wielkim fanem tego filmu nigdy nie byłem. Nie wiem, dlaczego. Chyba nie przemawiał do mnie jakiś taki telewizyjny klimat (nie umiem tego nazwać, ale nie podobało mi się 😉 ) bijący od filmu. Za mało przygody, a za dużo codzienności – może tak. Pewnie za młody byłem, żeby go docenić – oczekiwałem więcej fajerwerków, a mniej życia. Dość powiedzieć, że druga część bardziej mi się podobała. W zasadzie do dzisiaj tak jest, ale o tym przy okazji dwójki.

Za to „Who Wants to Live Forever” Queenów bardzo lubiłem zawsze.

***

„Elektroniczny morderca” [„The Terminator”]

Niedaleka przyszłość, światem rządzą maszyny i rozpirzają w drobny mak wszystko, co napotkają. Na czele ruchu oporu staje niejaki John Connor i o dziwo całkiem dobrze mu idzie. Na tyle, że maszyny wysyłają w przeszłość cyborga (Arnold Schwarzenegger), który ma zabic jego matkę i zapobiec narodzinom Johna. Rebelianci wysyłają swojego człowieka (Michael Biehn) , który ma panią Sarę chronić.

Jeśli zaś chodzi o „Elektronicznego mordercę” (sic!) to na niego załapałem się już w kinie i właśnie tam widziałem go po raz pierwszy. A potem spać po nocach nie mogłem na wspomnienie tych wszystkich czach rozjeżdżanych metalowymi gąsiennicami (czach bałem się tak samo jak i odcinania głów).

Ciężko pisać o filmie, który każdy zna, prawie wszystkim się podoba i który bezapelacyjnie jest klasyką. Łatwiej by mi było pisać, gdyby film Jamesa Camerona mi się nie podobał, wtedy przynajmniej byłbym na opak. No, ale nie jestem – „Elektroniczny…” mi się zawsze podobał i podoba do dzisiaj. Przez długi czas obczajałem w głowie jak to zrobić, żeby uzyskać taki efekt rozwalonej łapy z wystającymi z niej metalowymi rureczkami, których pociągnięcie spowoduje ruch kolejnych palców. No wiem, dziwne miałem zajęcia, ale chyba nie znałem jeszcze wtedy powiedzenia „mierz siły na zamiary” 😉 Za to udało mi się kiedyś z rozdziabdzianych truskawek, farbek plakatówek, kawałka folii i taśmy klejącej zrobić wydłubane oko rozlane po policzku. Babcia się wystraszyła! LOL.

Jakiś czas temu obejrzałem „Elektronicznego…” jeszcze raz i wynalazłem jakiś zajebiście ciekawy paradoks (też mi sztuka), ale nie pamiętam już, co to było. Może gdzieś w archiwum prf jest dyskusja na ten temat, ale pewności nie mam. Mógłbym też jakimiś ciekawostkami odnośnie filmu pozarzucać, ale mi się nie chce (no i umówmy się, że jak od razu mi coś do głowy nie przychodzi, to na siłę nic nie będę wymyślał) – bądź co bądź to miały być krótkie recenzje, żeby jak najszybciej dobić do tysiąca. Żeby choć goła baba tu jakaś była, to bym wkleił fotkę na koniec, ale nima. Znaczy na upartego na stop klatce się coś tam Lindzie Hamilton podejrzy, ale chyba prędzej dublerce Lindy Hamilton.

***

„Symfonia życia” [„Mr. Holland’s Opus”]

Glenn Holland (Richard Dreyfuss) jest niespełnionym kompozytorem, który marzy o napisaniu wielkiej symfonii. Aby mieć więcej czasu do jej skomponowania przyjmuje posadę nauczyciela muzyki w miejscowym liceum. I choć do swoich uczniów ma stosunek dość obojętny, to jednak miłość do muzyki nie pozwala mu na olewanie swoich zajęć przez co okazuje się, że wcale więcej nie ma tego czasu.

Bez przydługich wstępów – jeden z moich ulubionych mało znanych filmów. Znaczy się nie wiem czy on konkretnie jest mało znany, ale raczej nie widzę, żeby ktoś o nim gdzieś tam wspominał częściej niż raz na pięć lat. Możliwe, że w złych miejscach szukam, ale po mojemu „Symfonia…” jest filmem niedocenionym, który wielu z potencjalnych widzów mogło przegapić. A to wielki błąd.

W zasadzie nie ma w tym filmie niczego, co by mi działało na nerwy i przeszkadzało. A wiem, bo oglądałem go już lekko ze dwadzieścia razy. Prosta obyczajowa historia rozciągnięta w czasie przez lata, ale jak to się ogląda! Znaczy ogląda się normalnie, bo spokojnie od początku do końca po drodze śmiejąc…

– Czegoś brakuje na meczach naszej drużyny.
– Bramek?

…i wzruszając. Kto się na koniec nie wzruszy ten trąba ;P Jeb spoilerem!

Świetny Richard Dreyfuss, świetny William H. Macy w przededniu otrzymania [EDIT: nominacji do] Oscara, no i przede wszystkim świetny scenariusz Patricka Sheane’a Duncana, który nigdy już nie napisał czegoś równie dobrego. No, ale choć to jedno mu wyszło.

Gołych bab również niet ;P

PS. O proszę, widzę na IMDb, że nauczyciele muzyki nie lubią tego filmu. Powiedziałbym, że wobec tego ja też nie lubię nauczycieli muzyki, bo się nie znają, ale prawda jest taka, że ja swoją nauczycielkę muzyki z podstawówki lubiłem. Choć biedna myślała, że ją lekceważę rzucając w jej kierunku jakimś głupim tekstem. Wezwała mnie na przerwie i powiedziała, że jej przykro. Mnie kurde też było przykro, bo mnie źle zrozumiała. A taka fajna była…

***

„Nieśmiertelny 2” [„Highlander 2: The Quickening”]

Nie żartowałem wcześniej, serio serio!

Na planecie Zeist… Hehe. Pomimo tego, że dwójkę „Nieśmiertelnego” bardzo lubię, to ślepy nie jestem i wiem, że to prawdopodobnie najlepszy przykład na najgłupszy pomysł na kontynuację ever. Ale taki serio głupi z dupy wzięty. No bo mamy ten film o nieśmiertelnym, który może być tylko jeden, no i który zabija ostatniego nieśmiertelnego, który też chciał być ostatnim i ta wielka siła mu srrruu i jest koniec… Generalnie rzecz biorąc każdy pomysł na kontynuację będzie głupi, więc, co za różnica czy planeta Zeist czy wielka góra pod którą jest zakopany inny nieśmiertelny (część trzecia) tak głęboko, że Moc nie wie, że tam biedak siedzi. Mam więc gdzieś, że wymyślili planetę, a Ramirezowi odrosła głowa – ważne, że film jest fajny.

Efektowny, zabawny, emocjonujący, dostarczający kultowych tekstów… Przynajmniej dla mnie. Jest ta scena, w której Ramirez wychodzi na nowoczesną ulicę (a chłopak znał tylko te „dośredniowieczne”) i nagle przed nim przejeżdża z impetem ciężarówka bodajże (filmowe ciężarówki zawsze są bezszelestne – słychać je dopiero wtedy, gdy przejadą bohaterowi tuż przed nosem, bądź, jeśli to horror, rozjadą bohatera (dupa a nie bohater) na miazgę) on tak przez chwilę w szoku, potem patrzy przed siebie i rzuca: „I tyle w temacie wozów i koni”. Do dzisiaj powtarzam ten gryps w podobnych sytuacjach. No tak umownie podobnych, bo nie na widok ciężarówki, ale na przykład, gdy nasi przegrywają 0:2 w gałę i przeciwnik strzela im trzecią bramkę. Wtedy ja mówię pod nosem: „I tyle w temacie wozów i koni”.

Ale sama fabuła, to fakt ponad wszelką wątpliwość, głupia na potęgę. Swoją drogą jest jakiś inny „cut” sequela, podobno trochę mniej głupi.

(640) [Mam dziwne wrażenie, że od dawna tę samą liczbę recenzji wpisuję…]

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.