Terminator: Ocalenie [Terminator Salvation]

Otóż staje przed Wami kolejny już przykład (a tych przykładów „jest ze czterdzieści”), że recenzjom, opiniom i innym tego typu rzeczom nie ma co wierzyć. Gdyby człowiek słuchał innych ludzi, to dalej by zupę widelcem jadł. Żadna bowiem opinia i recenzja nie zastąpi osobistego stawienia się w kinie i sprawdzenia, z czym ma się do czynienia. A innych nie ma co słuchać, szczególnie w przypadku tego filmu, który kosi zadziwiająco (nawet jeśli nie widziało się filmu, to i tak nie sposób się nie zdziwić) niskie oceny. A dlaczego? Bo (to zarzut sic!) jest w nim tylko akcja i nic więcej. No kaman, przecież to zaleta, a nie wada… Ludzie som dziwni.

Dobra, bo już pewnie myślicie, że nowy „Terminator” mnie zachwycił. Nie, nie zachwycił mnie. Wot film w sam raz do kina, żeby pooglądać wybuchu i dobrze się bawić. Historia kina mu nie grozi, ale rany, porównywanie tego filmu do jakichś tam pierdół typu „Paul Blart: Mall Cop” (kryterium porównania: tak od czapy wziąłem po tym samym tomatometerze (33%) z rottentomatoes.com) to lekkie nieporozumienie.

W skrócie więc: mamy do czynienia z fajnym filmem, a zarzuty typu „za dużo akcji” uważam za całkowicie bezpodstawne. Case dismissed. Natomiast wzdychanie do legendy pierwszego „Terminatora” także nie ma większego sensu, bo to nie te czasy, co wtedy. Kino inne, oczekiwania inne, możliwości inne i jeszcze bardziej niż kiedyś trafionym wydaje się trącąca banałem opinia „wszystko już było”.

No tak, „Terminator: Ocalenie” to film przede wszystkim akcji. Akcji jest tu sporo, wybuchów sporo aczkolwiek spokojnie mogłoby być jeszcze więcej. Do najpełniejszego akcji jak na razie (chyba) „Mission Impossible 3” brakuje jeszcze dużo. Trafiają się momenty, w których można wznieść oczy do nieba i westchnąć „no szybciej, akcja”, ale dużo tego nie ma. I dobrze, bo gdyby było to dopiero byłyby powody do narzekania.

No bo, kurde, czego się spodziewać po czwartej części cyklu? Najsensowniejszym rozwiązaniem byłoby po prostu, gdyby nie powstała, ale skoro już powstała to należy się cieszyć, że nie zanudza na śmierć. Co więcej można wyciągnąć z tej historii, która powinna się skończyć po dwóch częściach? Nic. Nikt żadnych cudów nie wymyśli. Może nakręcić jedynie przyzwoity film, na którym widz się nie będzie nudził i będzie wiedział za co zapłacił. I taki to jest film. Jakaś tam luźna kontynuacja poprzednich wątków ułożona w typową fabułę – dobrzy ludzie vs. złe maszyny bomba atomowa i tak wybuchła. W 1984 roku, gdy zagrożenie takim obrotem sprawy (choć raczej człowiek, a nie maszyna mógł czerwony guzik wcisnąć) było realne, to i groza z ekranu wydawała się bardziej realna. Pamiętam, widziałem pierwszą część w kinie, a wrażenie, jakie zrobiły na mnie morza czaszek pamiętam do dzisiaj. A teraz? Jakoś nie przeraża mnie wizja rozpieprzonego do ruin świata (choć w sumie nie wiem, czemu), to i jakie wrażenie ma zrobić na mnie czwarty „Terminator”? Ludzie psioczą na reżysera (McG), że taki reżyser jak i „nazwisko”, ale jakoś nie wydaje mi się, że Coppola, Zanussi, czy von Trier zrobiliby ten film w taki sposób, że czapki z głów… Jak rany, idziesz na __czwartą__ część jakiegoś filmu to nie spodziewaj się nie wiadomo czego! Spodziewałeś się i tego nie dostałeś? To nie jest wina filmu tylko __Twoja__ wina!

No jest ten „Terminator: Ocalenie” z lekka głupawy. Im bliżej końca tym głupszy*, ale to nie ma być monodrama o rozterkach garstki ludzi w obliczu rozpieprzenia wszystkiego w drobny mak, ale rozpieprzanie wszystkiego w drobny mak „pod” usprawiedliwieniem wojny ludzi z maszynami. No i co z tego, że nie ma klimatu z jedynki? Nie ma, bo być nie może (czemu, napisałem wyżej). Jest w zamian widowisko na wysokim poziomie technicznym, a przy czym zachowujące resztki przyzwoitości (w przeciwieństwie do takiego „Wolverine’a” np.). Do kina w sam raz. Chcecie emocji? Siądźcie w koszulce Polonii w sektorze kibiców Legii. W kinie tego nie znajdziecie.

Pierwsze, klasyczne już filmy, pozostają klasą samą w sobie i „Terminator: Ocalenie” nawet nie wyszczerbił fundamentów żadnego z nich, ale na tle innych filmów, które można teraz zobaczyć w kinie wyróżnia się na plus.

A minusy? Ma ich trochę. Głupotę płaskiego scenariusza pomijam – scenariusz w takich filmach to dodatek, choć i owszem, boleję nad tym, a serce me krwawi. I choć w filmie nie brakuje spektakularnych scen, pościgów i innych takich, to brakło jednak czegoś, co zerwałoby przysłowiowy beret. Sceny, w której widać by było szczególny kunszt jej twórców (czyt. włożone w nią dolary). Pościg za ciężarówką jest fajny, ale w porównaniu do pościgu z takiego „Matrixa Reoladed” to nie ma porównania. Itd., itp. Brakło też zapowiadanej przed premierą sceny, w której znalazłby się jakiś, charakterystyczny dla serii, efekt specjalny rodem ze skrzyni magika. Jeśli miał nim być cyborg wiadomej aparycji, to jednak wciąż było widać, że to kreatura z komputera – rewolucji więc stwierdzić nie można. Sam Worthington – jak on ma być gwiazdą jutra, to ja dziękuję. Aktor jak aktor (wymagającej roli aktorsko nie miał), ale w kategorii „z twarzy podobny zupełnie do nikogo” zajmuje czołowe miejsca. Bale jak to Bale, skupiony wzrok i obowiązkowa chrypka (czasem ciężko się powstrzymać od śmiechu, gdy się pomyśli, że ktoś na poważnie chciałby tak mówić przez cały czas; nie no, od czasu do czasu można, ale żeby każdą nawet błahą kwestię? moim zdaniem to bardziej śmieszne niż „twardzielskie”), trochę to za bardzo monotonne, szczególnie że już od kilku filmów trwa. No i jednak ten klimat – spodziewać się cudów nie spodziewałem (już pisałem zresztą), ale fajniej by było, gdyby ciut lepszy był. Człowiek sobie wspomina jedynkę i ciarki na plecach na widok ogniska w telewizorze, a tutaj to w sumie ruch oporu ma życie jak w Madrycie – doprawdy, nie ma co współczuć sytuacji, w jakiej się znaleźli, bo zagrożenie takie „ostateczne” toto nie jest z pewnością. Jest źle, ale nie aż tak źle. No i te maszyny jakieś takie za głupie (ciut o tym niżej po gwiazdce). Ktoś gdzieś napisał, że trudno uwierzyć, że ludzie mogli przeżyć w postapokaliptycznym świecie, w którym po ziemi i powietrzu biegają i fruwają tak potężne maszyny. Wbrew ich ogromowi odniosłem odwrotne wrażenie – nie przekonali mnie, że z maszynami tak trudno walczyć. Na mój rozum całkiem lightowo mieli. Znów zero porównania z pierwszym „Terminatorem”, który wydawał się maszyną za chiny ludowe nie do pokonania, szczególnie że „w przyszłości” było ich aż tyle. Tutaj jakoś tak nikt (a w szczególności terminatory – tak, wiem, wcześniejsze modele) takiej grozy i potęgi nie sprawiał. No ale ostatecznie do świata z pierwszej części jeszcze 11 lat zostało…

Dobra, cut the bullshit. Ocena teraz: 4+(6). Bo choć porównanie to żadne, to jednak nowy „Star Trek” lepsiejszy.
(816)

*Poniżej w ROT13 dlaczego tak uważam, Oczywiście SPOILERY! inaczej nie byłoby ROT13

Pupvryv Xlyr’n v Wbuan – qbfgnyv Xlyr’n v Wbuan. M svyzh jlavxn, żr mnzvnerz znfmla avr olłb mnovpvr glpu qjópu glyxb jlgłhznpmravr gjvfgn Znephfbjv :)
Cbpu glyr tnqnavn. Znwą, mnovwnwą. Qbcenjql, wnx onqthlr m Obaqn: „Mnavz cnan mnovwrzl, cnavr Obaq, bcbjvrzl cnah qbxłnqavr xgóel qehpvx cemrpvąć, żrol havrehpubzvć cyna mavfmpmravn jfmrpuśjvngn obzoą hxelgą j (gnqnz) fmnzovr!” :)

Avr zójvąp b cvreqnpu glch – ancvrcemnaxn ebqrz m ancnyzbjrw fpral j „Pmnfvr ncbxnyvcfl” ceml UD Pbaaben v bpmljvśpvr anjrg cół znfmlal avr cemlyrpvnłb
fcenjqmvć bpbpub. Qmvnqbjfxvpu fdhvqój avr yvpmę, ob gb avr cemrpvjavx.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.