Pearl (2022), reż. Ti West.
Pearl (2022), reż. Ti West.

Pearl. Recenzja filmu Ti Westa

Lubiłem Ti Westa, zanim to było modne. Łatwo można zweryfikować to oświadczenie, dlatego nie boję się tego napisać głośno :P. Może też i z tego powodu jego poprzedni film – X – nie przypadł mi do gustu tak jak przypadł wielu fanom gatunku. Kiedy niedługo potem pojawił się zwiastun Pearl, wiele wskazywało na to, że tym razem Ti West dowiezie na pełnej. I nie zawiódł, dowiózł! W końcu się wygrzebał po tej nieszczęsnej Dolinie przemocy, który prawie zakończył jego karierę. Recenzja filmu Pearl.

O czym jest film Pearl

Ameryka, rok 1918. Blady strach pada na mieszkańców niewielkiego miasteczka, w którym swoje chorobowe żniwo zbiera pandemia hiszpanki. Z tego powodu mieszkańcy ograniczają do niezbędnego minimum przebywanie w swoim towarzystwie. Dla rodziny Pearl (Mia Goth) nie jest to większym problemem. Ci mieszkający na zadupiu niemieccy emigranci mają na głowie większe problemy. Co innego Pearl, której marzy się ucieczka na srebrny ekran. Dniami i nocami marzy o tym, żeby wyrwać się z rodzinnej farmy i zostać gwiazdą kina. Nadzieję na to potęguje casting, który za niedługo ma odbyć się w okolicy. A także zainteresowanie ze strony przystojnego operatora kinowego, o którym Pearl zaczyna marzyć nocami, nie zważając na to, że jej mąż walczy właśnie w okopach I wojny światowej.

Zwiastun filmu Pearl

Recenzja filmu Pearl

Trudno pisać o filmie Pearl bez zawieszenia go w zaproponowanej przez Ti Westa konstrukcji. I choć film ten sprawdzi się w pojedynkę, to jednak jest częścią większej całości, której istnienia przynajmniej trzeba mieć świadomość. Choć w kolejności premier drugi, Pearl jest początkiem jednej z najciekawiej obmyślonych trylogii ostatnich lat. I ostatecznym potwierdzeniem tego, że owa trylogia rzeczywiście jest ciekawa. Bo wcześniejszy X, który debiutował bez wiedzy widza o tym, że wkrótce pojawią się kolejne odsłony, mógł zniechęcić – mnie zniechęcił – tym, że choć technicznie bardzo sprawny, to jedynie sprawnie małpujący kino lat 70. ubiegłego wieku w typie Teksańskiej masakry piłą mechaniczną. W parze z formą nie szła treść, która w przypadku X była zupełnie nieoryginalna i nie oferowała niczego innego poza to, co oferują dziesiątki filmów o młodych ludziach, których ktoś morduje. Oto ktoś zmałpował dawne kino i, co mnie dziwiło, wszyscy bili mu za to brawo, że oto najbardziej oryginalny horror ostatnich lat. No nie.

Aż tu nagle okazało się, że będzie to trylogia, której pierwsza część, bądź prequel jak kto woli, pojawiła się w ekspresowym tempie i wśród wielu fajnych rzeczy, jakie ze sobą przyniosła, w pewnym sensie sprawiła też, że nagle X nie był już takim nieoryginalnym filmem perfekcyjnie małpującym dawne kino. Oto widz przeniósł się do świata (finalnie) trylogii, w której każdy z filmów nakręcony został w stylu typowym dla prezentowanego okresu. Po ziarnistym horroro-thrillerze z lat 70., Ti West zaprezentował technicolorową Pearl, by zakończyć to wszystko czekającą na premierę MaXXXine, która zapewne nakręcona zostanie w technice wideo. I nagle wszystko to ma większy sens, a ja nabieram ochoty na zweryfikowanie oceny X (choć raczej to 6/10 się nie zmieni).

I znów, podobnie jak w przypadku X, Ti West udowadnia, że w małpowaniu (złe słowo, więc warto zaznaczyć, że tym razem bez wątpliwości użyte w pozytywnym znaczeniu) starodawnych technik filmowych osiągnął mistrzostwo. Nie będę udawał, że znam się na technicolorze, a czytać definicji na Wikipedii mi się nie chce. Co w tym wszystkim najważniejsze, to fakt, że seans Pearl to powrót jeśli nie do przeszłości, to przynajmniej do telewizyjnych, niedzielnych seansów klasycznych widowisk filmowych nakręconych właśnie w tej technice. Nie tylko poprzez sam obraz, ale poprzez wszystko, co składa się na wygląd, który w uproszczeniu można nazwać filmem typowym dla lat 30.-50. ubiegłego wieku. Czy to muzykę, czy choćby już nawet napisy początkowe i końcowe. Co jednak różni Pearl od X to fakt, że w parze z techniczną biegłością przyszła też opowieść, której nie można zarzucić braku oryginalności. Nie tylko dlatego, że wykorzystująca środki niedostępne dla filmowców sprzed wieku (makabra), ale również przez to, że oglądając ten film Westa nie ma się wrażenia, że wcześniej widziało się już jakiś podobny. Bo nie będę tu pisał, że Pearl ma w zanadrzu jakąś niesamowicie oryginalną i rozbudowaną fabułę. Nie ma. Laska chce wyjechać z domu, a nie może. Tyle fabuły.

Wszystkie powyższe pozytywy wystarczyłyby na zadowalający seans, ale prawdziwy maks Ti West wyciąga dzięki Mii Goth, o której można już chyba mówić w kategoriach muzy reżysera. Goth zagra(ła) we wszystkich trzech filmach tej trylogii, a w Pearl wznosi się na wyżyny. Często w tym kontekście wspominany jest jej kilkuminutowy monolog – i słusznie – ale cały jej występ godny jest podkreślenia. I to prawda, że ewentualne (a bardzo możliwe biorąc pod uwagę gatunek filmu) pominięcie jej przy nominacjach do Oscara byłoby (będzie) kompromitacją. W przypadku takiej Any de Armas i jej Blondynki, nikt nie ma wątpliwości, że zgarnie nominację, a przecież występ Mii Goth w Pearl jest bardzo podobny pod względem wymogów roli. Goth w ten sam sposób potrafi jedną zmianą miny przejść ze smutku w radość, czy co tam jest aktualnie potrzebne w danej scenie, przy jednoczesnym „pozostawieniu” smutku w spojrzeniu. Daje tu koncert, co nie było łatwe, gdyż zgodnie z tytułem, to jej jest tutaj najwięcej. To ona jest z nami właściwie zawsze. Pod płaszczykiem realizacyjnych fajerwerków West serwuje nam opowieść o znacznie większej liczbie rzeczy niż o karmieniu aligatora ludźmi i kaczorem. Pearl w interpretacji Goth jest postacią tragiczną, niebezpieczną, przerażającą, kochaną – dla każdego coś miłego. I dlatego też tym razem treść wraz z formą składają się w niemal perfekcyjny film, czego brakowało X, w którym forma tę treść przyćmiła.

(2558)

Lubiłem Ti Westa, zanim to było modne. Łatwo można zweryfikować to oświadczenie, dlatego nie boję się tego napisać głośno :P. Może też i z tego powodu jego poprzedni film – X – nie przypadł mi do gustu tak jak przypadł wielu fanom gatunku. Kiedy niedługo potem pojawił się zwiastun Pearl, wiele wskazywało na to, że tym razem Ti West dowiezie na pełnej. I nie zawiódł, dowiózł! W końcu się wygrzebał po tej nieszczęsnej Dolinie przemocy, który prawie zakończył jego karierę. Recenzja filmu Pearl. O czym jest film Pearl Ameryka, rok 1918. Blady strach pada na mieszkańców niewielkiego miasteczka, w którym swoje…

Czas na ocenę:

Ocena: 9

9

wg Q-skali

Podsumowanie: Mieszkająca na zadupiu prowincji dziewczyna marzy o wyrwaniu się z rodzinnego domu i zrobieniu kariery w kinie. Technicolorowy zawrót głowy zaserwowany przez Ti Westa. Smutna i przewrotna opowieść o marzeniach, o tym jak trudno je zrealizować i szaleństwie, w jakie można z tego powodu popaść. Znakomity realizacyjnie film z jeszcze lepszą Mią Goth w roli tytułowej.

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl