×
Gliniarz z Beverly Hills. Axel F (2024), reż. Mark Molloy.

Gliniarz z Beverly Hills: Axel F. Recenzja filmu Beverly Hills Cop. Axel F. Netflix

Wydawać by się mogło, że trzydzieści lat to sporo czasu na napisanie dobrego scenariusza filmowego. Mam mocno mieszane uczucia. A może nie mam? Sam nie wiem. Recenzja filmu Gliniarz z Beverly Hills: Axel F. Netflix

O czym jest film Gliniarz z Beverly Hills: Axel F

Lata lecą, a Axel Foley (Eddie Murphy) wciąż jest wrzodem na dupie policji z Detroit. Wrzodem, który dzięki swojej nieustępliwości, zadziorności i niewyparzonemu językowi chwyta przestępców jak na efektowne reklamy chińskie sklepy z dziadostwem klientów, ale wrzodem, który powoduje więcej zniszczeń niż pożytku dla miasta. Dlatego, kiedy Axel po raz kolejny wyrusza do Beverly Hills, nikt za nim nie płacze. A jedzie tam, by pomóc w kłopotach swojej córce Jane (Taylour Paige), której śmiercią grozi kartel, w którego interesy się wplątała. Jane od lat nie utrzymuje kontaktów z ojcem, więc w sprawę ma wprowadzić Foleya, Billy Rosewood (Judge Reinhold). No ale gdzieś bez śladu znika. Nadzieja więc w Johnie Taggarcie (John Ashton), który nie tylko wrócił z emerytury, ale też został komendantem policji w Beverly Hills.

Zwiastun filmu Beverly Hills Cop. Axel F

Recenzja filmu Gliniarz z Beverly Hills: Axel F

No dobra, umówmy się. Nikt przez trzydzieści lat nie pisał scenariusza nowego Gliniarza z Beverly Hills, ani nie rozwijał tego właśnie projektu, który 3 lipca zakwitł jako produkcja Netfliksa. Rozwijano różne projekty, w tym projekt serialu, w którym Axelowi Foleyowi miał towarzyszyć syn. I, jak mniemam, przerzucano się pomysłami, pierwszymi wersjami scenariuszy, pitchami, nazwiskami. A głównie nie robiono nic, bo poza gadaniem, że czwórka powstanie, czwórka nie powstawała. Można więc założyć, że gdy w końcu Netflix zdecydował się wyłożyć kasę, dopiero wtedy zaczęto rozwijać ten konkretny projekt. Może na podstawie tych wszystkich wcześniejszych projektów, może najlepszego z nich (a przynajmniej za takiego uznanego), a może całkowicie od początku. Jak było, nie wiem, ale między bajki wkładam te wszystkie: dobrze, że projekt dojrzewał przez tyle lat, bo nie sprawia teraz wrażenia napisanego na odczep się i na kolanie oraz żerującego na nostalgii. Well…

Reżyser tego filmu, Mark Molloy, to swój chłop. Nie słyszeliśmy o nim, bo Gliniarz z Beverly Hills: Axel F to jego reżyserski debiut. Wcześniej kręcił w Australii filmy reklamowe, ale gdy poczyta się o nim ciut więcej, można przybić z nim piątkę. Wychowany na farmie w Australii, co sobotę chodził do wujka na filmy na VHS-ie. Kina w jego miasteczku nie było, więc to właśnie kino lat osiemdziesiątych z VHS-a ukształtowało jego wrażliwość. A wśród tego kina na samym szczycie dwie części Gliniarza z Beverly Hills (trójki, jak sam mówi, nigdy nie oglądał; a szkoda, może wiedziałby, żeby nie informować w czwórce, że córka Foleya urodziła się w 1992 roku, czyli na dwa lata przed trojką, gdzie nie ma o niej ani śladu, a wyrodny ojciec nie zabiera szkraba do parku rozrywki dla szkrabów tylko sam się tam bawi!), co, pośrednio, dało mu mandat do zmierzenia się z czwórką. Ale nie tylko jako kontynuacją tej serii, ale też jako modny dzisiaj list miłosny dla buddy moviesów z lat 80. Bo wiadomo: teraz się już takich filmów nie kręci, kiedyś to było, chciałem zrobić tak jak starzy mistrzowie.

I to wydaje się być jednym z podstawowych problemów filmu Gliniarz z Beverly Hills: Axel F. No nie da się zaplanować nakręcenia fajnego filmu, który widownia pokocha. Można, no właśnie, podjąć próbę zrobienia takiego kina jak w latach 80., ale nie daje to gwarancji, że to zadziała. Bo właśnie nie wiadomo, co zadziała – w tym całe piękno kultowego kina, które widownia kocha. Czy wy myślicie, że twórcy pierwszego Gliniarza wiedzieli, że kręcą hit? Że robią film, który zagra na wszystkich potrzebnych do szczęścia poziomach? Oczywiście, że nie wiedzieli. A kiedy na pokazach testowych szefostwo studio zachowało marsowe miny, Eddie Murphy był przekonany, że zagrał w kasowej klapie. I tak to właśnie jest. Robisz film, a cała reszta w rękach widzów. I pewnie najlepiej w ogóle nie myśleć o niczym innym, co nie jest procesem robienia filmu. Przy czym w przypadku kontynuacji znanej franczyzy jest to niemożliwością, bo nie startujesz od zera. Startujesz z pewnym bagażem oczekiwań, historii, bohaterów. Być może nie sposób nawet nakręcić przynajmniej równie dobrego filmu, co oryginał.

Dla mnie główną słabością czwartego Gliniarza jest to, że film nie ma flow. Nie sunie do przodu napędzany niewyparzoną gębą głównego bohatera, który zasypuje wszystkich dookoła potokiem słów zastępujących bardzo często czystą akcję w postaci strzelanin i pościgów. To chyba główny wyznacznik powodzenia pierwszego filmu z 1984 roku. Nie jest to akcyjniak ze stajni Johna Woo, a przez większość czasu wiele się tam nie dzieje. No ale jest Axel Foley, który jest postacią autentyczną, szczerą, zabawną, wyluzowaną – chciałoby się być jego kumplem. On dźwiga na swoich barkach wszystko i oglądasz to z ogromną przyjemnością. W czwórce nie ma wrażenia, że to film o Axelu F. Częściej widać tu zmęczonego Eddiego Murphy’ego, który próbuje być Foleyem sprzed lat. Całość uwypukla dynamiczna muzyka, która w oryginale dodawała tempa i świetnie uzupełniała się z obrazem. W filmie Gliniarz z Beverly Hills: Axel F niczego nie uwypukla, niczego nie uzupełnia. Stanowi osobny byt, jakby nie pasując do powolnego tempa samego filmu. Czuć to już na napisach początkowych, gdy muzyka zapowiada ci energetycznego bangera filmowego, a patrzysz na randomowe obrazki Detroit. Zgoda, to samo było w jedynce, ale działało. A tu nie działa.

Atrakcją filmu nie jest też samo Beverly Hills. Kiedyś wyprawa tam Foleya była wyprawą na inną planetę do kosmitów, których podglądanie zdumiewa (a szczególnie oglądając ich w komunistycznej Polsce). Teraz trafia do miejsca, które każdy ma pod ręką przy odpaleniu randomowych kont na Instagramie. Albo wystarczy, że przejdzie się w jakieś modne miejsce w swoim mieście. Wypaliło się główne założenie oryginału. Foley mógłby zostać w Detroit i też by tam pewnie znalazł Beverly Hills. A przynajmniej jedną jego przecznicę.

Co można pochwalić to fakt, że scenarzyści obejrzeli poprzednie części filmu i rzeczywiście postarali się oddać ducha kina z lat 80., a także samego Gliniarza. Kiedy się przyjrzeć, widać ten sam schemat fabuły, te same zagrywki, rozwiązania. Uwspółcześnienie akcji o te 40 lat, które minęły, nie przeszkadza temu wszystkiemu, a nawet nie zwraca się na to zbytniej uwagi. Do tego stopnia, że zastanawiam się, jak by to wyglądało na VHS-ie, a nie ze współczesną ostrością obrazu, która sprawia, że za często ma się wrażenie oglądania teatru telewizji. Nie na taką skalę jak w trójce, ale za bardzo widoczne. To zdaje się potwierdzać założenia Molloya, by zrobić takie kino jak kiedyś. Tyle, że nic nie poradzisz, mamy 2024 rok.

Finalne wrażenie jest mocno przeciętne. Próbuje się tu trochę igrać z prostą jak drut fabułą i sygnalizować świadomość jej schematów poprzez wyraźne wskazanie na nie paluchem (wśród scenarzystów koleżkowie od Nieznośnego ciężaru wielkiego talentu, więc z jednej strony potrafią bawić się w to filmowe meta, a z drugiej nie za bardzo jest na to miejsce, bo czwarty Gliniarz jest filmem, umówmy się, poważnym), ale w efekcie nie ma się czym emocjonować. Poza wyłapywaniem nawiązań do poprzednich filmów, poza wypatrywaniem starych dobrych znajomych, poza oczekiwaniem na to aż Axel zapoda swoje kolejne improwizowane flow próbując się gdzieś wkręcić (swoją drogą to również zostało meta potraktowane i tu również efekt nie był udany) – niewiele więcej tu atrakcji. Jak po sznurku kroczymy ku zakończeniu, które przyjmujemy ze świadomą obojętnością.

I szkoda, i nie szkoda. Nie mam poczucia niepotrzebnego tykania klasyki. Mam poczucie próby rzucenia się na głęboką wodę i wyratowania tylko dlatego, że w porę nadpłynęła łódź Straży Przybrzeżnej. Mark Molloy wziął zbyt mało lekcji pływania, by dotrzeć do mety ze złotym medalem na szyi. No ale chyba się nie utopił, więc jest to jakiś sukces. Jeśli mam wybierać pomiędzy nijakimi oryginalnymi filmami, które pięć minut po premierze zostaną zapomniane na wieki, a nijakimi kontynuacjami filmowej klasyki – wybieram to drugie. Głównie dlatego, że dają nadzieję na to, że za którymś razem ktoś trafi w dziesiątkę i będę bawił się jak wtedy, gdy po raz pierwszy oglądałem na VHS-się ze starymi jak Axel Foley balansuje na otwartych drzwiach ciężarówki z nielegalnymi papierosami podczas szalonego pościgu ulicami Detroit. Kiedyś to były czasy, teraz już nie ma czasów.

Swoją drogą nic tak nie uświadomi ci, że jesteś stary jak scena, w której gadają sobie ociężały Axel Foley, podstarzały Ren McCormack, który przecież dopiero co wywijał hołubce na piętrze magazynu, oraz ufarbowany na czarno John Taggart. Kurde, patrząc na siebie w lustrze, nie wydaje się sobie człowiek tak stary.

(2621)

Wydawać by się mogło, że trzydzieści lat to sporo czasu na napisanie dobrego scenariusza filmowego. Mam mocno mieszane uczucia. A może nie mam? Sam nie wiem. Recenzja filmu Gliniarz z Beverly Hills: Axel F. Netflix O czym jest film Gliniarz z Beverly Hills: Axel F Lata lecą, a Axel Foley (Eddie Murphy) wciąż jest wrzodem na dupie policji z Detroit. Wrzodem, który dzięki swojej nieustępliwości, zadziorności i niewyparzonemu językowi chwyta przestępców jak na efektowne reklamy chińskie sklepy z dziadostwem klientów, ale wrzodem, który powoduje więcej zniszczeń niż pożytku dla miasta. Dlatego, kiedy Axel po raz kolejny wyrusza do Beverly Hills,…

Ocena Końcowa

5

w skali 1-10

Podsumowanie : Axel Foley po raz kolejny wyrusza do Beverly Hills, tym razem, aby pomóc w kłopotach swojej córce, z którą przez lata nie utrzymywał kontaktów. Nie ma wstydu, ale przede wszystkim nie ma tego charakterystycznego flow napędzanego niewyczerpaną energią głównego bohatera. Postarzał się Eddie Murphy, postarzała się jego energia.

Podziel się tym artykułem:

7 komentarzy

  1. Hmm, tu czy na blogu? A damy tu, choć tu ten komentarz szybciej umrze, o wiem co zrobię, wkleję ci kopię na blogu. 🙂

    Zgadzam się z większością twoich spostrzeżeń. Eddie jest stary, najlepsze lata na takie filmy przebimbał kręcą tylko filmy, które mogą oglądać jego dzieci. 🙁 Przekazanie pałeczki dzieciom tu nie wyszło – Shaft zrobił to lepiej (w każdej części). I zgadzam się, brakowało tu tego luksusu Beverly Hills i kij, może faktycznie to miasto (dzielnica LA) już nie ma tego, no tego czegoś co miało w latach 80 i 90 tych? Ale to wówczas znajdźcie ten raj gdzieś indziej (ale najlepiej udawajcie, że on tam nadal jest) – choć nie powiem, były momenty, gdy wydawało się, że jest w tym raju – chyba tylko jak go policjantki zapakowały do radiowozu.

    Do dziś pamiętam, jak ważne było w poprzednich częściach, że Detroit jest brutalne, brudne i zniszczone, podczas gdy Beverly Hill było piękne, czyste i grzeczne (i to w sumie w każdej części od 1 do 3). Tu tego nie było.

    Miło było zobaczyć aktorów z poprzednich części ale szczerze tylko Paul Reiser powracający jako Jeffrey sprawiał wrażenie, że jest tam gdzie powinien dziś być, reszta… no sorry, ale już dawno nie powinno ich być. Stresztą Taggart (John Ashton) był na emeryturze chyba już w 3 części (30 lat temu). Jakim cudem był teraz naczelnikiem (czy kim tam).

    Najbardziej zawodzi jednak młody narybek ani Taylour Paige ani Joseph Gordon-Levitt nie udźwignęli tych ruch jak należy. Nie dali w ogóle energii do filmu. Po prostu przyszli zagrali swoje role i wyszli. Żaden z nich do tych ról nie wróci, i nikt tego żałować nie będzie).

    Swoją drogą, nie wiem czy przegapiłeś, ale w scenie z helikopterem w tle leciał motyw Airwolfa (ten serial z super helikopterze) totalnie nie pasujący do sceny (poza nostalgią lat 80-tych), ale i tak jak już to powinni wstawić nie z Airwolfa z Błękitnego Groma (widać brak obycia w kinie z tamtego okresu ;)).

    Kończąc, film miał swoje momenty, krótkie, ale miał, Ale wychwycą to tylko starzy ludzie (jak my) wychowani na tym kinie. Młode pokolenie zleje ten film ciepłym… On miał powstać 15 lat temu, wówczas miałby sens, ale Eddie wówczas ciągle grał tylko w filmach dla małych dzieci :(.

    PS. Fajnie z tym wiekiem córki policzyłeś – kurcze mogli jej dać dowolny wiek powyżej 25 lat, by nie mieszać sobie z poprzednimi filmami, ale nie, musieli wstawić ją tak, by coś spieprzyć. To takie typowe dla współczesnego kina i takie wkurzające w każdej franczyzie.

  2. Z jednej strony za dużo się czepiasz, bo mam wrażenie, że gdyby dokładnie ten film powstał w 1988 zamiast oryginalnej jedynki, to dzisiaj to byłby wyznacznik Gliniarza i kolejne części byłyby porównywalne z nim właśnie. To naprawdę świetny film z lat 80-tych, który dobrze się zestarzał.
    Ale z drugiej strony masz całkowitą rację, że nie można w 2024 kręcić filmu z lat 80-tych, bo to nie ma prawa się udać. Świat wygląda inaczej i nie wystarczy kilka nawiązań do współczesności, a poza tym dalej będziemy udawać, że jest tak jak 40 lat temu. To mi chyba najbardziej przeszkadzało. To i kretyńska rola Kevina Bacona, który doszedł do rangi kapitana, a nikt się nie spostrzegł, że od lat lody kręci na boku, a kręci tak, że mu przy każdym kroku splendor uszami wycieka, więc nie da się tego nie zauważyć.
    Ja się na seansie bawiłem dobrze, dość przypadkiem (bo nie wiedziałem, że czwórka powstaje, albo może zepchnąłem tę wiedzę do głębokiej podświadomości) ze dwa miesiące temu przypomniałem sobie jedynkę, więc widzę zachowany klimat. Ale ten klimat jest liźnięty po powierzchni – reżyser obejrzał 3 części Gliniarza, ale nie wyrósł w tym kinie, nie przeżył tego wszystkiego, nie naoglądał się filmów z tego okresu, więc jego próbka była bardzo mala i na jej podstawie wyszła taka trochę wydmuszka.
    PS1. Fajnie policzyłeś ten wiek.
    PS2. Nie mieliście wrażenia, że fryzura Murphy’ego jest narysowana? Takie kropki postawione czarnym pisakiem? Bo niby coś na głowie było, ale równo z czerepem i się świeciło jak łysa glaca. Rozpraszało mnie to.

  3. @Toudi
    Ano przebimbał i, paradoksalnie, wszystko przez „Gliniarza”, a konkretnie trójkę. Potem już się nie potrafił odnaleźć w wymaganiach widza, jak zresztą sporo gwiazd tamtej ery. W ogóle byłem w szoku, bo zerknąłem przed czwórką na trójkę. I myślałem, że on już tam był za stary na Axela Foleya. No ale źle myślałem. Po prostu, film był słaby i pogrążył jego karierę. Gdyby był hiciorem, pewnie dzisiaj oglądalibyśmy siódemkę albo jakiś crossover z „Zabójczą bronią”.

    Po takich scenach jak ta z policjantkami w radiowozie widać najbardziej, w czym problem nowej części. Nie wiem, może to nostalgia, przesadne wyidealizowanie jedynki, to wszystko, co nie jest filmem, a na opinie o nim wpływa, ale mam wrażenie, że w oryginale wszystkie takie momenty były okazją do foleyowania i sprawiały, że szybki rytm nie zwalniał. Brzęczą mi w uszach jego słowa „To najczystszy radiowóz, w jakim siedziałem” i cieszy mi się ryj. Tutaj takich momentów się nie wykorzystuje, a one robią różnice.

    Wytłumaczyli Taggarta. Czekałem od początku na to jak to rozegrają. Mówi, że był już na emeryturze, ale wrócił do policji, bo zszedł się z tą jak mu tam, co mu cały czas dupę truje.

    Nie zauważyłem/usłyszałem. Jestem w tej kwestii neutralny jak Szwajcaria – dla mnie „Air Wolf” i „Blue Thunder” to jeden i ten sam okres i można je stosować zamiennie. Poza tym umówmy się, motyw z AW zagwizdam ci obudzony w środku nocy (inna sprawa, że mam taki dzwonek w telefonie 🙂 ), a BT nawet nie wiem, czy miał jakiś motyw :).

    @countersv
    Gdybym miał kłótliwą naturę, to bym się sprzeczał, bo nie uważam, żeby czwórka nakręcona wtedy jako jedynka, teraz byłaby kultowa. Ale nie mam takiej natury, poza tym to sprzeczka nie do rozwiązania :). Jedno wiem, pierwszego „Gliniarza” po 40 latach nadal ogląda się świetnie, więc czwórkę też tak powinno się oglądać, gdyby teraz miała 40 lat. Wiadomo, to opinia naznaczona istnieniem trzech filmów, z których dwa pierwsze są dobrym punktem odniesienia do szerszej dyskusji o tym, dlaczego kino z lat 80. było takie eleganckie. I w tym kontekście odbiera się czwórkę, co zmienia wszelkie dyskusje w hipotetyczne. Tak czy siak, mnie się oglądało czwórkę zupełnie obojętnie, nijak, zero jakichkolwiek emocji – ze dwa razy może prychnąłem ciut większym śmiechem.

    Kwestia Bacona to jedna z tych meta rzeczy, które w czwórce nie zagrały. Chcieli to rozegrać inteligentnie, ale wyszło jak wyszło. No ale starali się to wytłumaczyć – zabawić się schematami – bohaterowie rozmawiają o tym, że Bacon jest tak pewny siebie, swoich układów i miejsca w kolejności dziobania, że nawet się nie kryje z tym, że jest umoczony. Rozbrajają twista, który każdy rozgryzł, gdy tylko zobaczył Bacona. W efekcie ma to dać efekt zabawy z kliszami i samoświadomością, no ale nie daje. Podobnie, moim zdaniem wypadła scena, w której Foley chce się wkręcić na krzywy ryj do hotelu, ale jest stary i zmęczony, więc mu się nie chce i po prostu płaci za pokój.

    No właśnie Molloy wychował się na VHS-ach, a przynajmniej tak twierdzi. Trójki nie widział, ale też trzeba polegać na jego słowach tylko.

    Nie zwróciłem uwagi na fryz Murphy’ego. Mam z tyłu głowy, że koleś się nie starzeje i to mi wyłącza takie obserwacje :).

  4. Ech.
    W sumie dobrze (no dobra, przyzwoicie) się bawiłem przez większość filmu, finał niestety już zbyt groteskowy. Kompletnie zmarnowane zostały postacie Rosewooda i Taggarta, szczególnie tego pierwszego. Inna rzecz, że o ile trochę farby do włosów na sędziwym już Ashtonie nie przeszkadza, to Reinhold chyba robił poprawki urody w tej samej klinice za meksykańską knajpą co Mickey Rourke i ciężko się go ogląda. Fryzura Myrphy’ego OK, tak się podgalają od dekad afroamerykańscy dżentelmeni.
    Jeśli chodzi o muzykę ilustracyjną, nie zgodzę się, według mnie była bardzo dobra, w nowoczesny sposób nawiązująca do oryginału. Chwalę do momentu, gdy wjechał „hicior”, gdzie jakiś mał’ pan nawija przez autotune o nygusach, brrrr.
    Motyw Airwolfa też rozpoznałem i również od razu pomyślałem o Blue Thunder, z tego co wiem ostatnim filmie, gdzie pozwolono na harce prawdziwymi śmigłowcami w śródmieściu Los Angeles.
    Żenady nie było, mogło być lepiej. Piszę to jako ktoś, któremu w ogóle nie przeszkadza część trzecia, może dlatego, że widziałem ją jako czternastolatek w kinie.

  5. Aaa, zapomniałem. Postać Bacona byłaby dużo lepsza gdyby się okazało, że to jakiś deep-undercover agent w głębokiej konspiracji zwalczający kartele. A tak był po prostu śmieszny nawet jak na standardy badguya z kina lat 80.

  6. A to nie było tak, że film przeleżał na półce dwa lata i stąd problem z wiekiem?

  7. Na półce to nie, nie była to historia z gatunku „mamy gotowy film i albo go wam pokażemy, albo nie i odpiszemy se od podatku” :). Na początku ubiegłego roku skończyli zdjęcia, potem postprodukcja, więc pewnie był gotowy gdzieś w połowie 2023 roku. Mogło to mieć jakiś wpływ, ale nawet jeśli, to łatwo to można było zmienić. Teraz nie jest to żadnym problemem.

Skomentuj

Twó adres e-mail nie będzie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Quentin 2023 - since 2004