365 dni (2020), reż. Barbara Białowąs, Tomasz Mandes.
365 dni (2020), reż. Barbara Białowąs, Tomasz Mandes.

365 dni. Recenzja filmu Barbary Białowąs

Nie zliczę, ile razy w „karierze” musiałem już zaczynać w ten sposób recenzję: niestety, film (w tym przypadku 365 dni) nie jest tak zły, jak byśmy wszyscy tego oczekiwali. Jest przaśny, prosty, jego akcja rozgrywa się w wyimaginowanym wszechświecie na bardzo odległej galaktyce, a sceny erotyczne nie dodają mu żadnej wartości. Ot, zwykłe soft porno, żeby móc napisać w materiałach promocyjnych, że takiego filmu w polskim kinie jeszcze nie było. Innymi słowy 365 dni jest dokładnie takim filmem jak miał być. Jeśli ktoś spodziewał się czegoś innego, to nie jest to wina filmu, a jego samego. A w tej sytuacji jedynym pytaniem godnym uwagi w kontekście filmu Barbary Białowąs jest pytanie takie oto: czy autorzy filmu 365 dni mają do zaoferowania to, czego widzowie rzeczywiście oczekują? Jeśli tak – zarobią i będą mieli w nosie narzekania. Jeśli nie, wtopili sporo kasy, bo 365 dni wygląda na taką produkcję, co to na nią tej kasy nie szczędzili. I naprawdę nie wiem, która z tych opcji jest bliższa realizacji.

Cóż za długi wstęp do recenzji filmu 365 dni.

O czym jest film 365 dni?

Laura Biel (Anna Maria Sieklucka) pracuje jako… tego z filmu się nie dowiemy. Coś w hotelach, ale bez podbudowy książkowej film nie zamierza niczego tłumaczyć. Don Massimo Torricelli (Michele Morrone), tu sprawa jest jasna, to boss sycylijskiej mafii. Wstąpił na szczyt po tym, jak w zamachu zginął jego ojciec, ale tak naprawdę to film 365 dni również nie wyjaśnia żadnych szczegółów. Są jakieś rodziny mafijne, don Massimo nie handluje nieletnimi dziewczynami, bossiara konkurencyjnej rodziny ma konto na Tinderze, a consigliere Massima (Bronisław Wrocławski) cały czas ma na twarzy zatwardzenie, co zapewne oznacza, że nie jest najlepiej. Jego szef jednak się tym nie martwi, bo przypadkiem na lotnisku dostrzega Laurę, która właśnie przyjechała tu na wakacje. Oto, dosłownie, kobieta z jego marzeń. Istota, której zdjęcia trzyma na ścianach, a którą dojrzał w malignie po postrzale, w którym zginął jego ojciec. Laura przyjechała tu ze swoim dupowatym chłopakiem, ale o nich też za dużo z filmu się nie dowiemy. Ona każe mu ciągle spierdalać, a on jest żonaty ze swoim ajmakiem. Chłopczyna szybko znika z miejsca akcji wraz z kompromitującymi go fotkami, które są gwoździem do trumny jego związku z Laurą. Tymczasem Laura zostaje porwana przez Massima, który daje jej rok (365 dni) na to, żeby go pokochała. Obiecuje jej nie dotykać, ale słabo idzie mu wypełnianie tej obietnicy. Laura nie ma za bardzo wyjścia z tej złotej klatki zakupów, podróży, szybkich łodzi motorowych i wypadów do Rzymu, więc postanawia zagrać w swoją grę wodzenia bossa na pokuszenie.

Zwiastun filmu 365 dni

Recenzja filmu 365 dni

Przeczytałem jakieś sto pięćdziesiąt stron książki Blanki Lipińskiej, na podstawie której nakręcony został film 365 dni. I o ile uważam, że taką książkę jest w stanie napisać każdy prosto z ulicy, to film nie sprawia już takiego wrażenia. 365 dni zostało zrealizowane sprawnie, aktorzy posługują się ładnym włosko-angielskim, a na plenery nie szczędzono grosza. Słynnej Barbarze Białowąs (poguglajcie sobie za wywiadem z Walkiewiczem) pomagał w reżyserii niejaki Tomasz Mandes, co może wskazywać, że w trakcie realizacji doszło do jakiejś greckiej tragedii. Tak sobie gdybam, bo w filmografii reżyserskiej Mandesa nie ma nic, a on sam pojawia się w filmie 365 dni przez dwie minuty w roli brodatego kuzyna. A jednak najwyraźniej pomógł ogarnąć to dzieło.

365 dni jest filmem tak wyrafinowanym jak denaturat. Przesiąknięty kulturą gwałtu i maczyzmem, którego pozazdrościłby John Milius, opowiada tak prościutką historyjkę jak tylko się da. Wzorem klasycznych pornosów traktuje wprowadzenie do kopulacji jako zło konieczne. Szczególnie w pierwszej połowie filmu, która jest połową tak poważną, jak poważna jest mina Michele Morrone’a przez cały film bez wyjątku. Dawno nie było roli zagranej tak pewnie na jednej minie czy to w scenach zachwytu, złości, czy pożądania. Jest jednak facetem przystojnym, a to jest tutaj najważniejsze. Podobnie jak śliczną dziewczyną jest Anna Maria Sieklucka, na którą patrzy się z przyjemnością nawet wtedy, gdy jest ubrana. I w sumie trochę szkoda, że kazali jej potem świecić tyłkiem na prawo i lewo, bo jakoś tak nie pasowała mi do roli erotycznej wampirzycy. No ale w sumie w tym rzecz, Dakota Johnson też z buzi jest niewinna.

Jako się rzekło, warstwa erotyczna 365 dni to po prostu film soft porno z umiejętnie odwracającą się kamerą w najbardziej newralgicznych momentach. Najpierw filmowa erotyka ogranicza się do kilkukrotnego robienia loda, a jedna z tych scen jest zwyczajnym gwałtem, potem zmienia się w formę teledysku nawiązując konwencją do całego filmu, który również jest takim teledyskiem. Z całkiem udaną ścieżką dźwiękową – trzeba dodać. Kto więc chce pooglądać sobie „sceny”, rzeczywiście lepiej, żeby wlazł na Pornhuba, jak to sugerował Żulczyk zdaje się.

Tego, czego Żulczyk nie dostrzega (chyba, bo nie czytałem :) ) to fakt, że nie całe 365 dni jest tak złe jak jego najgorsze momenty. Film zdecydowanie ożywa, gdy traci maskę poważnego erotycznego dramatu i zakłada koszulkę z rumuńskiego targu. Staje się swojskim, polskim obrazem z bazarowym poczuciem humoru i bohaterami, którzy uciekli z dyskoteki disco polo. Niekwestionowaną gwiazdą 365 dni jest Magdalena Lamparska, dla której na pewno warto wybrać się do kina na film Białowąs i Mandesa. Ale i Sieklucka ma parę krótkich chwil filmowego triumfu, gdy robi sobie jaja z napuszonego mafiosa. Jest w tym dobra i to jest fajne. Szkoda tylko, że ani przez chwilę nie udaje jej się oszukać widza, że za moment i tak wyląduje w sześciopaku swojego złodzieja. Niczym ta kura z dowcipu goniona przez koguta. „Zrobię jeszcze jedno okrążenie, żeby nie myślał, że jestem łatwa”.

Gdzieś mignęły mi jakieś brednie o napięciu, w jakim rzekomo trzyma film 365 dni. Film 365 dni nie trzyma w niczym, a finałowe sceny są tak źle zmontowane, że przykro patrzeć. Końcówka zaś zaskoczy tylko tego, kto nie wie, jak działa współczesne kino. W jednej ze scen 365 dni na stole w mieszkaniu Lamparskiej można dostrzec kolejną książkę cyklu Lipińskiej. A, jak wiadomo, książka Lipińskiej wisząca na ścianie w pierwszym akcie, w akcie ostatnim musi wystrzelić. No to strzela klasycznym zakończeniem pierwszej części trylogii.

Targetowany na film walentynkowy 365 dni jest taką produkcją, z powodu której faceci omijają szerokim łukiem tzw. babskie filmy. Choć podnosi na duchu przecież. Albowiem sześciopak i gruby portfel wystarczą do szczęścia. Nie trzeba się więcej wysilać.

(2395)

Nie zliczę, ile razy w „karierze” musiałem już zaczynać w ten sposób recenzję: niestety, film (w tym przypadku 365 dni) nie jest tak zły, jak byśmy wszyscy tego oczekiwali. Jest przaśny, prosty, jego akcja rozgrywa się w wyimaginowanym wszechświecie na bardzo odległej galaktyce, a sceny erotyczne nie dodają mu żadnej wartości. Ot, zwykłe soft porno, żeby móc napisać w materiałach promocyjnych, że takiego filmu w polskim kinie jeszcze nie było. Innymi słowy 365 dni jest dokładnie takim filmem jak miał być. Jeśli ktoś spodziewał się czegoś innego, to nie jest to wina filmu, a jego samego. A w tej sytuacji…

Czas na ocenę:

Ocena: 4

4

wg Q-skali

Podsumowanie: Niezadowolona ze swojego związku energiczna Polka zostaje porwana przez napalonego włoskiego mafiosa. Film tak wyrafinowany jak denaturat. Przesiąknięty kulturą gwałtu i maczyzmem, którego pozazdrościłby John Milius. A jednak sympatyczny w momentach, gdy traci maskę poważnego dramatu, by przywdziać maskę przaśnej polskiej produkcji dla Grażyn i Januszów.

2 odpowiedzi

  1. Byłem w kinie i szczerze mówiąc to nie podobał mi się. Do Greya to mu daleko… 😉

  2. Jak dla mnie slaby film, ale no cóż… 😉

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.