Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
Co warto zobaczyć na 32. Warszawskim Festiwalu Filmowym
Co warto zobaczyć na 32. Warszawskim Festiwalu Filmowym.

Co warto zobaczyć na 32. Warszawskim Festiwalu Filmowym

Przyszła jesień, przyszedł Warszawski Festiwal Filmowy, edycja numer 32. Niestety w tym roku nie obejrzę większości filmów, które chciałem na nim zobaczyć, bo tak niefortunnie ułożył się harmonogram emisji, że większość z nich leci wtedy, gdy nie mogę w żaden sposób przeteleportować się do kina. Smuteczek. Ale w sumie mniejszy niż się spodziewałem. Czemuż to?

O ile w poprzednich latach od razu rzucało się w oczy kilka perełek, których nie chciało się za żadne skarby przegapić, to w tym roku pod tym względem jest o wiele gorzej. Przynajmniej z mojego punktu widzenia. Właściwie nie wypatrzyłem w repertuarze niczego, co mocniej zabiłoby moim sercem. I teraz pytanie: czy tegoroczny rozkład jazdy WFF-a jest słaby, czy może ja nie na te co trzeba filmy czekałem? Nie wiem, trudno oceniać bez obejrzenia wyświetlanych na WFF-ie filmów, ale w sumie to i dobrze, bo skoro i tak nie mógłbym ich zobaczyć…

Jak co roku przedziobałem repertuar wzdłuż i wszerz i tym sposobem podzieliłem filmy na trzy (a właściwie cztery) grupy. Grupa A – filmy, które chcę obejrzeć, Grupa B – filmy, które mogę obejrzeć, Grupa C – filmy, które obejrzę, jeśli wpasują się w dziurę między seansami filmów z grup A i B. Ww. Grupą D były oczywiście pozostałe filmy, których nie chcę zobaczyć. Poniżej zestaw tytułów z Grupy A, jednakowoż miejcie na względzie, że znalazły się one tam w zasadzie na mojego filmowego czuja i równie dobrze mogą być szitami (oby nie). Jak mi starczy sił to dorzucę jeszcze filmy, na które ostatecznie się wybieram, bo obydwa zbiory, poza jednym tytułem, się nie pokrywają. Kolejność przypadkowa.

Co warto zobaczyć na 32. Warszawskim Festiwalu Filmowym

 

Mało ważny człowiek [An Insignificant Man] (2016), prod. Indie

Bodaj jedyna indyjska produkcja na 32. WFF-ie (choć mogę się mylić, repertuar przeglądałem ze dwa/trzy tygodnie temu, od razu, gdy się ukazał), ale nie tylko to sprawiło, że nabrałem ochoty na jej obejrzenie. Jej kolejnym atutem jest fakt, że to film dokumentalny, a takie lubię – paradoksalnie najciekawsze dokumenty tegorocznego WFF-u lecą poza sekcją dokumentalną, choć akurat ten nie należy do tego casusu. No i czynnik decydujący – tematyka. Oglądając bollywoodzkie, tollywoodzkie itp. produkcje zawsze jednymi z najciekawszych bohaterów są politycy. Zwykle przekupni i skorumpowani, a jednak traktowani na równi z bogami i mogący wszystko, nawet zamienić Colę w Pepsi. Tyle, że to kino, a w kinie wiadomo, fabuła rządzi się swoimi sprawami. Ciekawie będzie zobaczyć kwestię indyjskich polityków w ujęciu dokumentalnym. Choć znając historię działaczy sportowych lecących na igrzyska klasą biznes podczas gdy sportowcy w tym samym samolocie klasą ekonomiczną – wątpię, żeby było inaczej.

Ośmielone Arabską Wiosną, indyjskie społeczeństwo zaczyna domagać się zmian w skorumpowanym rządzie. Kiedy politycy odmawiają spełnienia żądań, czołowi aktywiści decydują się założyć partię. W listopadzie 2012 roku powstaje Aam Aadmi Party, Partia Zwyczajnego Człowieka, której programem jest walka z korupcją. (Opis festiwalowy)

Houston, mamy problem! [Houston, imamo problem!] (2016) prod. Chorwacja, Słowenia, Niemcy, Czechy, Katar

A to już przykład wyżej wspomnianej ciekawostki o najfajniejszych (teoretycznie) dokumentach wyświetlanych poza sekcją dokumentalną. Wyświetlany w sekcji „Odkrycia” fikcyjny dokument (stąd pewnie te odkrycia) o jugosłowiańskim programie kosmicznym. Brzmi ciekawie, prawda? Jednym z najlepszych fikcyjnych dokumentów poprzednich WFF-ów był This Ain’t California o NRD-owskich deskorolkarzach i po Houston, mamy problem! spodziewam się powtórki z rozrywki. Szczególnie że za programem kosmicznym stoi Josip Broz Tito, a to fajny koleś (odsyłam do Cinema Komunisto), a i takie rakietowe zabawy dają więcej możliwości niż się wydaje (a tu odeślę do The Lebanese Rocket Society).

Lata 50. Trwa zimna wojna i kosmiczny wyścig w kierunku księżyca. Stany Zjednoczone ze swoim programem kosmicznym zostają w tyle za Związkiem Radzieckim. Ale mówi się, że w wyścigu brał udział jeszcze trzeci, cichy gracz. Ponoć Josip Broz Tito – przywódca Jugosławii – uruchomił tajny jugosłowiański program kosmiczny. (Opis festiwalowy)

Kraina małych ludzi [Medinat Hagamadim aka Land of the Little People] (2016), pord. Izrael, Palestyna

Kryterium wyboru tego tytułu było jedno: film izraelski. Lubię izraelskie kino, choć i na nie można się srogo naciąć, by wspomnieć tylko fatalne Youth z któregoś z poprzednich WFF-ów (2012, 2013, 2014, 2015). Przeważnie jednak jest dobrze, a nawet bardzo dobrze, by wspomnieć np. Sąsiadów Boga czy Duże złe wilki. Kiedy więc widzę „Izrael”, to od razu zapala się we mnie chęć na seans i tak właśnie jest w tym przypadku. A tematyka? No jaka może być w Izraelu tematyka? Wiadomo, wojna. Prawdopodobnie trochę w ujęciu I Declare War (tak, chciałem błysnąć znajomością dziwnych tytułów i to robię :P), ale na poważnie.

Czwórka dzieciaków, pochodzących z rodzin wojskowych, zakłada swój własny gang. Stara, opuszczona baza wojskowa staje się ich obozem. Na ich terenie ukrywa się dwóch dezerterów. Dochodzi do bezwzględnej walki. (Opis festiwalowy)

Lantouri (2016), prod. Iran

Łatwo rozgryźć podstawowy klucz, według jakiego selekcjonowałem festiwalowe filmy wobec nieobecności ekscytujących mnie fabuł – oto kolejny fikcyjny dokument na rozkładzie jazdy. I to właściwie wystarczy za całe wprowadzenie. Z irańskim kinem mi średnio po drodze, ale w formie mockumentu (aczkolwiek w zwiastunie nic nie wskazuje na to, że Lantouri jest fikcyjnym dokumentem) powinno być ciekawie. Więcej nie ma się co rozpisywać, bo wiadomo, że mockumenty rządzą się swoimi prawami i wyglądają podobnie. Co je różni – tematyka. Czyli:

Lantouri to nazwa gangu, który napada na ludzi w biały dzień na ulicach Teheranu i włamuje się do bogatych domów. Gang porywa też dzieci dla okupu, ale tylko z rodzin, które dorobiły się dzięki korupcji i defraudacjom. Kolejni członkowie gangu wypowiadają się na temat swojej działalności. (Opis festiwalowy)

Potwór z Martfu [A martfüi rém aka Strangled] (2016), prod. Węgry

Przenosimy się na Węgry do prawdopodobnie jednego z niewielu niemetafizycznych filmów 32. Warszawskiego Festiwalu Filmowego ;). Nie no, nie mam nic przeciwko socjologicznym portretom społeczności itepe, ale czasem dla odmiany i oddechu przydaje się jakiś prosty thriller. Potwór z Martfu wydaje się dobrym kandydatem do tego miana, choćby i z tego względu, że w jego opisie pojawia się określenie „seryjny morderca”. Miejsce akcji w latach 50. i 60. ubiegłego wieku też jest wielce obiecujące i przemawiające na korzyść filmu Árpáda Sopsitsa.

Człowiek, który spędził 10 lat w więzieniu, ponieważ został uznany za winnego, ale tak naprawdę był niewinny. Seryjny zabójca na wolności. Prokurator, który domaga się kary śmierci dla niewinnego, a potem stara się, by prawda nie ujrzała światła dziennego. Śledczy, który zostanie zobowiązany, by prowadzić dochodzenie w swojej sprawie i kolejny śledczy opętany wymierzaniem sprawiedliwości. (niezbyt zrozumiały Opis festiwalowy)

Prawdziwe zbrodnie [True Crimes] (2016), prod. Stany Zjednoczone, Polska

Prawdopodobnie jeden z najczęściej powtarzających się tytułów na listach do obejrzenia WFF-owych bywalców. Każdy ciekaw, co też wyjdzie z tych wszystkich newsów typu Robert Więckiewicz i Agata Kulesza w jednym filmie z hollywoodzkim gwiazdorem (Jim Carrey)! Jakby tego było mało, historia też polska – pal licho, jaki z tego wyszedł film – ale jakie z tego wyjdą recenzje! No żal przegapić, z której strony by nie spojrzeć. Film tak tajemniczy, że nawet zwiastuna jeszcze nie ma.

Thriller psychologiczny zainspirowany artykułem Davida Granna zamieszczonym w 2008 roku w New Yorkerze opowiadającym o zabójstwie biznesmena, którego szczegóły pokrywały się z opisami z pewnej książki. (Opis festiwalowy)

Sekret Aidy [Aida’s Secrets] (2016), prod. Izrael, Niemcy, Stany Zjednoczone

Kolejny izraelski trop na mojej liście, ale tym razem nie tylko to zachęca mnie do seansu. Sekret Aidy to film braci Schwarz (Alona i Shaula), którzy mają na swoim koncie świetny „meksykański” dokument Narco Cultura. I to mi wystarczy za rekomendację.

A co by było gdyby wszystko, co wiesz o swojej przeszłości okazało się kłamstwem? Co jeśli poczucie twojej tożsamości, rodzina, religia, dom, przewrócone zostałyby do góry nogami? Co jeśli okazałoby się, że twoi najbliżsi znali prawdę i nigdy ci jej nie powiedzieli? (Opis festiwalowy)

Stare dobre czasy [San Xian Hao Qing Nian aka Good Old Days] (2016), prod. Chiny

Mało na 32. WFF-ie ciekawej azjatczyzny, ale na horyzoncie Pięć Smaków, więc pewnie będzie okazja tam odbić sobie tę niedogodność (na pewno awansem polecam Wam seans Goksung aka The Wailing). Co przyciągnęło mnie do tego tytułu? Jeden z moich ulubionych motywów filmowych – spotkanie po latach byłych kumpli. Niewiele potrzeba, żeby mnie zaciekawić :).

Liu Xiaobo dowiaduje się, że ziemia w starej wiosce, na której stał rodzinny dom jego przodków, została wywłaszczona. Kilkukrotnie próbuje odwiedzić tę wioskę. Bezskutecznie. Nawiązuje kontakt z kolegami z klasy, z którymi niegdyś się przyjaźnił. Wspólnie starają się dostać do wioski, kopiąc tunel… (Opis festiwalowy)

W środku wulkanu [Jökullinn logar aka Inside A Volcano] (2016), prod. Islandia

Kiedyś przez finałami EURO 2012 w Polsce i na Ukrainie do szatni polskiej drużyny wpuszczono Marcina Koszałkę, by zrobił film o tym całym piłkarskim zamieszaniu. Skończyło się tak jak musiało się skończyć wpuszczenie do szatni zbyt ambitnego filmowca, który piłkę nożną ma w nosie. Będziesz legendą, człowieku był z grubsza nieoglądalny. Wspominam o tym, bo sytuacja podobna. Różnica w bohaterach – islandzkich piłkarzach i w tym, że, jak sądzę, ten film będzie się dało oglądać.

Niewiarygodna historia złotej generacji islandzkiego futbolu, jednej z największych niespodzianek w historii światowej piłki nożnej. Przyglądamy się z bardzo bliska drużynie, która sprawiła, że świat ich zauważył – Islandczyków – najmniej liczny naród, który kiedykolwiek brał udział w ćwierćfinałach jednych z najważniejszych turniejów piłkarskich na świecie. (Opis festiwalowy)

Plac zabaw [Playground] (2016), prod. Polska

Większość najciekawszych filmów tegorocznego Gdynia Film Festival już sobie hula w kinach, a z pozostałych wolałbym obejrzeć Jesteś mordercą, ale na bezrybiu i rak ryba, a Plac zabaw wydaje się być dobrym kandydatem do festiwalowego seansu. Po miejscami szokującym Wołyniu trudno sobie wyobrazić jeszcze bardziej szokujący polski film, no ale i za Placem zabaw poszła fama szokującego, a widzowie opuszczali salę w trakcie seansu (nie zostało do końca ustalone czy z powodu zszokowania czy nudy). Trzeba więc sprawdzić, choć kinowa premiera za pasem, bo już 18 listopada.

Koniec roku szkolnego w prowincjonalnym polskim mieście. Dla 12-letniej Gabrysi to ostatnia szansa, by wyjawić koledze z klasy, że jest w nim zakochana. Dziewczynka aranżuje sekretne spotkanie i szantażem zmusza chłopca, żeby się na nie stawił. Ale to, co miało być intymną rozmową wymyka się spod kontroli i wiedzie do nieprzewidzianych rezultatów. (Opis festiwalowy)

Dziennik maszynisty [Dnevnik mašinovode aka Train Drivers Diary] (2016), prod. Serbia, Chorwacja

Jugosłowiańskie kino zawsze na propsie, stąd też Q-blogowe wyróżnienie dla tego serbskiego kandydata do tegorocznego (przyszłorocznego) zagranicznego Oscara. Wolałbym jakieś traumy postwojenne, ale skoro nie ma, to biorę co jest. Jugosłowiańskie podejście do życia powinno nadać właściwego humoru filmowi o nieumyślnym zabijaniu.

Statystyki pokazują, że w trakcie swojej kariery zawodowej każdy maszynista pracujący na kolei, nieumyślnie zabija od 15 do 20 ludzi. Film jest tragikomiczną opowieścią o niewinnych masowych mordercach i ich życiu. (Opis festiwalowy)

Radiowe marzenia [Radio Dreams] (2016), prod. Stany Zjednoczone

Nie jestem zwolennikiem oglądania na WFF-ie amerykańskich filmów, bo te wcześniej czy później z dużą dozą pewności pojawią się u nas w ten czy inny sposób, ale jeśli ktoś jest innego zdania, to Radiowe marzenia wydają się dobrą okazją do zaliczenia na festiwalu. Temat wydaje się wymarzony do „pokazanej z humorem refleksji” na temat starcia sztuki wysokiej z popkulturą i kto z tego starcia zawsze wyjdzie zwycięsko.

Mister Royani w Iranie, swoim ojczystym kraju, był szanowanym pisarzem. Dziś pracuje w Perskim Radio w San Francisco, gdzie prowadzi poetycką, czasem niemal medytacyjną audycję dla Afgańczyków i Irańczyków. Jednak właściciele stacji chcą wreszcie zarobić i wpadają na pomysł, żeby na antenowej sesji nagraniowej spotkał się Kabul Dreams – pierwsza rockowa kapela z Afganistanu i ich idole – legendarna grupa Metallica. (Opis festiwalowy)

2 odpowiedzi

  1. A co sądzisz o Moon Dogs i Ma’Rosa? Warto się wybrać?

  2. Na Moon Dogs mam bilet, bo lubię takich muzycznych buntowników, ale opis tego filmu wygląda ciekawiej niż zwiastun. Ma’Rosa odpadła w przedbiegach, ale Manila zwykle wygląda ciekawie na dużym ekranie, więc przynajmniej jeden plus jest. Ale dla mnie zbyt telewizyjna.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.