Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
Emily Blunt mierzy z pistoletu w tle Benicio Del Toro i Josh Brolin - recenzja filmu Sicario
Sicario (2015), reż. Denis Villeneuve

Recenzja filmu Sicario, czyli Niezły Meksyk

Po obejrzeniu Sicario jedno pozostaje dla mnie bez wątpliwości – szkoda Denisa Villeneuve’a do robienia filmów o gadających rybach.

Dwa słowa o Denisie Villeneuve’ie

Denis Villeneuve to obecnie jeden z najbardziej wszechstronnych reżyserów. Równie dobrze czuje się bez budżetu, jak i z budżetem. Równie sprawnie porusza się między gadającymi rybami, a tajemniczymi porwaniami, a także pomiędzy ludobójstwem, a masowymi morderstwami. Kręci w kolorze, ale kręci też w czerni i bieli – do wyboru do koloru. I właśnie ta uniwersalność reżysera sprawia, że wyreżyserowane przez niego filmy mają w sobie to coś. Szczególnie widać to właśnie po tych podsypanych groszem filmach, które w innych rękach pewnie byłyby kolejnymi przeciętnymi thrillerami. Ale nie u Villeneuve’a, on potrafi tak poprowadzić akcję, że choć masz wrażenie, że oglądasz artystyczne kino to przy okazji masz też pewność, że oglądasz film przeznaczony dla każdego widza, nie tylko tego ą i ę. To jego siła, dzięki której wyróżnia się na tle reszty kolegów po fachu.

bohaterowie filmu Sicario - recenzja

Zupełnie nie a propos fotka z filmu Sicario upiększająca jego recenzję.

Dlatego z mojej strony bardziej życzyłbym go sobie za kamerą takich filmów jak Sicario niż eksperymentów typu Enemy. Ten drugi z pewnością ma swoich trzech fanów, ale to dzięki pierwszemu dużo większa część nas będzie miała okazję przeżyć w kinie coś, co na dłużej zapadnie w głowie. I myślę, że warto schować zbyt duże ambicje do kieszeni i nie męczyć już za bardzo pokręconymi filmami, które mało kto rozumie, a które połowa z tych, co mówią, że rozumieją tylko udaje. Sicario otwiera Villeneuve’owi na oścież furtkę do wszystkiego. A na początek AFAIR do Blade Runnera 2.

O czym jest film Sicario

Ale zostawmy przyszłość na boku i wróćmy do konkretów. Oto ciche i spokojne przedmieścia bodajże w Arizonie. Obrazek wypisz wymaluj jak z okolicy domu Waltera White’a. Nagle na horyzoncie pojawiają się agenci FBI dowodzeni przez Kate (Emily Blunt). Mają nadzieję, że w jednym z domów odnajdą dwójkę poszukiwanych przez nich ofiar porwania. Tak się nie dzieje – w zamian odkrywają zamurowane w ścianach czterdzieści dwa trupy. Akcja Kate zwraca uwagę tajemniczego Matta (Josh Brolin). Matt proponuje Kate dołączenie do specjalnego oddziału, który balansując na granicy prawa ma w planach potężne uderzenie w samo serce jednego z meksykańskich karteli. Kate dołącza do polowania na jego bossa i wkrótce przekona się, że świat nie jest czarno-biały, a ma bardzo dużo odcieni szarości. Ale wymyśliłem.

Zalety Sicario

No tak, będzie też akapit o wadach. I standardowo będzie ich pewnie więcej niż zalet. Ale spokojnie, to tylko dlatego, że o wadach lepiej się pisze. A o zaletach? Nie dają aż takiego pola do popisu. Zatem. Nie ulega wątpliwości, że Sicario zobaczyć warto. To kino przez duże K firmowane przez reżysera, który dla uciechy gawiedzi nie nagnie się do oczekiwań standardowego zjadacza popkornu tylko konsekwentnie trzymał się będzie swojej wizji kina. Dzięki temu jest w Sicario kilka momentów ciszy przed burzą, ale nie są to momenty z gatunku zanudźmy widza lecz wręcz przeciwnie. Pomagają budować napięcie i sprawiają, że gdy dojdzie do konkretów, wtedy dużo mocniej walną one w głowę.

Poszukiwacze kinowej wizji miłego świata nie mają czego w Sicario szukać. W Sicario nie ma miłego świata. Jest pełen przemocy i ciągłej walki o przetrwanie świat twardzieli, którzy swoje dni spędzają w ogromnych i depresyjnych hangarach gdzieś pośrodku niczego, tam planując kolejne operacje przeciwko bezwzględnym handlarzom narkotyków. Sicario trzyma się realizmu jak najbardziej się tylko da, a że świat w nim opowiedziany to świat krwawej i okrutnej wojny między biednym i bogatym, to próżno tu szukać wytchnienia. Seans Sicario to dwie godziny mocnych przeżyć prosto z meksykańskiego pogranicza.

Dwie godziny mocnych i PIĘKNIE sfilmowanych przeżyć. Zdjęcia to najmocniejszy element filmu Villeneuve’a i im brzydszy jest świat, który pokazuje, to tym ładniej się na niego patrzy. Szerokie plany, krajobrazy, kamera z ręki – co tylko chcesz. A scenę przejazdu konwoju przez Juarez z miejsca wrzuciłbym do historii kina. Po prostu. Nie ma na co czekać. Tyle ile w niej napięcia, to chyba dawno w żadnym filmie nie było.

No i tematyka, to dla mnie również jeden z największych atutów Sicario. Meksykańskie wojny narkotykowe to coś, o czym co trochę powinni kręcić filmy i seriale.

Benicio Del Toro strzela z karabinu w filmie Sicario

Dorzucam fotkę Benicja, bo trochę mało tu o nim piszę, a to niesprawiedliwe.

Wady Sicario

Napisałem wyżej, że Sicario to mocne kino i rzeczywiście tak jest (inaczej bym nie napisał :P). Ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nie na tyle mocne, ile powinno. Kiedy zaczynasz od czterdziestu dwóch zamurowanych w ścianie trupów, to potem jednak oczekiwania trochę rosną. I nie myślę, że groziłoby to oskarżeniami o próbę wywołania taniej sensacji. W końcu świat, o którym opowiada Sicario jest o wiele bardziej brutalny niż ten przedstawiony w filmie. Cóż tu dużo gadać, odwagi reżysera Heli Villeneuve’owi zabrakło. Ale może inne rzeczy były dla niego priorytetem i nie ma o czym gadać.

Miło byłoby również, gdyby główna bohaterka filmu była trochę bardziej rozgarnięta. No ale cóż – nie jest. Wiadomo to już od momentu, gdy chcą ją zwerbować do walki z meksykańskim kartelem, a na pytanie dokąd pojadą Matt odpowiada z uśmieszkiem „W okolice El Paso”. Każdy głupi by się domyślił, że mówi o Juarez, ale nie Kate. Była wielce zaskoczona, że tam pojechali.

Emily Blunt z karabinem idzie tunelem wykopanym przez handlarzy narkotyków

No nawet minę ma ta biedna Kate nierozgarniętą…

Fryzury Brolina i Del Toro – zbyt zadbane! :) Kurde, loczki ułożone jak po wyjściu od najlepszego fryzjera. Nawet w trakcie akcji w terenie. Ale żeby było bardziej merytorycznie, to według mnie zwracanie uwagi na fryzurę Brolina bardziej wynika z tego, że nie jest to najlepsza rola w jego karierze. W ogóle aktorsko jest tu raczej bez fajerwerków. Tylko Del Toro wyróżnia się ponad przeciętność.

Zabrakło mi też jakiegoś wprowadzenia w tematykę. W trakcie seansu jesteśmy trochę jak bohaterka filmu – nikt nam nic nie mówi. A to co widzimy nie wystarczy, żeby mieć pogląd na panującą sytuację. Nie każdy ją ogarnia i takie wrzucenie na głęboką wodę to chyba trochę za szybko. Widz gotów pomyśleć, że zabiją jednego złego bossa narkotykowego i na świecie zapanuje pokój.

No i finał – zbyt naiwny i zbyt kowbojski. Nie chcę wchodzić w szczegóły, by nie spoilerować, ale byłem zawiedziony rozwiązaniem zaserwowanym przez scenariusz. Mam wrażenie, że dla twórców ważniejsze było podkreślenie pomijanego przez media amerykańskiego udziału w narkobiznesie i że właśnie to miało zaszokować widza na tyle, że nie będzie zwracał uwagi na finałową szarżę. No ale według mnie to nie wyszło. Nie chcę tu pisać, że jestem jakimś specjalistą od wojny z narkotykami, bo nie jestem, ale chyba nie trzeba takiego, żeby dobrze wiedzieć, że Stany Zjednoczone święte nie są. A skoro to już wiadomo to nie wali tak po łbie jak powinno. I przez to łatwiej nie przeoczyć naiwnej (MOIM ZDANIEM) końcówki.

Nie patrzcie na wady Sicario

Tak sobie wypisałem co mi nie pasowało, bo lubię. Ww. wady nijak nie wpływają na to, że Sicario zobaczyć warto i to koniecznie w kinie, bo zdjęcia Rogera Deakinsa naprawdę robią wrażenie. Nie pożałujecie.

(1977)

Po obejrzeniu Sicario jedno pozostaje dla mnie bez wątpliwości - szkoda Denisa Villeneuve'a do robienia filmów o gadających rybach. Dwa słowa o Denisie Villeneuve'ie Denis Villeneuve to obecnie jeden z najbardziej wszechstronnych reżyserów. Równie dobrze czuje się bez budżetu, jak i z budżetem. Równie sprawnie porusza się między gadającymi rybami, a tajemniczymi porwaniami, a także pomiędzy ludobójstwem, a masowymi morderstwami. Kręci w kolorze, ale kręci też w czerni i bieli - do wyboru do koloru. I właśnie ta uniwersalność reżysera sprawia, że wyreżyserowane przez niego filmy mają w sobie to coś. Szczególnie widać to właśnie po tych podsypanych groszem filmach,…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Podsumowanie: Agentka FBI dołącza do oddziału mającego na celu zlikwidowanie meksykańskiego barona narkotykowego. Mocne kino prosto z oka cyklonu amerykańsko-meksykańskiej wojny narkotykowej.

7 odpowiedzi

  1. A jak Victor Garber? Bo mam do tego pana ogromną słabość.

  2. Quentin

    Titanic mu lepiej wyszedł… A nie, zaraz… 😉

    Z pięć minut może zagrał – dwie sceny.

  3. @”Miło byłoby również, gdyby główna bohaterka filmu była trochę bardziej rozgarnięta.”

    Ale na obronę filmu trzeba dodać, że (jak okazuję się mniej więcej w połowie), jej brak doświadczenia i bycie naiwną owieczką, to jednak były główne powody, dla których została wybrana do misji.

    ps. Chyba znam osobiście wszystkich trzech fanów „Wroga”, świat jest mały 😉

  4. Lugalkiniszedudu

    1. Skurczybyku, gdzieś już obejszczał? Ja w kalendarzu mam dopiero na za tydzień.

    2. Blade Runner 2 mnie kręci jak nic, jedynka im więcej lat upływa tym większy status kultu. Właściwie jedyny stricte cyberpunkowy film jak dla mnie.

    3. Marsjanin zbiera jakieś kosmiczne recenzje, ale najbardziej cieszy mnie częstotliwość padania słowa „fun” i „surprisingly fun” w opiniach. Czyli że i ambitny i gatunkowy a do tego jeszcze dobra zabawa. Premiera w październiku.

  5. Quentin

    @Gawith
    Tak, tak, tak. Ale są jakieś granice :). Kurde, z FBI była. A z filmów :) to przecież wiadomo – gliny to ciapy i dopiero przychodzą bystrzaki z FBI i zamiatają. A tutaj same debile, jak ci co przy kłódce do piwnicy grzebali. No raaanyyy… (nie pamiętam czy to gliny majstrowały czy FBI).

    @Lugalkiniszedudu
    1. W kinie :P. Grali przez weekend przedpremierowo.
    2. Nigdy nie lubiłem Blade Runnera :).
    3. Wczoraj książkę kupiłem :). Zaczyna się rzeczywiście fun.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.