Open Windows

Jakiś czas temu chwaliłem Ethana Hawke’a za nieszablonowe wybieranie ról i to, że tak naprawdę nigdy nie wiadomo, jaki projekt zainteresuje go w dalszej kolejności. Czy to dramat, sensacja, czy horror – może nie jest aktorskim Everestem, ale sprawdza się w każdym z tych gatunków. A często filmy z jego udziałem zaskakują, choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie będą niczym się wyróżniać.

Wspominam o tym, bo ostatnio podobną drogą powędrował Elijah Wood. Jakaś magia imion na literę E, czy co? Choć wydawało się, że na zawsze ugnie się pod ciężarem roli Froda, to małymi kroczkami i udziałem w „dziwnych” produkcjach pozytywnie zwraca moją uwagę film po filmie. Sprawdzając się jako motor napędowy tytułów, które z dość niezależnych filmów nagle stają się łakomym kąskiem nie tylko dla widzów lubiących takie, wydawać by się mogło, niszowe kino. I raczej nie chodzi o to, że zyskują poprzez udział Elijaha – według mnie chłopak ma po prostu podobnego nosa do scenariuszy co Ethan. Z tą różnicą, że celuje w jeszcze niższy budżet.

Żeby wymienić tylko kilka – Everything Is Illuminated to prawdziwa śmieszno-nostalgiczna perełka, a remake Maniaka podobnie w kategorii slasherów. Nawet do Hooligansów mam sentyment, a „Grand Piano” też ma swój dziwny urok, choć to akurat film mniej udany. I przy okazji nie ostatnia okołohiszpańska produkcja, w której mieszał swój talent.

„Open Windows”, dojdźmy w końcu do sedna poprzez tę okołohiszpańskość, to thriller w reżyserii Nacho Vigalondo, faceta odpowiedzialnego za chwalony wszędzie (u mnie trochę mniej) Timecrimes. Opowiada historię admina (Wood) fanowskiej strony poświęconej znanej aktorce, która właśnie promuje swój najnowszy film. Niespodziewanie dostaje on od tajemniczego hakera okazję uczestniczenia w jej życiu. Haker włamuje się do telefonu gwiazdy, instaluje w jej mieszkaniu kamery, aż w końcu zaczyna grać z adminem w niebezpieczną grę, której cel jest mocno niejasny.

Trudno o film bardziej na czasie. Temat wycieku nagich zdjęć masy gwiazd i gwiazdeczek wciąż jest świeży, a i w coraz większą siłę rosną przeróżne strony, fora, itepe prowadzone przez fanów, którzy marzą o tym, by choć przez chwilę ogrzać się w świetle swoich idoli. Nie mówiąc już o powszechnym dostępie do nowinek technologicznych, internetów, kamerek, aplikacji i smartfonów. Dla tego wszystkiego znajduje się miejsce w sprytnym thrillerze, którego akcję obserwujemy na tytułowych otwartych oknach aplikacji i programów. Taki found footage, ale całkowicie na świeżo.

Kto oglądał „Timecrimes” ten dobrze wie, czego się spodziewać – „Open Windows” to podobny film pełen twistów, zwrotów akcji, dziwnych postaci i totalnego pokręcenia. To ostatnie możliwe dzięki wyobraźni reżysera, która osiąga poziomy zupełnie inne niż u innych reżyserów. Niekoniecznie lepsze, po prostu inne. I takie przy okazji całkiem proste, nie przedumane i inteligentne jak u Nolana (to nie jest pochwała dla Nolana :P). Dzięki czemu akcja gna do przodu, twisty się mnożą, a dziurami w scenariuszu nikt się nie przejmuje.

Bo dziury są, tyle tylko, że tak się to wszystko fajnie ogląda, że człowiek nie zawraca sobie głowy ich szukaniem. To podstawa do zadowolenia z seansu i niejako konieczność – trzeba dla Vigalondo włączyć spore pokłady pobłażliwości. Inaczej można się zawieść. Podobnie trzeba koniecznie wziąć pod uwagę, że to tania produkcja europejska i taką przypomina. Nie wszystko wygląda tak efektownie, jakby wyglądało w amerykańskim kinie za grube miliony dolarów. Ot, takie swojskie kino serwowane przez zdolnego scenarzystę/reżysera.

Najsłabszym elementem „Open Windows” jest Sasha Grey (gwiazda). Nie jest to jej debiut w niepornograficznym kinie, ale zupełnie nie udźwignęła dramatycznej roli wymagającej od niej choć trochę talentu aktorskiego. Najlepiej jej tu idzie, nie dziwi, gdy ma na sobie tylko majtki. Poza tym zgrzyt zębów. 8/10. Dla filmu, nie dla Saszki.

(1810)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.