Senna, Baader-Meinhof, Wszystko jest iluminacją

Nie mam jakoś ostatnio natchnienia do pisania długich elaboratów ;), dlatego znowu na szybko parę recek w wersji light. A zaczynamy od…

„Senna” [„Ayrton Senna: Beyond the Speed of Sound”]

Rzadko się zdarza (a już ostatnio to prawie w ogóle), abym wystawiał filmom maksymalną ocenę, dlatego zaczynam od tego arcydzieła dokumentu, choć chcąc nadrobić zaległe recki wcale nie od niego powinienem zacząć.

Wbrew tytułowi nie jest to film o bohaterce, której chce się spać, tylko dokument o jednym z najwspanialszych kierowców Formuły 1 wszech czasów (a może i najwspanialszym). W 100 minutach (jest też do dorwania wersja ponad dwugodzinna) streszczona została nie tylko jego wyścigowa kariera, ale i dane nam jest również poznanie od kuchni zarówno mechanizmów rządzących wyścigami w tej ich złotej dekadzie, jak i samego kierowcy od strony prywatnej.

Jak już napisałem wyżej – dokument jest to znakomity, najlepszy jaki widziałem od dawna. Polecić go można także osobom, które nie interesują się ściganiem, bo choć ściganie stanowi większą część filmu, to jednak przedstawione ono zostało w o wiele szerszym kontekście niż tylko pisk opon. Rywalizacja, antypatie, polityka, sport… wraz z filmem przenosimy się w skąpane deszczem i słońcem tory wyścigowe, na których tworzy się historia.

Idąc za banałem – to życie pisze najlepsze scenariusze. Szkopuł w tym, że trzeba je jeszcze dobrze przenieść na ekran. „Senna” to często ściskający za gardło przykład tego, jak takie przenosiny powinno się robić. 10/10.

***

„Baader-Meinhof” [„Der Baader Meinhof Komplex”]

Olewając chronologię odrabiania recek przenosimy się do Niemiec Zachodnich i na chwilę zatrzymamy się przy filmie z przegródki: 9/10.

RFN, lata 70. Krajem wstrząsa seria zamachów terrorystycznych przeprowadzonych przez lewicową i antyimperialistyczną Frakcję Czerwonej Armii. Razem z kamerą podglądamy wydarzenia, które wyryły się krwawymi literami w historii współczesnej.

Nominowany do Oscara (o ile dobrze pamiętam) w kategorii najlepszego filmu obcojęzycznego przenosi nas w gorący okres niepokojów społecznych, protestów związanych z wojną w Wietnamie oraz grup terrorystycznych szkolonych w gorących piaskach pustyni. Reżyser nie idzie jednak na łatwiznę i pozostawia dużo do roboty widzom nie udzielając odpowiedzi na żadne pytania, a jedynie z niemal dokumentalną manierą przedstawiając nam kolejne wydarzenia i stojących za nimi ludźmi.

Moje odpowiedzi po seansie raczej nie zostawiają miejsca na wątpliwości. Z filmu wyłania się jednoznaczny obraz tchórzy „bawiących się” w imię idei w wojnę, której ofiarami są niewinni cywile. Smarkacze stosujący się do prawa Kalego – my kradniemy portfel to dobrze, nam kradną auto to źle.

No ale zachęcam każdego do odpowiedzenia sobie samemu na pozostawione przez film pytania. Bo nie dość, że dzieło Edela zostawia nas z takimi pytaniami, to również pod względem realizatorskim nie ma mu nic do zarzucenia. Dzięki takim filmom możemy lepiej poznać historię naszego kawałka kosmosu i dla osób lubiących filmy oparte na faktach z pewnością jest tym, co lubią najbardziej.

***

No dobra, a teraz już wracamy do chronologii odrabiania zaległości… O, niespodzianka – kuknąłem na fejsa do działu z obejrzanymi filmami i widzę, że jednak teraz była kolej na BMK. Sam siebie potrafię zaskoczyć! :)

„Wszystko jest iluminacją” [„Everything Is Illuminated”]

I następne 9/10. Dobra seria się trafiła.

Młody nowojorski Żyd rusza na Ukrainę w celu poznania co nieco historii swojej rodziny i dotarcia do kobiety, która była miłością jego dziadka. Ślady wojennej przeszłości powoli układają mu się w pełną całość.

Trudne do opisania filmy mi się trafiają, gdy akurat nie jestem w formie :) No ale wyzwania są od tego, by im sprostać… Kameralne kino wyreżyserowane przez Lieva Schreibera, którego do tej pory znałem jedynie od strony aktorskiej i raczej bym nie przypuszczał, że jest w stanie nakręcić taki ciepły, melancholijny i wzruszający film. A jednak był w stanie, w czym zapewne pomogła mu książka, którą postanowił przenieść na ekran.

Melancholijna całość utrzymana jest w dowcipnym tonie, który powoduje uśmiech na twarzy widza tym bardziej, że skontrastowany jest z dramatyczną wojenną przeszłością, której ślady napotyka ekstrawertyczny bohater w ciele Elijaha Wooda niemal na każdym kroku. Wraz z dwoma przewodnikami po Ukrainie – kochającemu Amerykę młodzieńcowi i jego antysemickiemu dziadkowi – oraz psem tworzą świetną mieszankę zamkniętą w trabancie, jakiej świat jeszcze nie widział.

A wszystko to zilustrowane jest świetną ścieżką dźwiękową. Nic tylko słuchać i oglądać. Choć chyba warto wspomnieć, że trzeba troszeczkę przetrwać początek, który mnie osobiście jakoś tak ciężko podszedł.

***

Dobra, zmęczyłem się strasznie, więc mam wymówkę do tego, żeby nie psuć średniej ocen tej serii recek.
(1243)

2 odpowiedzi

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.