Miłość do kwadratu (2021), reż. Filip Zylber. Netflix.
Miłość do kwadratu (2021), reż. Filip Zylber. Netflix.

Miłość do kwadratu. Recenzja polskiego filmu Netfliksa

Słabo wylansowane przeze mnie określenie „wyrób komedioromantycznopodobny” dawno już nie było tak adekwatne w odniesieniu do żadnego filmu, jak adekwatne jest w odniesieniu do Miłości do kwadratu. Film Filipa Zylbera (reżyser bardzo fajnego filmu Po prostu przyjaźń) już na początku lutego zgłasza akces do miana najgorszego filmu roku. Akces to poważny, bo oceny 1/10 dawno nie dostał ode mnie żaden film. A Miłość do kwadratu ją otrzymuje. Recenzja filmu Miłość do kwadratu. Netflix.

O czym jest film Miłość do kwadratu

Enzo, no Enzo japrdl! (Mateusz Banasiuk) to telewizyjna gwiazda motoryzacji. Ile razy powie ciepłe słowo o jakimś samochodzie, tyle razy sprzedaż tego samochodu podnosi się parokrotnie. Ów przystojniaczek w przykrótkich gaciach, bo tak modnie, korzysta ze statusu gwiazdy i bałamuci jedną modelkę za drugą. Klaudia (a może Monika; nie pamiętam która była która – nieistotne) (Adrianna Chlebicka) to wzięta modelka, która obskakuje kolejne sesje zdjęciowe jak Granerud pierwsze miejsca na skoczniach. Ma w tym wyższy cel – chce pomóc ojcu (Mirosław „Paolo Coelho” Baka) w spłaceniu długu, jaki zaciągnął na prowadzenie warsztatu samochodowego. Ojciec nie ma na to czasu, bo nie dawał zmarłej żonie konwalii, gdy żyła, a gdy nie żyje, to nigdzie ich nie może znaleźć, bo kwitną tylko raz w roku. Jak można się domyślić, zawodowe kariery Enzo i Klaudii (a może Moniki) krzyżują się w nowym projekcie reklamy luksusowego auta. Jak nie można się domyślić (nie domyśla się Enzo, nie domyśla się ojciec), Klaudia (a może Monika) uprawia modeling z niechęcią, bo tak naprawdę jest nauczycielką Moniką (a może Klaudią) i ta praca jest jej prawdziwym powołaniem. Drogi Enza i Moniki (a może Klaudii) też się krzyżują. Tyle, że o ile nie przepada za nią w wydaniu modelkowym, to w wydaniu nauczycielskim się zakochuje. Nie mając pojęcia, że to jedna i ta sama osoba.

Zwiastun filmu Miłość do kwadratu

Recenzja filmu Miłość do kwadratu

Zacznijmy od tego, co podziwiam w tym filmie. Podziwiam jego scenarzystów (Wiktora Piątkowskiego i Marzannę Polit), że odważyli się komukolwiek pokazać napisany przez siebie scenariusz. A potem przekonali kogoś, że warto go kupić do realizacji. Naprawdę szczery szacunek! Ja bym się wstydził pokazać komuś taki paszkwil komedii romantycznej, choć łatwo mi mówić, gdy nigdy nic nie napisałem, a innym wytykam. To właśnie ta odwaga, której mi brakuje. Kiedy ja rozmyślam, ktoś inny w dwie godziny pisze coś, co nazywa „scenariuszem” i szuka producenta. Brawo. Nie znam historii powstania tego scenariusza, ale, wnioskując po dossier na Filmwebie, strzelam, być może niecelnie, że scenariusz napisała debiutująca Marzanna Polit (warto by sprawdzić, kogo to krewna), a poprawił go Wiktor Piątkowski, który na swoim koncie nie dość, że ma stosowne szkoły w Polsce i za granicą, to pisał m.in. Watahę. „Panie, z tym się nie da nic zrobić!” musiało paść gdzieś w trakcie, a potem doszło też „No weź zobacz, Netflix jest tym zainteresowany!”.

Kontynuujmy tym, czego nie rozumiem. Nie rozumiem, jakim cudem taki beznadziejny i toporny scenariusz (powiedzenie „słoń w składzie porcelany” pasuje tu jak ulał) poszedł w ogóle do realizacji. Śledząc z ostatniego rzędu to, jak funkcjonuje rynek, jestem przekonany, że za tą decyzją naprawdę stało mnóstwo ludzi i to nie było tak, że ktoś napisał scenariusz, ktoś go zrealizował, finito. Po drodze były na pewno godziny rozmów z producentami i script supervisorami, kolaudacje, słuchanie uwag redaktorów, którzy poprawiali każdy przecinek i nie słuchali głosu sprzeciwu – bo oni wiedzą najlepiej. Tego w filmie nie widać, ale to taka maszyneria mądral, że nakręcenie właśnie tego scenariusza jawi się jak trafienie szóstki w totka. Mamy tylu naprawdę zdolnych ludzi, którzy potrafią napisać fajne scenariusze, a tymczasem realizowane jest to koszmarne coś bez polotu, bez serca i bez humoru.

Sprawa jest podwójnie podejrzana, bo znów za kolejnym polskim koszmarkiem filmowym stoi Netflix. Netflix, który przecież potrafił stworzyć przyzwoite polskie seriale. Tymczasem, dopiero co można było toczyć bekę z nieporadnego Wszyscy moi przyjaciele nie żyją, ale można było też przypuszczać, że to wypadek przy pracy. Ale chyba jednak nie, bo dwa miesiące później mamy kolejną polską produkcję i jest jeszcze gorzej. Co każe się zastanowić nad tym, o co w tym, kurde, chodzi? Ktoś założył się, że właśnie w Polsce będą realizować najgorsze filmy na świecie? Paradoksalnie patrząc, Netflix został stworzony dla polskich filmów i ich sukcesów. Wiadomo, że każdy Polak z chęcią rzuci okiem na to, co do zaproponowania na Netfliksie mają polscy twórcy. A Netflix uznaje za obejrzaną każdą produkcję, którą widzowie nie wyłączali przez przynajmniej dwie minuty i sekundę. Bach! Kolejna szmira, kolejne pierwsze miejsce najchętniej oglądanych filmów w Polsce.

Jedno, co fajnie sobie obmyślili autorzy tego koszmaru romantycznego, to zatrudnienie nieznanej i bardzo sympatycznej Adrianny Chlebickiej. Aktorki nieopatrzonej, idealnej do roli z twistem zaczerpniętym z pewnego fajowego hiszpańskiego thrillera, którego tytułu nie podam, żeby nie psuć zabawy ewentualnym przyszłym widzom. Bo powiedzmy sobie szczerze, gdyby to była inna ulubienica polskiej komedii romantycznej, Małgorzata Socha czy inna Julia Kamińska, Miłość do kwadratu by nie przeszła. Trzeba by charakteryzatorów Gorącego tematu z Kidman, Theron i Robbie, żeby stworzyć iluzję dwóch różniących się fryzurą babek, których nikt nie rozpoznaje, że to jedna i ta sama kobieta. Nawet jej ojciec! A taka Chlebicka, ciach, wkłada perukę i dokleja rzęsy – inna babka; zdejmuje perukę i rzęsy, zakłada okulary – bach, inna babka. To było zabawne, ale w przezabawnym To nie jest kolejna komedia dla kretynów, gdzie transformację przechodziła Chyler Leigh.

Wiadomo, komedia romantyczna nie musi oferować cudów. Taka dezorientacja (ło, paczta, chłop nie rozpoznaje, że to jedna i ta sama baba!) spokojnie by przeszła, gdyby umiejętnie to sprzedać. Z humorem i romantyzmem, które w komedii romantycznej być muszą. I które sprawdzają się nawet wtedy, gdy wiadomo, jak się to wszystko potoczy. Niestety, w Miłości do kwadratu nie ma humoru (Boże, co za czerstwe dialogi!), nie ma romantyzmu (było trochę emocji, gdy dziecko zatruło się rybą), nic się ze sobą nie klei, a kolejnym topornym scenom towarzyszy generyczna muzyka i piosenki z banku dźwięków. Zrealizowane to zostało w ten landrynkowy sposób znany z podobnych produkcji Tadeusza Lampki, ale jeszcze podkręcone do kolorowo-słodkiego wyrzygu sztucznym światem wykreowanym przez twórców tego, nie bójmy się tego słowa, komedioromantycznego gówna. Który utrwala wszystkie złe stereotypy o polskich filmach, łącznie z tym, że wybierane są do nich dzieci, które nie potrafią grać. No dźwięk był znośny.

(Pytacie mnie, czy jest tu Tomasz Karolak. Ano jest.)

(2458)

Słabo wylansowane przeze mnie określenie „wyrób komedioromantycznopodobny” dawno już nie było tak adekwatne w odniesieniu do żadnego filmu, jak adekwatne jest w odniesieniu do Miłości do kwadratu. Film Filipa Zylbera (reżyser bardzo fajnego filmu Po prostu przyjaźń) już na początku lutego zgłasza akces do miana najgorszego filmu roku. Akces to poważny, bo oceny 1/10 dawno nie dostał ode mnie żaden film. A Miłość do kwadratu ją otrzymuje. Recenzja filmu Miłość do kwadratu. Netflix. O czym jest film Miłość do kwadratu Enzo, no Enzo japrdl! (Mateusz Banasiuk) to telewizyjna gwiazda motoryzacji. Ile razy powie ciepłe słowo o jakimś samochodzie, tyle razy…

Czas na ocenę:

Ocena: 1

1

wg Q-skali

Podsumowanie: Playboy i telewizyjny celebryta Enzo nie ma pojęcia, że modelka, której nie lubi i nauczycielka, którą kocha, to ta sama kobieta. Wyrób komedioromantycznopodobny w najgorszym landrynkowo-sztucznym stylu. Mocno się zdziwię, jeśli w tym roku zobaczę coś gorszego.

Odpowiedź

  1. Polecam Ci z Adrianną Chlebicką serial Kontrola/Control, dostępny za darmo na yt, który odniósł światowy sukces. Super rola i super serial, którego odcinki trwają z 2 minuty.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.