Prawo krwi, Let Him Go (2020), reż. Thomas Bezucha.
Prawo krwi, Let Him Go (2020), reż. Thomas Bezucha.

Prawo krwi. Recenzja filmu Let Him Go

Jak ja lubię takie filmy. Rzewne amerykańskie neo-westerny rozgrywające się w sielskich krajobrazach Montany. Zawsze w trakcie takich seansów przypominam sobie słowa pewnego mądrego człowieka. Mnie. Słowa o filmach, które nie są żadnym wielkim i ponadczasowym kinem, ale wprawiają cię w ten nastrój, w którym gapisz się w ekran na napisy końcowe i słuchając muzyki w ich tle dociągasz do samego ich końca. Wcale nie po to, żeby przekonać się czy jest po nich jakaś scena. Recenzja filmu Prawo krwi.

O czym jest film Prawo krwi

Emerytowany szeryf George Blackledge (Kevin Costner) wiedzie sobie spokojne życie na farmie razem ze swoją żoną Margaret (Diane Lane), synem, synową (Kayli Carter) i świeżo narodzonym wnukiem. Sielanka szybko się kończy, bo syn państwa Blackledge’ów tym razem nie jest Supermanem i gdy nieszczęśliwie spada z konia, łamie sobie kark i umiera. Trzy lata później synowa ponownie wychodzi za mąż i babcia Margaret musi pogodzić się z tym, że będzie musiała pożegnać się z ukochanym wnusiem. Synowa z nowym mężem przenoszą się do niedalekiego miasta, gdzie Margaret będzie mogła ich często odwiedzać, ale wiadomo, to już nie to samo. Podczas jednego z pobytów w mieście, Margaret zauważa, że w nowym małżeństwie synowej dzieje się coś niedobrego. Drugi mąż bije nie tylko nową żonę, ale także jej syna. Kiedy babcia następnego dnia postanawia podjechać do nich i wyjaśnić sytuację, orientuje się, że państwo Weboyowie opuścili mieszkanie i wyprowadzili się nie wiadomo gdzie. Znając jedynie nazwisko nowego męża synowej, Margaret namawia męża, aby ruszyli na ich poszukiwanie i zrobili co trzeba, aby ochronić wnuka, jeśli ten rzeczywiście jest w niebezpieczeństwie.

Zwiastun filmu Prawo krwi

Recenzja filmu Prawo krwi

Krzywdzące, ale i uzasadnione, jest charakteryzowanie filmu Prawo krwi również jako thriller. Patrząc na film Thomasa Bezuchy przez pryzmat właśnie thrillera, otrzymamy naciągane kino, którego fabuła postawi za dużo znaków zapytania pod względem sensu. Dostaniemy kilka zupełnie niespodziewanych scen z toporkiem oraz tak diaboliczną rodzinę antagonistów z Lesley Manville na czele, że wszelkie Freddy Kruegery mogą się schować. Będziemy zmuszeni dojść do wniosku, że reżyser nie potrafił sensownie wmontować do filmu warstwy thrillerowej, więc może powinien zostawić ją w spokoju i nie mieszać gatunków, bo wychodzi mu to średnio.

To wszystko prawda i nie zamierzam ukrywać, że tak jest. Tyle tylko, że zupełnie mi to wszystko nie przeszkadza i nie psuje całości. W sumie przeciwnie, bo dodaje trochę emocji do głównie melancholijnego filmu o stracie i niechęci do tego, by zostawić ją w przeszłości i ruszyć od nowa do przodu. A i nie jest ta historia tak zupełnie wydumana i nieprawdopodobna. Akcja filmu rozgrywa się w latach 60. ubiegłego wieku (książka Larry’ego Watsona, na podstawie której jest oparty, umiejscowiona została AFAIR jeszcze wcześniej) i warto pamiętać, że pewnie nie takie tragedie i historie rozgrywały się w zadupiach pozbawionych prądu, Internetu i helikoptera TVN24. Dzisiaj, kiedy każda taka historia w mgnieniu oka staje się newsem, łatwo zapomnieć, że świat nie zawsze był taką globalną wioską.

Kevin Costner i Diane Lane wcielają się tu w parę „staruszków”, którym w życiu nie pozostało już za wiele, a przynajmniej nie na tyle, żeby lekką ręką tracić to, co jest im bliskie. Choć ich małżeństwo wygląda na zgrane, niespodziewana podróż, do której startują pakując się jak na wakacje na Krecie, będzie okazją do uśmiechnięcia się do siebie szerzej. Czegoś, co po śmierci syna nie przytrafiało się zbyt często, niezależnie od tego, że zarówno George i Margaret to twardzi ludzie swojej epoki i strata syna, choć przebolesna, nie sprawia, że do końca życia będą siedzieli na kozetce u psychoanalityka. Podróż, której nie tylko nie planowali, ale i której George był przeciwny, zbliży ich do siebie i przypomni o tym, czego brakowało im najbardziej. Wolności dla Margaret, która w przeszłości ujeżdżała mustangi, ale od śmierci syna nie siadła na żadnym z nich, i szczerego uśmiechu Margaret dla George’a. To w głównej mierze opowieść o nich, niezależnie od niespodziewanych scen z toporkiem.

Przeciwny jestem określaniu filmów mianem „jak coś tam to zrozumiesz”, bo dobry film powinien zrozumieć każdy, niezależnie od tego czy jest rabinem, taksydermistą czy prostytutką. Coś jednak jest na rzeczy, że siłą, nomen omen, rzeczy patrzę na filmy o dzieciach inaczej niż wtedy, gdy sam nie byłem ojcem. Bez dwóch zdań musi to mieć również jakieś znaczenie w kwestii finalnych wrażeń z seansu. Myślę, że wcześniej też by mi się podobał, bo lubię takie rzewne, amerykańskie historyjki, ale pewnie teraz podoba mi się jeszcze na dodatkowym, nieosiągalnym wcześniej levelu.

Prawo krwi to opowieść o poświęceniu i o tym, że jeśli znajdziesz coś, dla czego warto się poświęcić, to nie będzie to poświęceniem. Niezależnie od ceny koniecznej do zapłacenia. To akurat warstwa, z którą wciąż mierzę się na bieżąco, próbując znaleźć odpowiedź na pytanie, ile mnie zostało dla mnie, gdy tyle mnie oddałem już młodej. Nadal nie znalazłem dobrych odpowiedzi na to pytanie i sam nie wiem, może byłbym szczęśliwszy, gdybym jak ci wszyscy nawiedzeni rodzice, dla których dziecko jest dosłownie całym światem i potrafią zostawić gdzieś wysoko na półce swoje chęci i pragnienia, bo ważniejsze jest to, czego chce dziecko – też tak potrafił i uważał, że tak właśnie trzeba zrobić. Na razie tak nie potrafię i nie wiem nawet czy to rzeczywiście najlepsze podejście, a filmy takie jak Prawo krwi brzdękają w odpowiednie struny takich właśnie prywatnych rozważań.

A przy okazji długimi ujęciami pokazują piękno Montany i (chyba) Dakoty Północnej.

(2437)

Jak ja lubię takie filmy. Rzewne amerykańskie neo-westerny rozgrywające się w sielskich krajobrazach Montany. Zawsze w trakcie takich seansów przypominam sobie słowa pewnego mądrego człowieka. Mnie. Słowa o filmach, które nie są żadnym wielkim i ponadczasowym kinem, ale wprawiają cię w ten nastrój, w którym gapisz się w ekran na napisy końcowe i słuchając muzyki w ich tle dociągasz do samego ich końca. Wcale nie po to, żeby przekonać się czy jest po nich jakaś scena. Recenzja filmu Prawo krwi. O czym jest film Prawo krwi Emerytowany szeryf George Blackledge (Kevin Costner) wiedzie sobie spokojne życie na farmie razem ze…

Czas na ocenę:

Ocena: 9

9

wg Q-skali

Podsumowanie: Kiedy budzący wiele wątpliwości ojczym zabiera nie-wiadomo-gdzie swojego pasierba, dziadkowie chłopca ruszają jego tropem. Melancholijny neo-western zgłębiający piękno poświęcenia się czemuś, a przy okazji Montany. Z nieumiejętnie wmontowanym thrillerem, który jednak zupełnie w niczym nie przeszkadza.

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.