Zwyczajna przysługa, A SImple Favor (2018), reż. Paul Feig.
Zwyczajna przysługa, A SImple Favor (2018), reż. Paul Feig.

Zwyczajna przysługa. Recenzja filmu A Simple Favor

Seanse filmów takich jak Zwyczajna przysługa coraz dobitniej pokazują, jak trudno o choćby odrobinę zaskakujący film oparty na choćby odrobinę świeżym pomyśle. Recenzja filmu Zwyczajna przysługa.

O czym jest film Zwyczajna przysługa

Stephanie (Anna Kendrick) to vlogerka samotnie wychowująca syna. Przyjacielem chłopca jest syn eleganckiej Emily (Blake Lively). W związku z jej pracą, Emily często pozostaje w rozjazdach i nie ma czasu na to, by należycie zająć się synem. Choć skromną Stephanie i pewną siebie Emily różni właściwie wszystko, kobiety zaprzyjaźniają się. Wkrótce ich znajomość wchodzi na poziom zwierzania się nawzajem ze swoich sekretów i popijania drinków wczesnym popołudniem. Stephanie imponuje życie nowej koleżanki, której mężem jest autor bestsellera sprzed lat, Sean (Henry Golding). Emily zaś wykorzystuje Stephanie do opieki nad synem. Pewnego dnia, kiedy obaj chłopcy są pod opieką vlogerki, okazuje się, że Emily wyjechała do Miami i nie wróci przynajmniej do kolejnego dnia. Wtedy sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, a Emily znika bez śladu. Rozpoczynają się poszukiwania, które zbliżają do siebie Stephanie i Seana.

Recenzja filmu Zwyczajna przysługa

Miałem spore oczekiwania po filmie Paula Feiga i to nie tylko dlatego, że bardzo lubię Annę Kendrick. Stylowy zwiastun zapowiadał wesoły kryminał w stylu Gotowych na wszystko (choć to ostatnie to dla mnie akurat żaden atut, bo nigdy nie wciągnąłem się w ten serial). Niezbyt odkrywczy film z zaskakującymi zwrotami akcji i… I właściwie tyle, niczego więcej do szczęścia nie było mi potrzeba.

Zwyczajna przysługa niestety zawodzi i to mocno. O ile początek filmu buduje oczekiwanie na ciąg dalszy, to ów ciąg dalszy jest strasznie blady i rozczarowujący. A szkoda, bo historia o dwóch bardzo ładnych paniach, okraszona bardzo ładną francuską piosenką, wystartowała z klimatem kryminału autorstwa Agathy Christie. Co trzeba uznać za plus, bo takich subtelnych „czarniejszych” komedii bez wyzywającej i krzykliwej fabuły, szukać próżno.

Co z tego, kiedy Zwyczajna przysługa okazuje się filmem z chyba najgorszymi w ostatnich czasach zwrotami akcji. Ten główny przestał być zaskakujący jakieś ćwierć wieku temu, a reszta ledwo trzyma się na ślinie. Brakuje konkretnego pomysłu, przez co autorzy filmu zwodzą widzów miotając się między jedną poszlaką, a drugą. Szczególnie blado wypada zupełnie niepotrzebny wątek przyrodniego brata Stephanie. Ona sama zaś, w zależności od potrzeb scenarzystów, zmienia się w te i we w te z sympatycznej vlogerki w wyrachowaną modliszkę. W takiej niepewności i zasianiu wątpliwości u widza nie ma nic złego, ale finalnie okazuje się, że nie miało to żadnego większego sensu. Poza sprawieniem złudnego wrażenia, że Zwyczajna przysługa twistem stoi.

Kiedy więc zawodzi to, co miało być największym atutem, cała reszta jest już zupełnie nieistotna.

(2232)

Seanse filmów takich jak Zwyczajna przysługa coraz dobitniej pokazują, jak trudno o choćby odrobinę zaskakujący film oparty na choćby odrobinę świeżym pomyśle. Recenzja filmu Zwyczajna przysługa. O czym jest film Zwyczajna przysługa Stephanie (Anna Kendrick) to vlogerka samotnie wychowująca syna. Przyjacielem chłopca jest syn eleganckiej Emily (Blake Lively). W związku z jej pracą, Emily często pozostaje w rozjazdach i nie ma czasu na to, by należycie zająć się synem. Choć skromną Stephanie i pewną siebie Emily różni właściwie wszystko, kobiety zaprzyjaźniają się. Wkrótce ich znajomość wchodzi na poziom zwierzania się nawzajem ze swoich sekretów i popijania drinków wczesnym popołudniem. Stephanie…

Czas na ocenę:

Ocena: 5

5

wg Q-skali

Podsumowanie: Sympatyczna vlogerka zaprzyjaźnia się z wyrafinowaną kobietą sukcesu. Wtedy ta druga niespodziewanie znika. Kryminał w starym stylu z przeciętnym humorem i jednymi z gorszych zwrotów akcji.

8 odpowiedzi

  1. Jak lubisz Annę Kendrick to polecam ci jej muzyczne występy w show Cordena jak Soundtrack to a Love Story i Soundtrack to Growing Up dostępne na youtube. Choć chyba wiem co napiszesz, że nie oglądasz programów Cordena, nawet jak występują celebryci których lubisz, bo za nim nie przepadasz:-)

  2. Quentin

    :) Trochę racji masz, choć zacząłem się do niego przekonywać. A pomijając moją opinię o nim to i tak ma mój szacunek za to jak udało mu się wybić. Nawet by mi na myśl nie przeszło, że zostanie gwiazdą amerykańskiej telewizji, gdy robiłem napisy do jego „Lesbian Vampire Killers” :).

    A wspomniane przez Ciebie występy zobaczę. Normalnie omijam takie rzeczy, bo zawsze jest co innego do zrobienia, ale jak czasem zapodam jakieś fragmenty Jimmy’ego Fallona to się wciągam i kończę na przeklikiwaniu przez kolejne :)

  3. Ja tak mam z Cordenem, zwłaszcza jak śpiewa i tańczy z gwiazdami to oglądam wszystko. Napisałem tak specjalnie, bo zauważyłem od kilku lat jak komuś wspomnę o Cordenie to wszyscy mi mówią, że gościa nie cierpią. Więc założyłem że pewnie podzielasz taką opinię, a ja się zastanawiam skąd ten może nie hejt, ale nielubienie Cordena. I mam pytanie skąd się to wzięło ?

    Mogę zrozumieć jak jakiś aktor czy ogólnie celebryta nie lubiany jest bo ma poglądy rasistowskie, należy do scjentologów, bije żonę/dziewczynę, jest bucem, a ja go kojarzyłem przed jego showami (tak to się odmienia?) głównie z angielskich seriali komediowych, głównie BBC i filmów, z drugiego planu. Trochę mi się kojarzy z Johnem Candy, a zwłaszcza z Chrisem Farleyem – podobnie ekspresyjny jest w swoich występach, tak samo szarżuje.

    No i uwielbiam jego każde programy, zwłaszcza te w których śpiewa, tańczy jak musicale kręcone na ulicy np. Crosswalk the Musical on Broadway z Hugh Jackmanem, Carpol Karaoke gdzie jeździ samochodem z gwiazdami muzyki i śpiewają sobie piosenki zaproszonej osoby, np. ostatnio oglądałem genialny materiał z Paulem McCartneyem, czy pojedynki na piosenki (riff off to się nazywa) z gwiazdami, rom-comy. Ogólnie występy muzyczne z jego udziałem i gwiazdami są super, ale to nie dziwne bo podobnie jak Neil Patrik Harris to jest aktor broadwayowski co kapitalnie śpiewa i tańczy.

    Widziałem też na youtube fragmenty sztuki teatralnej One Man, Two Guvnors gdzie szarżuje na całego i żałuję, że przegapiłem seans w kinie. Innym moim odkryciem ostatnich m-cy jest Wolverine, który okazało się, że też potrafi śpiewać i tańczyć (zabawne że akurat dwa musicale w których zagrał okazały się nędzne), a dlatego, bo był gwiazdą musicali w Australii. I jeszcze bardziej go polubiłem, bo lubię odkrywać inne pasje aktorów o które bym aktora/aktorki nie podejrzewał. Moim zdaniem Hugh Jackman to taki aktor, który karierę by zrobił w każdej epoce kina, ale w czasach gdy rządziły musicale to byłby większą gwiazdą jak teraz. Oczywiście to tak na marginesie, bo miało być o Brytyjczyku co karierę zrobił w USA. Więc powiedź mi skąd ta niechęć do Cordena u Ciebie i ogólnie u ludzi?

  4. Quentin

    Ano, Hugh zaczynał w musicalach, to w sumie chyba bardziej powszechna wiedza, choć wiadomo, ciężko wszystko ogarniać, sam się łapię często na takich odkryciach, a potem mi ktoś mówi, że staaare :D.

    Co do Cordena to dla mnie w zasadzie jest obojętny. Nie daje mi za dużo okazji do tego, żeby go nie lubić, bo w filmach grywa rzadko, a ja głównie filmy oglądam. Jak dla mnie sprawia wrażenie nieszczerego, ale co to można powiedzieć na podstawie kilkuminutowego filmiku na YT. Trzeba by go poznać, żeby się wypowiedzieć w takiej kwestii. No ale takie wrażenie u mnie sprawia i myślę, że jeśli ludzie go nie lubią to w większości pewnie nie wiedzą dlaczego. Ale to się zdarza. Czasem kogoś ledwo znasz albo wcale, a nie czujesz do niego sympatii. Niekoniecznie może to być gwiazdor, wystarczy sąsiad :)

  5. A co do Hugh jak pewnie wiesz kiedyś proponowali mu rolę Bonda, chyba wtedy co Craigowi, i myślę, że byłby świetnym Bondem, ale takim w stylu Brosnana czy Moore’a, a nie taki jak Dalton, Lazenby czy Craig. Ale w sumie nie o tym tylko o tym chciałem napisać, że jakby go wybrali do roli 007 to zaoszczędzili by na piosence promującej film. Nie dość, że w filmach by grał to mógłby piosenki do swoich Bondów nagrywać, które w czołówkach by puszczali:-)

  6. Quentin

    Po sukcesie „Narodzin gwiazdy” nie zdziwię się, jak kolejnym Bondem zostanie Lady Gaga i wtedy Twój pomysł znajdzie zastosowanie :)

  7. Poczekaj, poczekaj. Oglądasz Fallona z jego sztucznym śmiechem i waleniem ręką w biurko jak tylko gość się odezwie. A nie oglądasz Cordena bo uważasz, że jest nieszczery? WTF ?:)

  8. Nie oglądam jednego i drugiego :). Akurat ze dwa razy się zdarzyło, że wpadłem na YT na Fallona i przeklikałem się dłużej przez klipy z jego programu. Głównie dla gości, co chyba oczywiste, ale dodam dla pewności. Dla równowagi McCartneya u Cordena obejrzałem całego. I Lina Manuela Mirandę też, choć on AFAIR ciekawszy filmik miał z Fallonem i Yankovicem.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.