recenzja filmu Do utraty sił.
Artysta znany kiedyś jako Jake Gyllenhaal - recenzja filmu Do utraty sił.

Recenzja filmu Do utraty sił, czyli Rocky 7

Kino opowiedziało już chyba wszystko, co mogło na temat boksu. Do utraty sił [Southpaw] się tym nie przejmuje i opowiada te same historie raz jeszcze. Przed Wami recenzja filmu Do utraty sił.

Boks w kinie

Pomijając biograficzne filmy typu Wściekły byk, Fighter czy Ali, które wciąż mają rację ekranowego bytu (no każdy chętnie zobaczy prawdziwą historię boksera, który coś tam wygrał, przegrał albo przynajmniej nigdy nie rymnął na deski; taki Gołota: The Movie – od razu hit!) wydaje mi się, że na dużym ekranie zobaczyliśmy już wszystkie możliwe historie związane z boksem. Co więcej, temat wyczerpała sześcioczęściowa seria o przygodach Rocky’ego (niedługo siódmy Creed, ale to już leci siłą przywiązania do serii i bohaterów), w której zobaczyliśmy większość, o ile nie wszystkie, kombinacji bokserskiego losu. Nikomu nieznany bokser, który dostaje szansę od mistrza; sodówa, jaką przyniosła ze sobą sława i pieniądze; głośny rewanż za jeszcze głośniejszy pojedynek; dotkliwa porażka w walce o obronę pasa; brawurowe odzyskanie tego pasa po dojściu do prostego wniosku, że tylko trening w brudnej sali się liczy, a nie lśniące dolary; i oczywiście odpowiedni trener, który jest wystarczająco twardy, żeby cię ujarzmić, a nie jakieś pokazowe skakanie przez skakankę; śmierć przyjaciela, którego zabił jakiś tam ruski z tytułem magistra chemii; dziura w mózgu od zbyt wielu ciosów; stracenie dorobku życia przez cwanego kolegę promotora/nieumiejętne inwestycje; uczenie sztuki pięściarskiej młodych adeptów boksu; aż w końcu odkurzenie z trwającej od lat emerytury. To tak na szybko Rocky w pigułce, ale i też bokserskie kino w pigułce.

Forest Whitaker i Jake Gyllenhaal przed walką w filmie Southpaw

W filmie zobaczymy też Foresta Whitakera z jedną miną. Wspominam tu o nim, bo potem o nim nie wspominam – recenzja filmu Do utraty sił.

Co więcej można wymyślić? Przed tym problemem stanął twórca Synów anarchii i scenarzysta Do utraty sił – Kurt Sutter. Ale nawet nie próbował na takie pytanie odpowiedzieć. Machnął ręką i zrobił film, który już wszyscy wcześniej widzieli.

O czym jest Do utraty sił

Bohaterem Do utraty sił jest mistrz świata w boksie Billy Hope (cóż za pretensjonalne nazwisko; w tej roli Jake Gyllenhaal), który jest tyleż skuteczny, co i zwariowany, Sukces w równej mierze zawdzięcza sile swoich ciosów, co odporności na ciosy przeciwnika. Billy ma w dupie obronę i przyjmuje na łeb wszystko, co konkurent ma w zanadrzu. Nic dziwnego, ze Billy nie jest zbyt lotnym chłopcem. Ale to nie szkodzi, bo jego żona, z którą są razem od czasów bidula, zajmuje się wszystkimi sprawami mistrza. On ma tylko wygrywać i szybko pozbywać się guzów i siniaków, żeby móc sklecić dwa słowa na charytatywnych eventach. Właśnie podczas jednego z takich eventów dochodzi do tragedii – ginie jego żona. A potem to już z górki: traci córkę, pieniądze, wypasiony dom – wszystko. Ani mrugnie, a ląduje na bruku z koniecznością znalezienia jakiejś roboty, żeby udowodnić wysokiemu sadowi, że poradzi sobie z wychowaniem córy. O dziwo, nie jest to takie proste to znalezienie roboty.

Bokserskie science-fiction, recenzja filmu Do utraty sił

Do utraty sił nie ma żadnego większego sensu. Taka prawda. Oczywiście przy odpowiednich wiatrach taka historia mogłaby się wydarzyć, ale bądźmy realistami. Upadek z mistrza świata kilku federacji do czyściciela kibla w podrzędnej sali gimnastycznej jest zwyczajnie nierealny. Nie szkodzi, że promotor/przyjaciel miał go w dupie, a sam nie miał rodziny, bo z bidula. A inny przyjaciel choć stale się przy nim kręcił to dorobił się jedynie gównianego auta z wklęsłym zderzakiem. Sutter stara się nam podsyłać tropy, które mają nam pozwolić uwierzyć w to, że tak mogło się wydarzyć, ale bez jaj. Jak to słusznie zauważył gambit – Hope za chwilę miałby zylion propozycji zostania prywatnym trenerem jakiegoś bogacza itp. Cokolwiek, fucha komentatora w Polsacie Sport podczas gali boksu zawodowego w Łomiankach. Nie nawywijał aż tak bardzo, żeby wszyscy się od niego odwrócili.

Nierealnie wygląda w Do utraty sił nie tylko sama historia, ale także boks. Ludzie, cóż to za wspaniałe widowisko dzieje się pomiędzy linami ringu! Każdy cios silny, każdy cios mocny, każdy cios efektowny. Daj Boże, żeby prawdziwy boks wyglądał choć w 1/8 tak efektownie!

Ale, co poradzić, i tak miło mi się Do utraty sił oglądało :).

Jake Gyllenhaal walczy na ringu i mocno krwawi.

Zobacz też recenzje innych najnowszych hitów:

  • Everest
  • Sicario
  • Marsjanin
  • The Walk. Sięgając chmur

Historia dramatycznej wyprawy na szczyt Mount Everest, podczas której himalaiści zostali zaskoczeni przez potężną burzę – recenzja filmu Everest.

Agentka FBI dołącza do oddziału mającego na celu zlikwidowanie meksykańskiego barona narkotykowego – recenzja filmu Sicario.

W wyniku nieszczęśliwego wypadku amerykański astronauta zostaje sam na Marsie – recenzja filmu Marsjanin.

Oparta na prawdziwych wydarzeniach historia przejścia na linie pomiędzy wieżami World Trade Center – recenzja filmu The Walk. Sięgając chmur

Atletyczny popis Jake’a Gyllenhaala

Główna w tym zasługa Jake’a Gyllenhaala, który do filmu Anthony’ego Fuqui zrobił się na bestię. Przypakował, cierpliwie dał się podmalować charakteryzatorom, co opłaciło się, bo wygląda tutaj zabójczo. I zupełnie nie przypomina tego aktora, którego jeszcze jakiś czas temu nie lubiłem. Teraz mi przeszło.

I to też, drodzy moi, jest wyczyn tak poświęcić się do roli. Nieważne, że scenariusz Suttera nie dał mu niczego wielkiego do zagrania poza kilkoma standardowymi uczuciami wpychanymi co jakiś czas między jeden, a drugi trening bokserski. Bądź zrozpaczony, teraz bądź załamany, ciesz się, bądź zdeterminowany, a teraz opłakuj żonę, tak, tak, dobrze! Mamy to. Mimo tego wszystkiego nie dziwi fakt, że Gyllenhaal zdecydował się na występ w tym filmie, bo dał mu okazję do zostania na ekranie kimś, kim jeszcze nie był.

Rachel McAdams przytula Jake'a Gyllenhaala w filmie Southpaw. Recenzja filmu Do utraty sił.

– Gdzie zgubiłaś czerwony beret? – recenzja filmu Do utraty sił

Werdykt

Cóż, wydaje mi się, ze dla kogoś, kto w życiu nie widział ani jednego filmu o boksie, Do utraty sił może być naprawdę przyjemnym seansem. Nie jest to z żadnej strony kino ambitne, a raczej prosta propozycja, tak jak proste są uczucia, o jakich opowiada. To nie tylko lanie się po ryjach, ale i sporo obyczaju, choć zupełnie nie na skalę Zapaśnika. Ot, rozrywkowe kino bokserskie podlane sosem z dramatu.

Ale jeśli ktoś już widział jakieś filmy bokserskie, to… nie wiem. Cieszę się, że mogłem pomóc.

(1969)

Kino opowiedziało już chyba wszystko, co mogło na temat boksu. Do utraty sił [Southpaw] się tym nie przejmuje i opowiada te same historie raz jeszcze. Przed Wami recenzja filmu Do utraty sił. Boks w kinie Pomijając biograficzne filmy typu Wściekły byk, Fighter czy Ali, które wciąż mają rację ekranowego bytu (no każdy chętnie zobaczy prawdziwą historię boksera, który coś tam wygrał, przegrał albo przynajmniej nigdy nie rymnął na deski; taki Gołota: The Movie - od razu hit!) wydaje mi się, że na dużym ekranie zobaczyliśmy już wszystkie możliwe historie związane z boksem. Co więcej, temat wyczerpała sześcioczęściowa seria o przygodach…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Mistrz bokserski w wyniku rodzinnej tragedii traci wszystko. Porządny film, który wcześniej widziało się już kilka razy.

4 odpowiedzi

  1. „Daj Boże, żeby prawdziwy boks wyglądał choć w 1/8 tak efektownie!”
    Wyglądał kiedyś. Polecam zobaczyć walkę Foreman vs Ali (https://www.youtube.com/watch?v=55AasOJZzDE). Czasami miałem odczucie jakbym Rocky’ego oglądał.

  2. Niby niezły ten film (choć fabularnie trochę przesadzona i jakoś mało wiarygodna ta droga ze szczytu na dno i znów na szczyt), wszystko poprawne, ale widzieliśmy to już tyle razy, że gdyby nie przekonująca rola Gyllenhaala to bym raczej nic z seansu nie zapamiętał. Może jeszcze ładną dedykację dla śp. kompozytora na koniec.

  3. Dedykacja dedykacją, ale kumpel słusznie zauważył, że w filmie to właściwie jego muzyki prawie nie było.

  4. No prawda, poza kilkoma scenami trudno ją było zauważyć, ale taki to już był wybór reżysera, że sobie zażyczył tylko jakieś minimalistyczne pitu-pitu w tle. Taka teraz moda w kinie. ;P

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.