Himalaiści wspinają się na szczyt Everestu.
Szczytowanie - fot. screen z Youtube.

Recenzja filmu Everest, czyli recenzja filmu Everest

Everest to jeden z tych filmów, które chcesz zobaczyć zaraz po zakończeniu oglądania jego zwiastuna. Nie dziwi więc fakt, że gdy tylko Matka Sanepid (ach, coraz lepiej rozumiem w blogi i zaczynam się kółkowzajemnoadorować; no znaczy na razie w jedną stronę, ale od czegoś trzeba zacząć :) ) wspomniała, że na pokazy przedpremierowe można się załapać tydzień wcześniej, to od razu skorzystałem z tej możliwości. Do regularnej dystrybucji Everest trafia już w najbliższy piątek.

Josh Brolin o krok od spadnięcia w przepaść w filmie Everest

Everest – film, który warto zobaczyć w 3D

I dwie rzeczy można powiedzieć już na wstępie – Everest warto zobaczyć w kinie oraz warto go zobaczyć w 3D, a najlepiej w IMAX-ie. Nie wiem zresztą, czy będą go grali w 2D, ale to raczej strata seansu. Nawet jeśli z oczywistych względów nie przepadacie za 3D (no chyba, że macie wadę wzroku i 3D jest nie dla Was), które zdążyło się już dawno przejeść i aktualnie służy tylko do tego, żeby bilety były ciut droższe, to i tak wybierzcie 3D. Czasem bowiem zdarzają się wyjątki od reguły i Everest takim wyjątkiem jest. Nie, nie zobaczycie tam niczego co powali Was na kolana i zaczniecie być wyznawcami 3D, ale dla widoków, jakie pojawiają się na ekranie zdecydowanie warto wybrać jak największy ekran i jak najlepsze warunki. Przynajmniej kilka scen sprawi, że nie pożałujecie.

Fabuła filmu Everest

Film Baltasara Kormákura (największe moje zdziwienie podczas seansu, spodziewałem się jakiegoś głośniejszego nazwiska – tak, czekałem na film, ale jakoś reżyser mnie ominął), który wypłynął na szerokie wody hen w Islandii filmem 101 Reykjavik opowiada o prawdziwych wydarzeniach, jakie stały się udziałem himalaistów 10 maja 1996 roku. A wszystko zaczęło się od pomysłu niejakiego Roba Halla (Jason Clarke), który wykombinował, że na najwyższy szczyt świata można by urządzać wycieczki. Pomysł chwycił, amatorów chętnych do zdobycia góry nie brakowało, a wysokie ceny eskapady ich nie przerażały. Wkrótce inni doświadczeni himalaiści zaczęli kopiować pomysł Halla i sytuacja szybko wymknęła się spod kontroli. Gdy razem z bohaterami filmu docieramy do podnóża Everestu, wypraw chcących go zdobyć jest tak dużo, że hen wysoko pod dachem świata tworzy się regularny korek. Wspinają się zawodowcy, wspinają się półzawodowcy, wspinają się kompletni laicy, którzy mają zbyt dużo pieniędzy i krzepę. Sława zdobywcy Everestu kusi, choć cena za to może okazać się wysoka.

Suma wielu zdarzeń

Uczestników dramatycznych majowych wydarzeń na zboczu Everestu było wielu. Tak samo jak i publikacji ich dotyczących (wydarzeń nie uczestników 😛 choć w sumie…), jakie ukazały się później. Najsłynniejszą z nich była Wszystko za Everest napisana przez – uczestniczącego w jednej z komercyjnych wypraw wspinających się wtedy na szczyt – dziennikarza Jona Krakauera. Książka wzbudziła kontrowersje głównie z powodu próby zrzucania winy między wierszami na jednego z przewodników biorących udział w feralnej wyprawie. Sam oskarżony przez Krakauera napisał potem swoją książkę, w której przedstawił dramatyczne wydarzenia ze swojej perspektywy. Nie zakończyło to jednak dyskusji, gdyż doszło do klasycznej sytuacji słowo kontra słowo – nie wszystko dało się po prostu zweryfikować. Film Kormákura z tego, co pi razy oko się zorientowałem nie stara się stawać po żadnej stron konfliktu, a jedynie próbuje rzetelnie odtworzyć sytuację, do jakiej doszło po ataku na szczyt. Korzystając przy tym ze wszystkich możliwych materiałów źródłowych.

Co za tym idzie na tragedię, do jakiej doszło na Evereście składa się w filmie wiele małych czynników, które skumulowane w jednym miejscu i czasie doprowadziły do katastrofy. Nadchodząca burza, tłum pod szczytem, konieczność poręczowania ostatniego fragmentu do szczytu (tak się to nazywa?), napór czasu i widmo kolejnego roku bez zdobycia szczytu, co mogłoby skutkować podupadnięciem biznesu czy w końcu kłopoty z tlenem. Co ważne, reżyser stara się być jedynie bezstronnym obserwatorem, nie wskazując palcem na jedną z tych przyczyn jako najważniejszą.

Nadciąga burza w filmie Everest

Everest to bardzo dobre kino, ale

Osobiście jestem wielkim fanem górskich filmów (podobały mi się nawet Granice wytrzymałości :) ), a także wielkim fanem filmów opartych na faktach. Co za tym idzie efektowne (choć nie efekciarskie!) kino z taką obsadą (Josh Brolin, Emily Watson, John Hawkes, Jake Gyllenhaal, Keira Kneightley, Robin Wright, Sam Worthington (czemu nie poszedł na ratunek? chyba zapomniano to jasno wyjaśnić?) musiało mnie zainteresować. I, co ważne, finalny efekt z pewnością nie zawiódł. Trudno byłoby zarżnąć taką historię w takich okolicznościach przyrody (choć raczej nie były to najbardziej dramatyczne wydarzenia w historii Himalajów) i rzeczywiście coś takiego nie miało miejsca.

Zobacz też: Są filmy, dla których stworzone są duże ekrany. To jeden z takich filmów. Recenzja filmu Beyond the Edge
A także: Valley Uprising to 90 minut znakomitej zabawy nie tylko dla miłośników wspinaczki, ale też dla zupełnych laików
No i zahacz o: Cerro Torre: Szanse Kuli Śnieżnej w Piekle [Cerro Torre: A Snowball’s Chance in Hell]

To skąd wiszący od początku nad tą recenzją zapach narzekania? Chyba stąd, że liczyłem na coś bardziej niezapomnianego, porywającego za serce i rzucającego po fotelu w rytm podmuchów wiatru na szczycie Everestu. A tego nie dostałem. Mam wrażenie, że Kormákur chciał zrobić film dla wszystkich i trochę z tego powodu popadł w schemat. Próbując wyważyć dramat ludzi z efektownymi widokami, jakie zapewnić mogą tylko wysokie góry dał ich do swojego filmu dokładnie tyle, ile trzeba, uważając, żeby nie zachwiać proporcji. Co za tym idzie lekko zawiedzeni mogą być ci, którzy spodziewaliby się długich minut oszałamiających sekwencji, od których kręci się w głowie. Ale też ci, którzy chcieliby dostać coś więcej niż tylko obyczajowy dramat, który niczego nowego o człowieku nie powie.

Ale chyba jednak lepiej cieszyć się z tego, że dzięki kinu docieramy tam, gdzie mało kto miał w ogóle okazję się pojawić. W filmie, który nie jest tylko instrukcją obsługi dla himalaistów.

(1974)

Everest to jeden z tych filmów, które chcesz zobaczyć zaraz po zakończeniu oglądania jego zwiastuna. Nie dziwi więc fakt, że gdy tylko Matka Sanepid (ach, coraz lepiej rozumiem w blogi i zaczynam się kółkowzajemnoadorować; no znaczy na razie w jedną stronę, ale od czegoś trzeba zacząć :) ) wspomniała, że na pokazy przedpremierowe można się załapać tydzień wcześniej, to od razu skorzystałem z tej możliwości. Do regularnej dystrybucji Everest trafia już w najbliższy piątek. Everest - film, który warto zobaczyć w 3D I dwie rzeczy można powiedzieć już na wstępie - Everest warto zobaczyć w kinie oraz warto go zobaczyć…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Podsumowanie: Historia dramatycznej wyprawy na szczyt Mount Everest, podczas której himalaiści zostali zaskoczeni przez potężną burzę. Efektowne, ale nie efekciarskie kino górskie.

3 odpowiedzi

  1. Sam Worthington (czemu nie poszedł na ratunek? chyba zapomniano to jasno wyjaśnić?) – był 2 km niżej w głównej bazie. Od Roba dzieliły go dwa obozy, które zakłada się przecież w jakimś konkretnym celu. Przejście takiego dystansu przy takiej pogodzie równałoby się ze kolejną śmiercią

  2. Quentin

    Dzięki za rzucenie perspektywy. Mimo to dalej uważam, że średnio to wyjaśniono w filmie (zgadzam się, wystarczyłaby logiczne myślenie widza :) ), bo ma się wrażenie, że wszyscy rzucają wszystko i idą na ratunek skąd się da, a ten siedzi w bazie i nawet z namiotu nie wyjdzie. Szczególnie że wcześniej był w górach i choć pamiętam było coś o oślej łączce, czyli pewnie na jakichś śmiesznych wysokościach itepe, to nadal to samo wrażenie – kurde, dopiero co w górach był, zamiast iść na ratunek to poszedł do namiotu.

  3. Naprawdę świetny film. Teraz czas na książkę http://filmowo24.net.pl/everest-2015/

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.