WFF 2014 – Co robimy w ukryciu [What We Do in the Shadows]

Obiecałem sobie rok temu, że aktywnie spędzę okres pomiędzy festiwalami na głębsze śledzenie filmowego rynku. Żeby do następnego festiwalu przystępować z jako taką wiedzą pozwalającą mi na bardziej świadomy wybór repertuaru.

Ale to nie sposób! A już na pewno nie w sytuacji, gdy to czyste hobby i nic więcej. Żeby choć moja opinia interesowała tysiące to bym się przyłożył, ale dla „Trzech Czytelników” mi się nie chce 😛 Bo to żmudna robota. Tyle się tych filmów kręci, tyle festiwali jest do obczajenia, tyle opisów do przeczytania – człowiek nie jest nawet świadomy, ile filmów co roku nie trafia do normalnego obiegu. W związku z czym minął rok, a mnie znów większość tytułów warszawskiej oferty nic nie mówiła.

Ale nie „Co robimy w ukryciu”! (O, znowu akapit rozpoczęty od „Ale”). Film znalazł się na mojej liście Do obejrzenia już w marcu tego roku i gdy zobaczyłem go w ofercie festiwalu, automatycznie wylądował na szczycie listy tytułów, które chciałem zobaczyć na WFF-ie. I, podobnie jak w zeszłym roku w przypadku Big Bad Wolves, to z nim wiązałem największe nadzieje. No i wszystko wskazuje na to, że powtórzy przypadek BBW i będzie najlepszym filmem, jaki zobaczyłem na festiwalu.

Do złudzenia tłukę tu na Q-Blogu, że dla mnie od zawsze najważniejszym środkiem do zrobienia dobrego filmu jest pomysł na niego. Bez pomysłu nigdzie się dalej nie ruszy, a dobry pomysł to co najmniej połowa sukcesu. Nawet najlepsi aktorzy i realizacja nie pomogą, gdy po raz enty oglądamy tak naprawdę ten sam film. Pomysł musi być jasny i prosty, bez kombinowania i próby mnożenia różnych istniejących pomysłów. I choć z grubsza wiadomo, że nic zupełnie oryginalnego się już w kinie nie wymyśli, to nadal można pokusić się o coś na tyle oryginalnego, że do tej pory niespotykanego w kinie.

Od pierwszych sekund „Co robimy…” wiadomo, że to będzie dobry seans filmu ze świetnym pomysłem. Jeden z bohaterów, wampir, budzi się w swojej trumnie, grzecznie wita z widzami i ze strachem podchodzi do grubej zasłony. Jak opowiada, tego momentu dnia boi się najbardziej. Nieśmiało wygląda za kotarę i uff, słońce zaszło, jest już noc. A my jesteśmy kupieni. (Choć jakiś dziwny ktoś wyszedł z pełnej największej sali w Warszawie po dziesięciu minutach filmu).

„Co robimy…” to zrealizowany w konwencji mockumentu film o wampirach. Ekipa filmowa dostaje zapewnienie, że włos im z głowy nie spadnie i decyduje się zamieszkać w dużym domu razem z jego właścicielami – czterema wampirami. I tak śledzą ich codzienne radości i smutki oraz poznają plusy i minusy bycia wampirem. Dość dodać, że oryginalne poczucie humoru twórców filmu sprawia, że to śledzenie wampirzej codzienności staje się okazją do nieustannego śmiechu z postawionych na głowie i pokazanych w specyficzny sposób wszystkich wyobrażeń, jakie przed seansem posiadamy o wampirach i nie tylko. Na porządku dziennym są tutaj kłótnie o to, że jeden ze współlokatorów przed dokonaniem morderstwa nie wyłożył sofy oraz podłogi gazetami i teraz wszystko pływa we krwi. A to tylko jeden z naprawdę wielu przykładów na oryginalne podejście do podjętego tematu.

Jest w nowozelandzkim powietrzu coś, co od czasu do czasu skutkuje objawieniem się filmowego twórcy innego niż wszyscy. Posiadacza umysłu, o którym zwykło się mówić per „nie wiem, skąd bierze towar, ale chcę poznać jego dealera”. Kiedyś Martwicą mózgu wyskoczył Peter Jackson, a teraz nadszedł czas dwójki Taika Waititi, Jemaine Clement (pierwszy z nominacją do Oscara za jedno ze swoich wcześniejszych dzieł krótkometrażowych, a drugi znany już z Flight of the Conchords). Zresztą pod względem realizacji „Co robimy…” bardzo przypomina „Martwicę mózgu”, co spokojnie pozwala uznać, że istnieje coś takiego jak nowozelandzka szkoła filmowa.

Nie ma co dużo gadać 😉 „Co robimy w ukryciu” _trzeba_ zobaczyć. Niekoniecznie na festiwalu, bo szanse dostania się na jedyny seans jaki pozostał na WFF-ie są takie jak płatka sniegu w piekle. Nie wiem, czy film trafi do regularnej dystrybucji kinowej, mocno wątpię raczej, ale nie martwcie się. Jestem w stu procentach pewny, że tak czy inaczej będziecie mogli go zobaczyć. Bo jeśli jest coś, czego by takie kino nie potrafiło to jedynie przepaść bez śladu. Ale to „Co robimy…” nie grozi. 9/10

(1796)

PS. Fajnie, że sprowadzili WWDITS do Polski, ale siekierka należy się organizatorom WFF-u za maksymalne zepsucie polskich napisów do tego filmu.

2 odpowiedzi

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.