Pomimo tego, że mam ksywę, jaką mam, pierwszym filmem Quentina Tarantino, jaki widziałem na dużym ekranie były Bękarty wojny. Tym bardziej nie mogłem sobie odmówić przyjemności obejrzenia Kill Billa w pełnej okazałości bez podziału na dwa vole. Refleksje o filmie Kill Bill: The Whole Bloody Affair.
O czym jest film Kill Bill: The Whole Bloody Affair
Anonimowa Panna Młoda (Uma Thurman) na próbie przed ślubnym kobiercem dostaje kulkę w łeb. Zostawiony wcześniej bez słowa pożegnania kochanek nie potrafi przejść nad tą zniewagą do porządku dziennego i to on pociąga za spust. Nie jest sam. Towarzyszą mu pozostali członkowie ekskluzywnego oddziału paramilitarnego, którego Panna Młoda była kiedyś członkinią. I wszystko skończyłoby się unhappy endem, gdyby nie fakt, że kobieta przeżywa postrzał i lata później wyrusza ścieżką zemsty niczym Lady Snowblood, którego to filmu Kill Bill jest przepiękną zrzynką.
Zwiastun czwartego filmu Quentina Tarantino
Refleksje slash recenzja filmu Kill Bill: The Whole Bloody Affair
No dokładnie tak. Pierwszym filmem Quentina Tarantino, jaki widziałem na dużym ekranie były Bękarty wojny. Pamiętam jak zbliżałem się na seans gadając przez telefon z kumplem, który ładnie ubierał w słowa to, co chodziło mi po głowie. „Jakie są szanse na to, że akurat jako pierwszy obejrzysz najlepszy film Quentina Tarantino?”. Potakiwałem, a tymczasem okazało się, że szanse były strasznie duże. No ale ja nie o tym.
Chciałem dobrze, wyszło jak zawsze. Kiedy Tarantino zaczynał, filmy nie miały swojej polskiej premiery w tym samym dniu, co wszędzie indziej. Taki Pulp Fiction wjechał do nas z jakąś roczną obsuwą, a Wściekłe psy przez długi czas znałem tylko z magazynu „Film” i zachwytu nad nim Władysława Pasikowskiego, który zresztą zerżnął je potem w drugich psach tak jak Tarantino zerżnął nomen omen psy z Miasta w ogniu Ringo Lama. Najbliżej seansu jednego z nich byłem całując klamkę w zawierciańskim MOK-u, bo odwołano seans albo mi się dni pomyliły, nie pamiętam już. W międzyczasie obejrzałem w katowickim Światowidzie Od zmierzchu do świtu, a we wspomnianym już MOK-u Urodzonych morderców (z ojcem i było mi głupio, że zabrałem go na film, w którym ruchają się na masce samochodu), ale żadnego filmu reżyserowanego przez QT nie. Dopiero do czasu Bękartów.
Czemu przegapiłem w kinach Kill Billa? Nie mam tu żadnej ciekawej anegdotki, po prostu (Jackie Brown szczęśliwie też mnie ominęła, bo jej wciąż nie poważam), ale właśnie tu zamknęliśmy tę opowieść tymczasową klamrą (wciąż czekamy na ten ostatni, dziesiąty film w karierze Tarantino) wraz z pojawieniem się w kinach na krótko Kill Bill: The Whole Bloody Affair. Czyli profit podwójny. Bo raz, że nigdy nie widziałem żadnego Kill Billa w kinie, a dwa obejrzę go w formie dokładnie takiej, jaką wymarzył sobie reżyser.
No i OK, fajnie to brzmi. Idź, zobacz tak jak miało być. Bez cięć, bez cenzury, bez tego, bez śmego, ale umówmy się, tylko brzmi. Więcej w tym marketingowego pierdzielenia niż faktycznej korzyści. Jeśli widzieliście obydwie części Kill Billa, to widzieliście też The Whole Bloody Affair, tyle. Obydwie części jak zawsze były znakomite, tak znakomite pozostają (no dobrze, nie od razu pokochałem się z vol. 2, a i na vol. 1 coś tam nosem kręciłem), a drobne kosmetyczne zmiany nie wnoszą do filmu niczego dodatkowego. Poza niewątpliwą przyjemnością przesiedzenia w kinie ponad czterech godzin bez poczucia, że siedzi się tam cztery godziny, nie ma tu żadnych innych korzyści. Idealnie dla kogoś, kto nigdy nie widział wspomnianego dzieła na dużym ekranie.
Miejmy te kosmetyczne zmiany za sobą. Kill Bill: The Whole Bloody Affair przed 20 laty pokazany był podczas festiwalu w Cannes, a potem zakurzył się gdzieś na półce i wydawało się, że nikt poza kilkoma szczęśliwcami go już nie obejrzy. Dlatego też to nie tak, że oto pojawiła się pierwsza możliwość zobaczenia pełnej wersji filmu, bo taka możliwość była, ale umówmy się, kto 20 lat temu oglądał specjalne pokazy w Cannes? Odbiegam od tematu, sorry, kosmetyczne zmiany. Doszła więc jedna scena z animkami domykająca niedomknięty wątek poboczny z vol. 1 i narysowana tą samą kreską co origin O-ren Ishii. No i pokolorowano jatkę w Domu Błękitnych Liści, która rzekomo z powodów cenzorskich trafiła do vol. 1 w wersji czarno-białej, żeby krew nie była zbyt krwawa, jak gdyby chwilę wcześniej biznesmen w barze nie krwawił jak zarzynana świnia pod kozikiem Gogo Yubari. Jasne, stylowa była ta czarno-biała wersja, ale kolorowa też jest w porządku. I choć można narzekać, że kolor zabrał to, co w niej najciekawsze, to nie ma sensu narzekać, bo to nadal jest pierwszorzędna jatka pod okiem Yuena Woo-pinga. Tyle kosmetycznych zmian, bo o tym okropieństwie fortnite’owym po napisach lepiej szybko zapomnieć. Łącznie z zapomnieniem – to się tak da? – że sam Tarantino zachwycał się tym, że w końcu mógł zrealizować ten „Zaginiony rozdział”. Rwałbym włosy z głowy, gdyby nie fakt, że od zawsze uważałem, że poza kręceniem filmów, posiadaniem encyklopedycznej wiedzy o kinie i pisaniem scenariuszy Tarantino często zwyczajnie pierdoli głupoty. O tym dodatku po napisach w Kill Bill: The Whole Bloody Affair tak samo. Jest to okropieństwo, kropka.pl jak mawia Anna Maria.
Za to Kill Bill w swojej całości jest przepiękny. Wsysa od pierwszego strzału prosto w głowę i nawet nie pozwala przemknąć w twojej głowie myśli, że nuda. Na dużym ekranie wygląda to zachwycająco, jak gdyby film wyszedł spod igły przedwczoraj, a nie ponad 20 lat temu. To jedna z jego wielu zalet – nie postarzał się nawet o pół dnia.
No i tak po prawdzie nie ma tu co więcej pisać, bo o Kill Billu napisano już wszystko. Nie jest to ten przypadek, w którym nagle stwierdzam, że arcydzieło jest gównem i dowodzę temu na czternaście akapitów, bo tak nie jest. Arcydzieło pozostaje arcydziełem, a duży ekran tylko legitymizuje wielkość tego dzieła, które trzeba oglądać właśnie tak. W swojej pulpowości, hołdzie ukochanym motywom kina gorszej kategorii, prowadzeniu akcji, krwawym humorze, tworzeniu godnych zapamiętania postaci nawet na siódmym planie i języku, którym przemawiają te postaci do nas – nie ma sobie równych. Widział ktoś tak bardzo oryginalny nieoryginalny film? Bo przecież Tarantino, jak zawsze, kradnie tu od kogo się da, a na koniec niczym Andy Dufresne (moje ulubione porównanie) wychodzi po drugiej stronie rury jako czyściutki twórca kina gatunkowo-autorskiego. A trzeba pamiętać, że to „on wprowadzał do mainstreamu azjatyckie kino”, parafrazując hermetyczne powiedzonko o mojej szanownej małżonce, które kuma tylko z siedem osób. Teraz Azja wylewa się do nas z każdej lodówki, ale wtedy nie była tak oswojona i choć zaraz tu ktoś szczeknie, że on już dawno wcześniej zachwycał się Batlle Royale! (jego reżyserowi jest poświęcony Kill Bill, wiadomo), to był tylko niewielkim promilem odbiorców. A wtedy przyszedł Tarantino i swoim filmem wykreował przyszłość, zamiast kręcić to, co aktualnie modne.
Oczywiście pozostaje Kill Bill pieśnią pochwalną dla kina kung fu i samurajskiego, ale przecież na tym źródło, z którego czerpie Tarantino się nie wyczerpuje. Najlepiej widać (słychać, skurwielu) to po absolutnie wybitnej ścieżce dźwiękowej skonstruowanej z dosłownie wszystkiego, co się da, a spójnej i dopasowanej co do nuty. Tu Nancy Sinatra, tam japońskie rzewne piosnki też zajumane z Lady Snowblood jak i cały film, siam cała kolekcja najbardziej znanych kompozytorów włoskiej muzyki filmowej na czele z twórcą jednego z najpiękniejszych motywów filmowych w historii, który został trochę zmarnowany na niesławny film o kanibalach, Rizu Ortolanim. A owam na deser motywy z seriali i motywy z wszystkiego innego, co tylko ma duszę, niepowtarzalną melodię łatwą do zagwizdania (pun intended) i zilustruje to, co Tarantino pokazuje z dokładnością co do fa czy innego sol. Jak ten film brzmi na dużym ekranie to pierdolony geniusz.
Wygląda wcale nie gorzej. Uma Thurman jest przepiękna, a David Carradine wybitny. Że nie udało mu się „zrobić Johna Travolty” po Kill Billu to ja zwyczajnie nie wiem. Wchodzi z flecikiem i boso jakiś przerzedzony żigolo i swoją charyzmą kradnie wszystko. Chłonąłem go i zastanawiałem się, jak wiele wybitnych kreacji aktorskich odebrali nam swoimi nieudolnymi dziełami scenarzyści i reżyserzy. Rzemiosło aktorskie, aktorskim rzemiosłem, ale dostać do rąk własnych rzecz, która pozwoli mu zabłyszczeć, to rzadkie i cholernie cenne. Śmiało można pokusić się o refleksję, że wielu bywalców ekranu przeszło przez ten ekran bez możliwości pokazania tego, co naprawdę potrafią. Tak jak przeszedłby „Kane z serialu Kung Fu”, gdyby nie Bill, brat Budda.
Całość zostawię mimo wszystko z Dziewiątką, bo ponad cztery godziny to jednak za duży metraż na film, o którym wiesz już wszystko, bo wcześniej widziałeś go kilka razy (a Bękarty lepsze). Nie mam wątpliwości, że zupełnie na świeżo wylądowałby u mnie z Jedenastką, ale w obecnych okolicznościach może ze dwa razy pomyślałem, żeby już przechodzi dalej, bo starczy tych tarantiniad. A nie zawsze można było się skupić na wyłapywaniu smaczków, które przecież już sto razy się wyłapało, ale teraz wydawało się, że być może nie, jak ten plakat z Mr. Majestyk wiszący w przyczepie Budda. Czyli filmu z Charlesem Bronsonem, o którym mowa lata wcześniej w scenie u Gary’ego Oldmana w Prawdziwym romansie. (No wiadomo, że o zylionie rzeczy u Tarantino mawia się u Tarantino lata wcześniej tak jak np. o Davidzie Carradine w Pulp Fiction, czy choćby o skasowanym serialu o pięciu zabójczyniach również w PF).
(2659)
Ocena Końcowa
9
w skali 1-10
Podsumowanie : Kobieta, która przeżyła egzekucję z rąk dawnego ukochanego, rusza ścieżką zemsty na nim i jego zabójczych podwładnych. Ponad czterogodzinna wersja, w jakiej Tarantino pierwotnie zamierzał wprowadzić do kin podzielonego później na dwie części „Kill Billa”. I nadal jest to moi drodzy arcydzieło, choć połączenie w jedną całość nie zmienia doprawdy prawie nic w tej kwestii.
Podziel się tym artykułem:
