×
Marty Supreme (2025), reż. Josh Safdie.

Wielki Marty. Recenzja filmu Marty Supreme

Po czym poznać nieszablonowego, odważnego i oryginalnego twórcę? To proste. Nakręcił już* parę udanych filmów, po których zaczęło być o nim głośno i osiągnął status kogoś, kto mógłby nakręcić wszystko, na co tylko ma ochotę. A on decyduje się nakręcić film o pingpongiście z lat 50. Można śmiało założyć, że nie było w tamtej chwili nikogo innego na świecie, kto chciałby nakręcić film historyczny o tenisie stołowym. Recenzja filmu Wielki Marty.

*Josh nakręcił je razem z bratem Bennym, z którym niedawno artystycznie się rozeszli na wniosek Benny’ego, choć wróble ćwierkają, że również przestali się do siebie odzywać; w tle sytuacja sięgająca hen ich Good Time z 2017 roku i sceny z nieletnią aktorką. No ale tu nie Pudelek, my tu recenzje piszemy.

O czym jest film Wielki Marty

Marty Mauser (Timothee Chalamet) ma wielki talent do tenisa stołowego. Potrafi ograć każdego, kto nie podchodzi do stołu z tzw. gąbką i stylem piórkowym. Kiedy tak się dzieje, zaczyna mieć problemy. W naturze Marty’ego nie leży jednak odkładanie rakietki na stół. Wręcz przeciwnie, przekonany o swojej wielkości, jest przekonany również o tym, że pokona swojego głuchego nemezisa z Japonii, Koto Endo (Koto Kawaguchi), na zbliżających się właśnie mistrzostwach świata w pinglu. Problem w tym, że potrzebna mu będzie na to spora kwota pieniędzy, którą trudno jest zdobyć wplątując się w szereg problemów natury prywatnej i kryminalnej.

Zwiastun filmu Marty Supreme

Recenzja filmu Wielki Marty

Owszem, jest to bardzo ciekawa historia z interesującym tłem, ale rozbierając ją na czynniki pierwsze jest to film o graczu tenisa stołowego, który chciał zagrać na mistrzostwach świata, a którego akcja (filmu, nie gracza) rozgrywa się w latach 50. ubiegłego wieku. Kto o zdrowych zmysłach przy obecnie panującej sytuacji kinematograficznej decyduje się na taki właśnie film? Powtarzam się, ale jak dla mnie już ten akt odwagi zasługuje na to, żeby do kina się wybrać i dać studiu A24 zarobić, bo też bohatersko wyłożyli na tę produkcję taką pangę jak jeszcze nigdy wcześniej na żaden inny film. Zbierając to wszystko do kupy dostajemy dzieło, o którym przecież gada się wszędzie najczęściej – oryginalny taki, żeby nie był remakiem, sequelem, rebootem, reimaginingiem i żeby coś sobą reprezentował, a nie był tylko wysrywem algorytmów, które podpowiedzą, co przeciętny widz chce obejrzeć.

Oczywiście ktoś wyjątkowo czepliwy zauważy teraz, że hola, przecież Wielki Marty może i jest oryginalny, ale tak jak druga połowa wszystkich obecnie filmów oparty jest na prawdziwej historii. Luźno, ale oparty. To prawda, ale nawet patrząc przez ten pryzmat trudno zarzucać filmowi Safdiego, że jest klasycznym sportowym biopikiem, bo nie jest, choć mógłby być. No ale fakt. Luźno snuje historię prawdziwego Marty’ego Reismana, wielokrotnego mistrza świata w tenisie stołowym rakietką deską, który miał usposobienie gwiazdy, a na życie zarabiał występując przed meczami drużyny Harlem Globetrotters i naciągając ludzi na kasę dzięki swoim tenisowym umiejętnościom. Jego ścieżki sportowe przecięły się z Hirojim Satohem, który był pierwszą osobą posługującą się rakietką z gąbką. Jak również z – uwaga, uwaga – Polakiem Alojzym Ehrlichem, który przeżył wojnę będąc rozpoznanym jako tenisowy mistrz i który wysmarował się miodem, który następnie zlizali z niego więźniowie obozu zagłady Auschwitz. Jest zatem w Wielkim Martym dużo faktów, które zgadzają się z rzeczywistością, choć nie zawsze ta faktografia się, nomen omen, klei, jeśli myśleć w kontekście: a pochuja ta scena z miodem? Też nie wiem po co, ale tak było, drodzy państwo.

Filmografia braci Safdie nie jest jakoś specjalnie obszerna, ale nie potrzeba specjalnej umiejętności łączenia faktów, by szybko domyślić się po Wielkim Martym, że jest to film tych właśnie braci, a konkretniej rzecz biorąc jednego z nich. Może to i nawet dobrze, że dużo tych filmów jeszcze nie zrobili, bo w tym przypadku nadal nie występuje znużenie, które dopada widza na sam widok zwiastuna kolejnego filmu Wesa Andersona. Ich również nie sposób pomylić z dziełami innych twórców, ale już od kilku tytułów trącą przesadą, żeby w kółko jeden i ten sam film kręcić. W przypadku Safdiego/Safdiech nie ma mowy o znużeniu tymi naładowanymi prądem historiami, które na papierze wydają się być nudne, a w wykonaniu wspomnianych zachwycają tempem, napięciem, brakiem wytchnienia dla widza i pędzą do przodu bez przystanku. A może bardziej powinno się pisać „w przypadku Josha Safdiego”, bo po obejrzeniu konkurencyjnego Smashing Machine jego brata wnioski dotyczące tego, kto bardziej stoi za końcowym wyglądem Good Time i Nieoszlifowanych diamentów nasuwają się same.

Safdie znakomicie poradził sobie właściwie ze wszystkim. Nawet jeśli Wielki Marty wybija z rytmu scenami takimi jak ta z miodem, całość trzymana jest za mordę przez reżysera, który dokładnie wie, czego chce od swojego filmu i potrafi to wyegzekwować. W efekcie powstaje rażący prądem dramat o świecie twojego i mojego dziadka. Ekran pełen jest gęb z epoki (bohaterowie mają pewnie 33 lata, ale kiedyś ludzie starzej wyglądali) ubranych w szarebure garniaki, ale to nie kolejna bomba usypiająca Zanudździego, a dzieło, w którym nic specjalnego się nie dzieje (matka truje dupę, dziewczyna mówi, że jest z tobą w ciąży, działacze federacji mają lepiej niż zawodnicy), a wszystko się dzieje. Od pierwszych chwil razem z głównym bohaterem wybieramy się fajnie odwzorowanymi zaułkami starego Nowego Jorku w podróż rollercoasterem, w której po kolejnym wzniesieniu wcale nie czeka spadek, a jeszcze wyższe wzniesienie. Nagromadzenie problemów stojących przed głównym bohaterem pcha akcję na łeb na szyję do przodu, a chłopina nie odpocznie prawie do samych napisów końcowych.

Znakomity w tym wszystkim jest Timothee Chalamet, który równie zacięcie wojuje przy tenisowym stole jak i na arenie życia, by polecieć górnolotną liryką. Tworzy postać chujka, którego nie sposób nie lubić. Zapatrzonego w siebie narcyza, który nie liczy się z uczuciami innych, ale przegada cię tak, że zaczniesz sądzić, iż to ty jesteś dla niego najważniejszy w życiu. Nie obejdzie się to jednak bez poświęcenia całej masy energii, którą, jak sam zauważa, powinien włożyć w treningi, bo każdy z jego otoczenia ma na niego jakiś plan. Co oczywiste są to zupełnie różne plany niż to, czego chce Marty (matka zatrzymać przy sobie, ukochana z dzieciństwa przy sobie i ich dziecku, gangster powierza w jego ręce swojego psa itd., itp.), stąd nieustające pasmo problemów do rozwiązania tylko po jego myśli. Jak słusznie zauważyła szanowna Małżonka, Wielki Marty to film jak tenis stołowy. Ciągle ktoś do ciebie odbija piłeczkę, a ty odbijasz ją do niego. W pingpongu na wysokim poziomie takie wymiany potrafią trwać całe życie.

A do tego wszystkiego Chalamet nauczył się grać w pingla specjalnie do roli. Tutaj jednak wstrzymajmy się z brawami, bo choć fajnie brzmią te marketingowe bzdury, że pod okiem mistrzów sam został mistrzem, ale w rzeczywistości (tak sądzę, nie sprawdzałem :P) Chalamet perfekcyjnie opanował choreografię przy stole pingpongowym, a celuloidową piłeczkę to już dodano w postprodukcji. Przyjemnie jednak popatrzyć na te kosmiczne wymiany, których nie jest znów aż tak dużo jak można by się spodziewać po kinie sportowym. Bo tak, to również kino sportowe, o którym pomiędzy jednym otwartym złamaniem, a drugim strzelaniem z shotguna do drzwi łatwo zapomnieć. Sprzedaje o wiele więcej smaczków na temat historii tenisa stołowego niż by się to na pierwszy rzut oka mogło wydawać.

Wobec tych wszystkich peanów moja ocena końcowa wyda się być może zaskakująca, ale jednocześnie uznając niezaprzeczalną wielkość Wielkiego Marty’ego nie jest to kino, które przykleiłoby mnie do fotela, porwało bez reszty na trzy godziny do swojego świata, a na koniec wycisnęło z moich oczu fontannę łez wzruszenia po obcowaniu z arcydziełem. Tak to już jest, że czasem obiektywnie dużo gorsze filmy potrafią bardziej zabrzmieć w odpowiednie struny niż kino, jakie mało kto już obecnie robi, a szkoda, bo to dla takich filmów jak Wielki Marty, a nie Spider-Man 7: Obok drogi do domu wymyślono kino. Nawet koleżka z Dragon’s Den wygląda w nim jak oskarowy gwiazdor.

(2658)

Po czym poznać nieszablonowego, odważnego i oryginalnego twórcę? To proste. Nakręcił już* parę udanych filmów, po których zaczęło być o nim głośno i osiągnął status kogoś, kto mógłby nakręcić wszystko, na co tylko ma ochotę. A on decyduje się nakręcić film o pingpongiście z lat 50. Można śmiało założyć, że nie było w tamtej chwili nikogo innego na świecie, kto chciałby nakręcić film historyczny o tenisie stołowym. Recenzja filmu Wielki Marty. *Josh nakręcił je razem z bratem Bennym, z którym niedawno artystycznie się rozeszli na wniosek Benny’ego, choć wróble ćwierkają, że również przestali się do siebie odzywać; w tle sytuacja…

Ocena Końcowa

8

w skali 1-10

Podsumowanie : Aby pokonać swojego największego rywala przy pingpongowym stole, Marty Mauser nie cofnie się przed niczym. Pędzące do przodu kino, które nie pozostawia widzowi chwili na wytchnienie. Realizacja, scenariusz, aktorstwo – wszystko to stoi na najwyższym poziomie, a na deser dostajemy zawsze ciekawą historię tenisa stołowego.

Podziel się tym artykułem:

Skomentuj

Twó adres e-mail nie będzie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Quentin 2023 - since 2004