West Side Story (2021), reż. Steven Spielberg.
West Side Story (2021), reż. Steven Spielberg.

West Side Story. Recenzja filmu Stevena Spielberga

Nie trzeba być specjalistą od kina i śledzić to, co dzieje się w świecie filmu, żeby wiedzieć, że widzowie nie chcą oglądać musicali (generalizuję, upraszam więc o to, byście teraz nie wypisywali, że Wy chcecie 😛 – to jeden z najbardziej powszechnych błędów: uważanie, że jeśli samemu coś się lubi/nie lubi, to wszyscy myślą tak samo). Wiedzą o tym wszyscy z wyjątkiem twórców musicali i finansujących je studiów/streamingów, które raz za razem lamentują, że ich musicale zaliczyły klapę finansową. Zupełnie niezależnie od ich jakości, bo jedno często nic wspólnego z drugim nie ma. Zły film może zarobić dużo (Kogel-mogel 3, Venom), dobry film może dużo stracić (Ostatni pojedynek, West Side Story). Recenzja filmu West Side Story.

O czym jest film West Side Story

Jest rok 1957. O kontrolę jednej z nowojorskich dzielnic walczą gangi białych Jetsów i Sharksów z Portoryko. Nie zważają na to, że dzielnica wkrótce może runąć i ustąpić miejsca drapaczom chmur, dzień po dniu dbają tylko o to, by zrobić swoim rywalom koło pióra. Często więc dochodzi tu do mniejszych lub większych zamieszek związanych z obydwoma gangami. Miasto, oprócz zburzenia dzielnicy, ma też pomysł na to, żeby doprowadzić do tego, by biali ze śniadymi się jakoś dogadali i koegzystowali. Pomóc w tym ma potańcówka zorganizowana na terenie dzielnicy. Zarówno Jetsi jak i Sharksi chętnie na nią przyjdą, ale tylko po to, żeby najpierw potańczyć, a potem dać sobie po ryju. Niespodziewanym efektem imprezy jest wielka miłość, jaka łączy siostrę szefa Sharsków, Marię (Rachel Zegler) z najlepszym kumplem szefa Jetsów, Tonym (Ansel Elgort).

Zwiastun filmu West Side Story

Recenzja filmu West Side Story

Dość dużym chichotem losu okazało się przesunięcie premiery najnowszego filmu Stevena Spielberga o rok z grudnia 2020 na grudzień tego roku. Powodem przesunięcia oczywiście pandemia COVID-19, która miałaby uniemożliwić filmowi nakręconemu za 100 milionów dolarów na zwrócenie się rok temu w kinach. W efekcie na premierę trzeba było czekać rok, a film trafił do kin niedługo po premierach innych musicali: In the Heights: Wzgórza marzeń oraz Drogi Evanie Hansenie. I podczas gdy obydwa zaliczyły finansową klapę, West Side Story… nie, żadne „i podczas gdy”, film Spielberga również finansową klapę zaliczy.

Powód tej klapy według mnie jest jeden – widzowie nie przepadają za musicalami. Gdyby filmy, w których co jakiś czas ludzie zaczynają śpiewać były lubiane, to ich kariera nie skończyłaby się w okolicach premiery Kleopatry. Tymczasem właśnie w tym okresie przestali podrygiwać na ekranie Fredy Astaire’y i inne Geny Kelly. Spragnieni musicalowych doświadczeń mieli Broadway, gdzie musicale królują po dziś dzień, a kino poszło dalej w innym kierunku. Jasne, od czasu do czasu jakieś tam Chicago zamieszało na Oscarach, ale ogólnie nie udało się przekonać nieprzekonanych i liczba fanów filmowych musicali pozostała niezmienna. Za mała, żeby ładować w kolejne musicale 100 milionów dolarów, a potem się dziwić. A przecież to nie tylko In the Heights, Drogi Evanie Hansenie i West Side Story zaliczyło w ostatnim czasie klapę. Niewiele wcześniej były jeszcze Koty i Bal. Za dużo, panie kochany, tych musicali jak na dwanaście miesięcy!

(BTW jeśli macie ochotę na fajny, nowy musical, to odpalcie sobie Tick, Tick… Boom! na Netfliksie. O nim innym razem.)

Innych powodów klapy finansowej West Side Story nie widzę. Spielberg wjechał na białym koniu jak do świata, w którym musicale są kochane i adorowane, i w zaledwie tydzień strasznie se tego białego konia ubrudził. Bo ten świat, do którego wjechał, wcale taki zakochany w musicalach nie jest. I jeśli chce się zmienić ten stan rzeczy, trzeba zaserwować widzowi coś nowego, świeżego, przełomowego – coś, czego jeszcze nie widzieli.

A Spielberg im pokazał remake filmu, który jest ekranizacją legendarnego broadwayowskiego musicalu.

Bardzo sprawny remake, bardzo wizualny remake, bardzo ładny do oglądania i słuchania remake, potrafiący zachwycić niektórymi rozwiązaniami inscenizacyjnymi remake. Ale wciąż remake, który nijak nie potrafił uzasadnić, dlaczego zdaniem Spielberga ta opowieść sprzed sześćdziesięciu lat jest ważna również i teraz. Ładnie to w wywiadach wypadało, bo wiecie, diversity, representation, BLM itede stretepe, ale na ekranie to tylko wzruszająca opowiastka miłosna o kochankach przez gwiazdy przeklętych. A bo i właśnie, to jeszcze retold Romea i Julii na dokładkę. Przystojnego Romea granego przez oskarżanego o molestowanie nieletnich aktora i ładnie śpiewającej i jeszcze ładniej wyglądającej Julii.

W efekcie zamiast dyskusji o podziałach we współczesnym świecie, Spielbergowi udało się co najwyżej wywołać dyskusje o, nomen omen, dyskusyjnej rezygnacji z angielskich napisów przy hiszpańskojęzycznych kwestiach. Bo Spielberg szanuje język hiszpański! Bo język hiszpański jest równy językowi angielskiemu! A ty, widzu, który nie znasz hiszpańskiego, domyślaj się, co oni tam gadają. No trudno o lepszą metaforę współczesnych poprawnie politycznych czasów. Jeszcze bardziej podbitą w polskiej wersji językowej, gdzie brak tłumaczenia hiszpańskojęzycznych kwestii trudno, nomen omen, wytłumaczyć.

Krytycy orzekli, że West Side Story to najlepszy film Spielberga od lat. Trudno powiedzieć dlaczego, jak trudno porównywać różne gatunkowo filmy kręcone przez te „od lat” przez Spielberga. Może jeśli spojrzeć na niego przez pryzmat przystosowania go do współczesnego krajobrazu (Spielberg wywalał z przesłuchań do roli Sharksów aktorów, którzy nie mieli krewnych w Portoryko, co akurat nie jest specjalnie dziwne w sytuacji filmu będącego remakiem produkcji, w której Portorykanka musiała się podmalować na ciemniej, bo była za jasna jak na Portorykankę) to i jest, ale jeśli patrzeć tak zupełnie neutralnie, a nie przez to, co autor chciał nam powiedzieć – nie zobaczy się tu wiele więcej niż cholernie sprawnie nakręcone kino, w którym wystarczyło dolarów na wszystko, co tylko wymyślił sobie reżyser. Już pierwsza sekwencja filmu zachwyca, choć niewiele się w niej dzieje – kamera fruwa nad wielkim placem budowy, jakim jest Nowy Jork, po ekranie jeżdżą wielkie ciężarówy z gruzem, pstrykające chłopaki pląsają po hałdach kamieni – no łał! (Potem, gdy czekasz na podobnie monumentalne lokacje, okaże się, że cały film w tym jednym miejscu nakręcili, jak kiedyś nasi Quo Vadis na jednym placu z rzeźbą, taki to był rozmach).

Później też jest się czym zachwycać. Choreografia top. Kostiumy top. Wykony top. Pięknie wygląda kawałek A-merika!, jeszcze piękniej kolorowy kontrast pomiędzy strojami Jetsów i Sharksów na potańcówce (choć strasznie męcząca to potańcówka patrząc tak poza musical – wyobraźcie sobie, że idziesz se potańczyć na szkolne densy, a tu się okazuje, że tam każdy zna układ i tańczy jak Gleba z You Can Dance). Jak mówię, pod żadnym właściwie względem nie można zarzucić Spielbergowi chałtury. Finalnie jednak nie składa się to wszystko w przeżycie stulecia. Z kina nie wychodzi się oszołomionym, zachwyconym, pełnym przemyśleń. Nieźle się na tym West Side Story bawiło, ale nikt nigdzie nie krzyknie: wincyj! dawać mnie wincyj tych musicali!

I wydaje się, że Hollywood na jakiś czas się chyba z nich wyleczy. Jak tylko skończy ekranizować Wicked

(2513)

Nie trzeba być specjalistą od kina i śledzić to, co dzieje się w świecie filmu, żeby wiedzieć, że widzowie nie chcą oglądać musicali (generalizuję, upraszam więc o to, byście teraz nie wypisywali, że Wy chcecie :P - to jeden z najbardziej powszechnych błędów: uważanie, że jeśli samemu coś się lubi/nie lubi, to wszyscy myślą tak samo). Wiedzą o tym wszyscy z wyjątkiem twórców musicali i finansujących je studiów/streamingów, które raz za razem lamentują, że ich musicale zaliczyły klapę finansową. Zupełnie niezależnie od ich jakości, bo jedno często nic wspólnego z drugim nie ma. Zły film może zarobić dużo (Kogel-mogel 3,…

Czas na ocenę:

Ocena: 6

6

wg Q-skali

Podsumowanie: W tle rywalizacji dwóch zwaśnionych gangów rozgrywa się miłosna historia kochanków z obu stron barykady. Wiedzieliśmy już, że Steven Spielberg umie robić kino, więc kolejny pokaz z jego strony to za mało, żeby przytaknąć opiniom o tym, że to jego najlepszy film od lat. Aby zmienić obiegową opinię o musicalach, zdecydowanie potrzeba dużo więcej niż umiejętna i kosztowna ekranizacja broadwayowskiej klasyki.

5 odpowiedzi

  1. Dla mnie najlepszym musicalem, który jest trochę innym dziełem od klasycznych tego typu filmów jest Moulin Rouge. Film jest po prostu szalony i czymś na kształt teleturnieju Jaka to melodia? A na drugim miejscu stawiam von Triera musical z Bjork.

  2. Quentin

    Też najbardziej lubię „Moulin Rouge!”. Często se śpiewam soundtrack :)

  3. frank drebin

    Byłem tu ale nic nie czytałem 😛

  4. Kocham musicale. Niekoniecznie West Side Story, ale nowe mnie się podobało. Jest tempo, jest super taniec, jest to coś i piosenki, które znamy… A takie najbardziej lubimy. Jednak tak, też nie wiem po co teraz odgrzewać ten kotlet? Chyba po to by rozkochać młodych co 1960 juz nie ogarniają. I by legenda trwała…

  5. Zgubiles gdzies tu po drodze La La Land, i tu wg mnie jest problem z west side story – La La Land jest nowoczesny, West side story jest staroświecki. Ten film mógłby powstać 40 lat temu i wyglądałby identycznie. Ogladajac jego i pamietajac stary nie widac specjalnie roznic. Przez co ten film dla mnie, który lubie muisicale – wygląda ramotowato.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl