Ostatni pojedynek, The Last Duel (2021), reż. Ridley Scott.
Ostatni pojedynek, The Last Duel (2021), reż. Ridley Scott.

Ostatni pojedynek. Recenzja filmu The Last Duel

Nie tak powinny wyglądać wstępy recenzji, ale pragnę we wstępie zdementować pogłoski o tym, że nic już nie oglądam. Dość przeciwnie, wyjąwszy polskie filmy, jestem w miarę na bieżąco z repertuarem. Niestety (sam żałuję) prawie nic nie piszę tutaj o widzianych premierach. Chwilowo postanowiłem to zmienić z nadzieją, że za jednym zamachem uda mi się sieknąć trochę zaległych recek. W tym momencie należy wstawić mema z gatunku oczekiwania/rzeczywistość, co nie zmienia faktu, że chciałbym trochę nadrobić stracony teren. Na początek Ostatni pojedynek Ridleya Scotta. Film, który z powodu tych przebrzydłych millenialsów i ich pieprzonych komórek, zaliczył właśnie spektakularną klapę finansową, na którą nie zasłużył. Recenzja filmu Ostatni pojedynek.

O czym jest film Ostatni pojedynek

XIV-wieczna Francja. Panowie Jean de Carrouges (Matt Damon) i Jacques le Gris (Adam Driver) z niejednego wojennego pieca chleb jedli, wspinając się po drabinie sukcesu od skromnego giermka po tytuł sir rycerza. Można by ich nazwać kumplami, gdyby nie to, że różniło ich wiele. Prostolinijny de Carrouges mógł liczyć raczej na swoje mięśnie i korzystnie zawarte małżeństwo w przeciwieństwie do sprytnego i oczytanego le Grisa, który lepiej czuł się w kombinowaniu jakby się tu nie narobić, a zarobić. Pierwszy poślubił dość bogatą córkę zdrajcy, Marguerite (Jodie Comer), drugi świetnie odnalazł się u boku wpływowego Pierre’a d’Alencona. I byliby sobie żyli długo i w miarę szczęśliwie, gdyby nie fakt, że interesy obydwu zaczęły się krzyżować z niekorzyścią dla de Carrougesa. I byłby może i zdusił w sobie to pasmo zniewag i upokorzeń ze strony le Grisa, gdyby nie gwałt, jakiego ten rzekomo miał dokonać na Marguerite. Ponieważ zdania w tej sprawie są podzielone, o prawdzie zdecyduje pojedynek na śmierć i życie pomiędzy dwoma byłymi kolegami z okopów.

Zwiastun filmu Ostatni pojedynek

Recenzja filmu Ostatni pojedynek

Historia opowiedziana w filmie Ridleya Scotta wydarzyła się naprawdę. Jak to zwykle w tego typu filmach bywa, nie należy traktować jej 1:1, ale więcej w tej sprawie napisałbym Wam po obejrzeniu filmu jakiś czas temu, gdy trochę o niej poczytałem. Teraz zastanawiam się po co, skoro niewiele już z tego pamiętam. Tak czy siak filmowa opowieść jest dość wierna faktom, na tyle, na ile może wierny faktom być film Ostatni pojedynek, który opowiada o pojedynku, który tak naprawdę wcale nie był ostatnim. Przynajmniej jeśli chodzi o pojedynki zorganizowane po to, by Bóg zdecydował w nich, kto z ich uczestników mówi prawdę. Pewnie ma to swoją specjalistyczną nazwę, ale guglował nie będę.

Współczesnym twórcom filmowym by pewnie wystarczyło, że mają ciekawą prawdziwą historię do opowiedzenia, ale dla Ridleya Scotta było to trochę za mało. Postanowił więc, że nie tylko potrzebna musi mu być ciekawa historia, ale i jakiś haczyk do jej opowiedzenia. O ten zadbali autorzy scenariusza – powracający po scenariuszu Buntownika z wyboru – Ben Affleck i Matt Damon. Oraz Nicole Holofcener. Wymyślili to sobie tak, że na wzór Rashomona opowiedzą tę historię z trzech perspektyw, a każdy z autorów scenariusza napisze jedną z nich. De Carrougesa, le Grisa i Marguerite. Bach, już mamy haczyk, który wyróżnia tę produkcję historyczną na tle innych produkcji historycznych.

Umówmy się, że Ostatni pojedynek nie ma scenariusza, który mógłby choćby próbować dorównać Buntownikowi z wyboru. Gdzie Rzym, gdzie Krym – chciałoby się powiedzieć o współczesnym dramacie obyczajowym i widowisku historycznym, ale ktoś może spodziewałby się błyskotliwych dialogów i monologów Robina Williamsa na ławeczce. Nic z tych rzeczy, scenariusz Ostatniego pojedynku podporządkowany jest opowiadanej historii i na niej skupiony. Żadnych większych oratorskich popisów tu nie znajdziecie.

Wspomniany wyżej haczyk na opowiadaną historię więcej obiecuje niż finalnie daje. Dzięki niemu ogląda się pewnie Ostatni pojedynek lepiej niż gdyby zostało to opowiedziane linearnie, ale problem tkwi w tym, że żadnej większej tajemnicy za opisaną tu sprawą nie ma. Nawet jeśli nie zna się jej z historii, to szybko z grubsza wiadomo komu kibicować i kto mówi tu prawdę. Dlatego im dalej w kolejne wersje, tym można poczuć lekkie znużenie katowaniem na okrągło tego, co już wiadomo. Film nie zdąża w kierunku niespodziewanego zakończenia, a bardziej w kierunku kibicowania jednej ze stron konfliktu, by zwyciężyła w kończącym film pojedynku. Słychać to zresztą wyraźnie po reakcji widowni na finałowy wynik. Dlatego też trudno mówić, że zabieg podzielenia filmu na trzy różne punkty widzenia, był jakoś cholernie ważny dla fabuły. Podstawowe wydarzenia wiele się nie różnią. Częstsze różnice dotyczą tu sytuacji z gatunku kto, kiedy, co i komu powiedział. W zależności od tego, kto opowiada tę historię, co oczywiste, to on jest tu największym kozakiem. Przynajmniej jeśli chodzi o punkty widzenia obu panów. Żeński punkt widzenia zwraca uwagę tym – przynajmniej moją tym zwrócił – że nie trzeba chyba aż było specjalnie zatrudniać kobiety, żeby go napisała. Tak teraz wypada, więc OK, ale spokojnie Affleck i Damon ogarnęliby to samo (z drugiej strony ktoś by się pewnie oburzył, że faceci wkładają w usta kobiecych postaci zbereźne żarciki). Call me męski szowinista as you wish.

Trudno spodziewać się po produkcji za dziesiątki milionów dolarów wyreżyserowanej przez Ridleya Scotta, żeby produkcyjnie nie domagała. Nic z tych rzeczy. Chłód XIV-wiecznej Francji daje tu po ryju jak należy, filmowe bitwy są krwawe, a aktorzy bawią się swoimi rolami znakomicie. W szczególności świetny Ben Affleck, którego łatwo byłoby krytykować za durną fryzurę, ale szybko nie zwraca się już na nią uwagi. Środkowy segment filmu z jego udziałem jest najlepszy.

Serwowane siłą rzeczy powtórzenia w trzech odrębnych punktach widzenia bohaterów nie przeszkadzają, bo udało się je tu fachowo wpleść i wykorzystać na korzyść fabuły, co nie zmienia faktu, że o 20 minut krótszy Ostatni pojedynek byłby jeszcze lepszy (co ostatnio można powiedzieć o co drugim filmie). Ale i tak warto złapać go w kinie, bo po finansowej klęsce zdarzyć się może tak, że takie filmy do kin w najbliższym czasie nie trafią, bo nikt nie będzie ich kręcił. A szkoda, żeby Ostatni pojedynek został zapamiętany jako ostatnie dobre filmowe widowisko historyczne.

(2503)

Nie tak powinny wyglądać wstępy recenzji, ale pragnę we wstępie zdementować pogłoski o tym, że nic już nie oglądam. Dość przeciwnie, wyjąwszy polskie filmy, jestem w miarę na bieżąco z repertuarem. Niestety (sam żałuję) prawie nic nie piszę tutaj o widzianych premierach. Chwilowo postanowiłem to zmienić z nadzieją, że za jednym zamachem uda mi się sieknąć trochę zaległych recek. W tym momencie należy wstawić mema z gatunku oczekiwania/rzeczywistość, co nie zmienia faktu, że chciałbym trochę nadrobić stracony teren. Na początek Ostatni pojedynek Ridleya Scotta. Film, który z powodu tych przebrzydłych millenialsów i ich pieprzonych komórek, zaliczył właśnie spektakularną klapę finansową, na…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Zwaśnieni rycerze stają do pojedynku na śmierć i życie po tym jak jeden z nich rzekomo gwałci żonę drugiego. Widowisko historyczne Ridleya Scotta ma wszelkie zalety podobnych filmów tego reżysera – głównie produkcyjnych. Fajnie ogląda się go przez dość wyraźne zaznaczenie tego, komu powinno się w nim kibicować. Jest jednak o 20 minut za długi.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl