Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
Koty, Cats (2019), reż. Tom Hooper.
Koty, Cats (2019), reż. Tom Hooper.

Koty. Recenzja filmu Cats Toma Hoopera

Raz na jakiś czas przez filmowy świat przetacza się bliżej niezrozumiała histeria dotycząca tego lub owego tytułu. Zła sława ciągnie się za nim od pierwszego zwiastuna, a po premierze jest jeszcze gorzej. Widzowie prześcigają się w tworzeniu kwiecistych metafor i pracują na wątpliwą sławę danego filmu. Że najgorszy, że żenujący, że fatalny, że jeden na dziesięć, że w ogóle pukanie od spodu dna. Za chwilę histeria rozlewa się na całą populację kinowych widzów i zła fama tytułu gna przed siebie z prędkością, której nie zatrzyma już nic. Twórcy się tłumaczą, producenci wycofują tytuł z Oscarów, beka nie ma końca. A ci, którzy w ogóle nie chcieli iść na ten film do kina, idą na niego, żeby przekonać się, jak beznadziejny jest i dalej wypisywać w necie antypeany. Łatka zostaje przyklejona, film przepada w niesławie.

Dlaczego taka histeria jest dla mnie niezrozumiała? Bo Koty to dzieło nieudane, które jednak nie jest takie złe, jak to wszędzie przeczytacie. Mówi to Wam osoba, która nie chciała iść na Koty, ale zachęcona złymi recenzjami poszła na nie, żeby robić sobie z filmu bekę. A tu nie ma z czego. Ot zwykły, słaby film. Recenzja filmu Koty.

O czym jest film Koty

Victoria (Francesca Hayward) to porzucona kotka, która dołącza do bezdomnych Kocurków… No dobra, nie oszukujmy, że jest tu jakaś fabuła. Ot grupa kotów śpiewa piosenki o sobie, a najlepszy z nich zostanie odesłany balonem ku świetlanej przyszłości.

Zwiastun filmu Koty

Recenzja filmu Koty

Nigdy nie widziałem musicalowego pierwowzoru. Z piosenek znałem tylko Memory. Nie odpowiem więc na pytanie, jakim cudem musical Koty uznawany jest za klasykę, a film za najgorsze co spotkało Ziemię na przełomie 2019 i 2020 roku. Zakładam bowiem, że niewiele je różni od siebie. Ot musical jest pewnie ciut dłuższy i ma więcej czasu na zaprzyjaźnienie nas z bohaterami. Musical kochają, filmu nienawidzą. Jeśli chodzi o mnie to już uwielbienie musicalu jest dziwne, ale nie mogę tej opinii uzasadnić niczym, bo go nie widziałem. Wydaje mi się jednak, że tu nie ma żadnego materiału na hit (co jest nieprawdą, bo to przecież hit).

No ale my tu o filmie. Choć zwiastuny przygotowały na kocio-ludzkie hybrydy, potrzeba chwili, żeby otrząsnąć się z pierwszego efektu WTF. Nie wiążę się on jedynie z dość przerażającymi kosmatymi postaciami kojarzącymi się z tanimi horrorami z kaset wideo (i może lepiej by było, gdyby Koty były takim horrorem; odkrywanie klasyki na nowo, to się zawsze sprzedawało), ale i z tym, jak kiepsko pod względem wizualnym zostało to momentami zrobione. Ludzkie twarze żyją sobie swoim życiem naniesione na ciała kotów, a łapy unoszą się w powietrzu nad ziemią. Patrzysz, dziwisz się, nie masz czasu, żeby posłuchać piosenki. Za chwilę na scenie pojawiają się Rebel Wilson, dziecio-myszy i ludzio-karaluchy i efekt WTF podbija pod sufit. Patrzysz, oczom nie wierzysz, znowu nie masz czasu, żeby się skupić na piosence.

A potem przyzwyczajasz się do tego i już do końca filmu nie znajdziesz niczego nowego, co wyniosłoby Koty na jeszcze wyższy poziom surrealizmu. No może Judi Dench w wiklinowym koszyku się do tego nadaje. Ot oglądasz filmową wersję hitowego musicalu, w której w końcu możesz posłuchać piosenek i stwierdzić, że mają zadatki na wpadnięcie w ucho. Pierwszego efektu wywołanego przez Koty już nie zatrzesz, ale to, co widzisz ci normalnieje i możesz spokojnie śledzić fabułę, której nie ma.

Po wyjściu z kina dałem Kotom Czwórkę i z tą oceną je pozostawię. Powiem jednak tyle, że od momentu premiery słucham sobie filmowego soundtracku i piosenki z filmu Koty podobają mi się coraz bardziej. Do tego mam wrażenie, że teraz, kiedy już oswoiłem się z tym filmowym dziwadłem, mogłoby mi się podobać nieco lepiej. Bo muzycznie jest bardzo w porządku, a przecież o to chodzi w musicalach.

I druga rzecz, której jestem pewny. Koty to nie jest ten film, na który warto iść, bo jest tak zły, że nigdy nic tak złego nie widzieliście. To film, na który nie warto iść, bo jest po prostu nieudany, ale nie bardziej niż setki innych nieudanych filmów w historii kina. Wydaje się, że z tego nie dało zrobić się dobrego filmu, ktokolwiek by się za niego nie wziął.

(2389)

Raz na jakiś czas przez filmowy świat przetacza się bliżej niezrozumiała histeria dotycząca tego lub owego tytułu. Zła sława ciągnie się za nim od pierwszego zwiastuna, a po premierze jest jeszcze gorzej. Widzowie prześcigają się w tworzeniu kwiecistych metafor i pracują na wątpliwą sławę danego filmu. Że najgorszy, że żenujący, że fatalny, że jeden na dziesięć, że w ogóle pukanie od spodu dna. Za chwilę histeria rozlewa się na całą populację kinowych widzów i zła fama tytułu gna przed siebie z prędkością, której nie zatrzyma już nic. Twórcy się tłumaczą, producenci wycofują tytuł z Oscarów, beka nie ma końca. A…

Czas na ocenę:

Ocena: 4

4

wg Q-skali

Podsumowanie: Grupa bezdomnych kotów rywalizuje na piosenki, by najlepszy z nich rozpoczął dobre życie na nowo. Nie taki zły, jak go wszędzie malują. Nieudany, to fakt, ale jego piosenki z każdym przesłuchaniem nabierają wartości. Szczególnie dla tych, którzy nie znają musicalowego pierwowzoru.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.