Tenet (2020), reż. Christopher Nolan.
Tenet (2020), reż. Christopher Nolan.

Tenet. Recenzja filmu Christophera Nolana

Bodaj w ubiegły piątek w chińskich kinach zadebiutowało chińskie widowisko wojenne Ośmiuset (The Eight Hundred). Patriotyczne kino o poświęceniu życia w walce przeciwko znienawidzonemu japońskiemu najeźdźcy zarobiło w weekend ponad 100 milionów dolarów. Christopher Nolan uparł się, żeby pokazać w kinach jego najnowszy Tenet jak najszybciej. Bo Tenet odrodzi kino, a widzowie znowu zaczną walić do kin drzwiami i oknami. Wydaje się jednak, że chińskie podejście do „odradzania się” kina jest właściwsze od głośnego thrillera za dwieście baniek, który przyprawia o ból głowy, gdy chce się nadążyć za tym, co dzieje się na ekranie. Recenzja filmu Tenet.

O czym jest film Tenet

Jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic ostatnich miesięcy była fabuła filmu Tenet. Twórcy filmu tak wzięli sobie do serca zachowanie tej tajemnicy, że po obejrzeniu filmu dalej nie wiadomo, jaka jest fabuła filmu Tenet. Oczywiście przesadzam, ale nie aż tak bardzo. Wszystko zaczyna się od szturmu nienazwanych napastników na gmach ukraińskiej filharmonii narodowej. Aby ich powstrzymać, do akcji wysłany zostaje nienazwany oddział złożony z nienazwanych członków, wśród których znajduje się agent nieznanego imienia (John David Washington). W wyniku akcji, nienazwana szycha w garniturze werbuje nienazwanego agenta do nienazwanej agencji, by wyruszył z nieznaną misją. Zblazowana pani naukowiec przybliża nienazwanemu agentowi najważniejszy szczegół tej akcji. Oto po świecie krążą pociski, które poruszają się od tyłu do przodu – niby cofały się w czasie – na skutek inwersji retorsji, reperkusji, czy tam innej rekontaminacji. Nienazwany agent przyjmuje wszystko ze stoickim spokojem (aha, kumam, spoko) i szybko ogarnia działanie tejże inwersji, którą można zastosować właściwie do wszystkiego. Tylko skąd wzięły się te kule? Tego postara się dowiedzieć w towarzystwie nieznanego agenta o znanym imieniu Neil (Robert Pattinson).

Zwiastun filmu Tenet

Recenzja filmu Tenet

Skupić się to za mało, żeby choć spróbować nadążyć za tym, co dzieje się na ekranie podczas oglądania filmu Tenet Christophera Nolana. Nie chodzi nawet o to, że dzieje się jakoś wyjątkowo dużo, ale równie ważne, a może nawet ważniejsze od akcji-akcji, są słowne próby wyjaśnienia mechanizmów stojących za inwersją czasu. Nolan nie poświęca ani chwili, żeby się nad nimi zatrzymać. Ktoś mówi o co chodzi, drugi ktoś od razu rozumie o co chodzi i tak sobie dyskutują przerzucając się pseudonaukowym bełkotem, nad którym nikt nie pochyla się na dłużej. Bohater wyjaśnia zawiłości dopiero co poznanemu Neilowi, a ten z uśmiechem, całkiem z nosa (wcześniej był agentem polowym od skakania na bungee) informuje, że skończył studia na wydziale fizyki i dodaje do dyskusji swoje fizyczne wywody, które bohater w lot rozumie. A widz dawno się już pogubił. I chyba nie o to chodzi, żeby zamęczyć w ten sposób widza, nawet jeśli po piątym obejrzeniu dojdzie w końcu do wniosku, że ma to jednak więcej sensu niż początkowo myślał. Pewnie ma, ale kino ma być przyjemnością, a nie torturą siedzenia na wykładzie o rzeczach wciąż teoretycznych.

(A tak w ogóle to jak na film, który stara się być wykładem z fizyki, niezbyt przekonująco wypadają też sceny, w których Nolan próbuje nas przekonać, że katamaran i samochód stają w miejscu w momencie naciśnięcia hamulca.)

Wspomniany wyżej pośpiech towarzyszy filmowi, dwuipółgodzinnemu przecież, więc wydawać by się mogło, że jest czas na wszystko, w wielu aspektach. Skończywszy na „fizyce” filmu, a począwszy od wprowadzenia bohaterów. Tego właściwie nie ma. Nic o nich nie wiadomo, po prostu pojawiają się i robią swoje. Chciałbyś się czegoś o nich dowiedzieć, ale się nie dowiesz, bo nikt ci tego nie powie. Główny bohater odnajduje się w każdej sytuacji, czy to podczas dyskusji o retorsji, czy to podczas wybierania garnituru. W całym filmie zawahał się może ze dwa razy. Wie wszystko i niczego nie trzeba mu tłumaczyć, bo w lot pojmuje o co chodzi i co dalej trzeba zrobić. I to robi.

Kiedy więc fabuła pozostawia ze sporym niedosytem i męczy koniecznością ogarniania w lot wszystkiego, co się tu do widza mówi z prędkością karabinu maszynowego, pozostaje jedynie poczekać na powrót do domu i ewentualne czytanie analiz filmu napisanych przez widzów, którzy widzieli już Tenet siedem razy. A w międzyczasie, skoro już utknęło się na sali kinowej, pooglądać sobie widowiskowe sceny akcji, jakich tu nie brakuje. Strzelaniny, pościgi samochodowe i mordobicia są tu raczej sztampowe, choć zastosowany został haczyk, który dodaje im świeżości. Otóż akcja dzieje się w dwóch kierunkach, a podczas nawalanek najczęściej bywa tak, że jedni zachowują się „tradycyjnie”, a drudzy na „wspak”. Osobiście nie uważam jednak, żeby było to jakoś specjalnie widowiskowe. Jest w miarę czytelne, ale też nie na tyle, żeby rozdziawić japę ze zdumienia. I nie na tyle, żeby wyczuć, czy możliwość walki na wspak dawała tak walczącym jakąś przewagę. Po prostu wykonują dziwne i zaprzeczające fizyce ruchy i tyle. Najbardziej efektownie wygląda to w scenach zbiorowych, gdzie sto parę osób zachowuje się „do przodu”, a sto parę innych „do tyłu”. Zapewne o tym twórcy filmu mówili, że będziemy się zastanawiać, jak to zrobili. Cóż, myślę, że w większości takich przypadków normalnie – jedni zachowywali się „do przodu”, inni „do tyłu” i tyle filozofii. Choć na pewno wspomogła w tym technika filmowa, ale znów, nie na tyle, żeby sceny te przeszły do historii kina jak choćby nawalanki w przewracających się budynkach w Incepcji. W ogóle Incepcja jest świetnym punktem odniesienia do Tenet, bo tam też podstawą akcji był spory element science-fiction, a mimo to udało się Nolanowi czytelnie zapanować nad pomysłem. Co nie wyszło w Tenet.

Być może głównie dlatego, że wiele zachowań widocznych w Tenet „od tyłu do przodu” wygląda niedorzecznie i absurdalnie. To ten sposób zaburzenia tego, co spodziewane, że zamiast zachwytu budzi uśmiech. Główny bohater dyskutujący z mówiącym wspak Branaghem wygląda komicznie. Tu zresztą dochodzimy do największej słabości filmu Tenet. Kennetha Branagha. Miejsce tak diabolicznego czarnego charakteru z udawanym rosyjskim akcentem skończyło się gdzieś tak w okolicach pierwszych filmów o Bondzie. Teraz wygląda to co najwyżej komicznie. A gdy dodać do tego koszmarnie słabe kwestie (ten o jajach w tchawicy to pisał chyba ktoś od Sharknado), które padają z jego ust – otrzymujemy zupełnie nieudaną postać, która psuje cały film. W ogóle dialogi nie są mocną stroną Tenet, a w szczególności te, które miały wprowadzić do filmu trochę humoru.

Nie wspomniałem jeszcze o Elizabeth Debicki w jednej z głównych ról, więc na koniec wspomnę, że dziwnie wygląda patrzenie na kobietę wyższą o głowę od wszystkich męskich bohaterów. Kiedy Washington patrzy na nią do góry podczas rozmów, automatycznie ujmuje mu to charyzmy o -100, choć to nie jego wina, że posiadająca polskie korzenie aktorka ma metr dziewięćdziesiąt wzrostu. No ale tu już powiedzmy, że czepiam się na siłę, bo nie przepadam za tą żeńską odpowiedniczką Stevena Seagala, jeśli chodzi o aktorstwo.

Gdyby ktoś mnie spytał, to powiedziałbym, że ten nakręcony za 200 milionów dolarów film czeka ogromna klapa finansowa. Wszystko zależy od tego, jak długo potrwa siła marketingu i przygotowania widza na wyjątkowe wydarzenie, jakim miał być seans Tenet. Wydaje się, że niezbyt długo, biorąc pod uwagę, że film będzie wprowadzany do kin stopniowo i jego siła rażenia zdąży przez ten czas osłabnąć. Nie wydaje mi się, żeby wprowadzanie go do kin na czas trwania pandemii było dobrym pomysłem. No ale może siła nazwiska „Nolan” wystarczy.

A ja miotam się między Szóstką, a Siódemką.

(2423)

Bodaj w ubiegły piątek w chińskich kinach zadebiutowało chińskie widowisko wojenne Ośmiuset (The Eight Hundred). Patriotyczne kino o poświęceniu życia w walce przeciwko znienawidzonemu japońskiemu najeźdźcy zarobiło w weekend ponad 100 milionów dolarów. Christopher Nolan uparł się, żeby pokazać w kinach jego najnowszy Tenet jak najszybciej. Bo Tenet odrodzi kino, a widzowie znowu zaczną walić do kin drzwiami i oknami. Wydaje się jednak, że chińskie podejście do „odradzania się” kina jest właściwsze od głośnego thrillera za dwieście baniek, który przyprawia o ból głowy, gdy chce się nadążyć za tym, co dzieje się na ekranie. Recenzja filmu Tenet. O czym jest…

Czas na ocenę:

Ocena: 6

6

wg Q-skali

Podsumowanie: Technologia umożliwiająca inwersję czasu zagraża istnieniu ludzkości. Technologii tej zagraża zaś nieustępliwy agent. W nowym filmie Nolana nie ma ani chwili na zastanowienie. A to źle, bo jest się tu nad czym zastanawiać. W efekcie czego powstało efektowne, lecz absurdalne kino.

7 odpowiedzi

  1. Może zadziałać o tyle, że ludzie są stęsknieni kina. Ja np na tyle dawno nie bylem że już się nastawiam na Tenet i Mulan, gdzie normalnie na żaden z nich bym nie poszedł.

  2. Quentin

    Na to pewnie liczą też producenci, choć to nie tak, że wraz z „Tenet” otwierają się kina. Kina są już otwarte i jeśli nauczyli się, że wciąż nie ma w nich niczego nowego/ciekawego, to na Nolana nie trafią. Nawet mimo tego, że o filmie mówi się wszędzie od dwóch miesięcy. Ciekawe też jak to wygląda z punktu widzenia takiego niedzielnego kinomana. Bo sądząc po sobie to wydaje się, że rzeczywiście można przypuszczać, że pół ludzkości przebiera nogami, żeby już pójść do kina.
    Choć przyznam szczerze, że jakoś obojętnie minął mi ten pierwszy od marca seans kinowy. Fajnie, że w końcu można pójść na coś nowego do kina, ale gdyby nie można było i pozostałyby nadal tylko streamingi, to jakoś mocno bym nie cierpiał.
    No i trzeba pamiętać, że żeby wyjść na swoje, to producenci muszą zarobić dużo więcej niż te 200 baniek. Drugie tyle wydali na marketing. No ciężko będzie moim zdaniem.

  3. Tak narzekasz że myślałem, że postawisz 4 albo 5/10, bo jak na taką krytykę, to zaskakująco wysoka ocena.

    Widzę, że w każdej recenzji pisze się o braku głębi, braku emocji i zawiłej fabule, ale tak po prawdzie, to prostej. Dokładnie te same zarzuty można postawić (prawie) każdemu filmowi Nolana. Ale ja tak gdzieś od Incepcji, DKR, Interstellar oglądam filmy Nolana nie dla fabuły, tylko dla strony wizualnej, dla praktycznych efektów i dla muzyki. W mało którym filmie Nolana scenariusz należy do najlepszych elementów, chyba jedynie Memento mi przychodzi do głowy, ale to taki reżyser że nadrabia genialną stroną audiowizualną.

    Dla mnie filmy Nolana od jakiegoś czasu to głównie spektakle, gdzie obraz, to co się dzieje i jak jest nakręcone, jest ważniejsze od bohaterów i emocji (jeśli w ogóle jakieś w filmie są) i w takim wypadku, na taki seans się nastawiam, to też pewnie się nie zawiodę. Ale też nie oczekuję arcydzieła, bo dla mnie żaden film Nolana arcydziełem nie jest (nawet Memento czy Dark Knight, ale zaskakująco dużo jego filmów się podoba, mniej lub bardziej, nawet Interstellar uważam za dobrą produkcję, choć nie bez wad oczywiście (chyba tylko część 1 i 3 trylogii o Batmanie mi średnio podeszła).

    Czemu nie przepadasz za Elizabeth Debicki? Chyba nie przez to jak wysoka jest? 😉 Więc porównania z Seagalem to mam nadzieję, że tylko do wzrostu, a nie chodziło Ci o to, że są tak samo „dobrymi” aktorami:)

    Bo to dobra aktorka co pokazała np. we Wdowach czy w Nocnym recepcjoniście. A tak na marginesie ostatnio pojawił się news, że w ostatnich sezonach Crown Debicki właśnie zagra Diane, co jest świetnym i nieoczywistym wyborem, ale pomyślałem sobie, czy ona nie jest za wysoka do tej roli. Wiadomo że aktorstwo jest najważniejsze, a nie wzrost, ale Diana nie była chyba aż tak wysoka (zresztą grała tą postać wcześniej sporo niższa Naomi Watts).

  4. Quentin

    6 dla Nolana to dużo niższa ocena niż np. 6 dla „The Old Guard” :). Nie przepadam, bo w każdym filmie jest tak samo zimna, co sprawia wrażenie, że gra jedną miną. Na Dianę jest zdecydowanie zbyt wysoka, ale nie po to kino ma swoją tzw. magię, żeby czegoś z tym nie zrobili. Odpowiednio sfilmują, skadrują i będzie git. Choć w „Tenet” nikomu nie chciało się w to bawić i wygląda zabawnie, gdy rozmawia z „konusem” Washingtonem. Jako partnerki Toma Cruise’a jej nie widzę :)

  5. Czemuś napisał o Tomie Cruise, teraz oczami wyobraźni widzę ją w kolejnej części Mission Impossible, obok Kirby i Fergusson:)

    Choć wiadomo że to się nie stanie, bo wszyscy w filmach Cruise’a nie mogą go przewyższać wzrostem, jedynie dorówywać, tylko wysoka Nicole Kidman miała to szczęście że grała z Tomem i jakiś czas mu to nie przeszkadzało, że jest od niej niższy (wiadomo miłość na Tomka tak wpłynęła).

  6. Quentin

    Niedawno powtarzałem „Za horyzontem” i nie widać tej różnicy wzrostu. Magia kina 😉

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.