To, It (2017), reż. Andy Muschietti.
To, It (2017), reż. Andy Muschietti.

To. Recenzja filmu It według powieści Stephena Kinga

Jak wyrok śmierci brzmiało do tej pory określenie: „ekranizacja książki Stephena Kinga”. Parę wyjątków potwierdzających regułę się zdarzyło – lista moich ulubionych ekranizacji prozy Kinga jest TUTAJ; skompilowana dawno temu, ale wiele się od tej pory nie zmieniło; nie, nie ma na niej Zielonej mili, bo jej nie lubię – ale przeważnie kończyło się na mniejszej lub większej kiszce. Nie będę trzymał w niepewności, bo i tak już w piątek chwaliłem na Q-Fejsie: To w reżyserii Andy’ego Muschiettiego zadało kłam tej kiszkowej teorii i wyszło zacnie. Wydawało się już po zwiastunach, że jest nadzieja, ale co innego trailer, a co innego film. Na szczęście jest w tej historii happy end, a właściwie to happy middle. Recenzja filmu To, It (2017), reż. Andy Muschietti.

O czym jest film To, It (2017)

Derry, nudne miasteczko gdzieś w stanie Maine. Od czasu do czasu zaginie tu jakieś dziecko, ale poza tym nie dzieje się nic, a w kinie grają Zabójczą broń 2 i nowego Batmana. Jest bowiem rok 1989 i Freddy Krueger zdążył się już doczekać piątej części. Złożony przeziębieniem Bill Denbrough (Jaeden Lieberher) w przerywanej niepokojącą muzyką fortepianu matki ciszy swojego pokoju buduje papierowy okręcik dla swojego młodszego braciszka Georgiego. Wysyła młodego do piwnicy po parafinę, impregnuje stateczek i żałuje, że nie może pójść z braciakiem zwodować tegoż okręciku. A aura do takiej zabawy jest wymarzona. Od kilku dni padają deszcze, a ulice Derry zamieniły się w rwący strumyk. Bill nie wie, że nie będzie miał już okazji pobawić się z bratem, bo chłopiec nigdy nie wróci już do domu żywy. Zaczepiony przez upiornego klauna Pennywise’a (Bill Skarsgård) straci nie tylko rączkę, ale i życie. No ale cóż, trzeba żyć dalej. Mija trochę czasu, w domu Denbroughów nadal żałobne klimaty, ale jest lato i Bill coraz częściej wychodzi z domu, by spędzić czas z przyjaciółmi. Przygotowującym się do bar micwy Stanem Urisem (Wyatt Oleff), wyszczekanym Richie’em Tozierem (Finn Wolfhard) oraz hipochondrykiem Eddie’em Kaspbrakiem (świetny Jack Dylan Grazer, najlepszy z całej zgrai). Nie wałęsa się jednak bez celu po okolicy, ale wciąż ma nadzieję na odnalezienie braciszka żywego. Wkrótce do ekipy dołącza rudowłosa Beverly Marsh (Sophia Lillis), otyły Ben Hanscom (Jeremy Ray Taylor) i czarnoskóry Mike Hanlon (Chosen Jacobs). Wszyscy nie dość, że muszą zmagać się z nękającymi ich starszymi uczniami pod wodzą diabolicznego Henry’ego Bowersa (Nicholas Hamilton), to jeszcze za chwilę odkryją, że z ich rodzinnym, nudnym Derry związana jest mroczna tajemnica sięgająca korzeniami przynajmniej dwustu lat wstecz.

Recenzja filmu To, It (2017)

Wyreżyserowany przez Muschiettiego To nie jest jedynie kolejną ekranizacją prozy Kinga (i przy okazji drugą samego To, wcześniej był jeszcze miniserial telewizyjny), ale przede wszystkim ekranizacją mojej ulubionej książki Stephena Kinga, a kto wie, czy nie ulubionej książki w ogóle. W związku z tym ryzyko zawodu było spore, choć nadzieję dawały już ww. zwiastuny zapowiadające coś w końcu trafionego w punkt. Sfotografowane przez nadwornego operatora Chan-wooka Parka, Chung-hoona Chunga wyglądały ładnie dla oka, co dodatkowo zwiększało nadzieję na sukces, z którą wybrałem się do kina jak najszybciej się tylko dało. I nie pożałowałem, dostałem, co chciałem!

To jest ekranizacją nie tylko udaną, ale i bardzo udaną. Nie napiszę z pełnym przekonaniem, że w pełni oddającą na ekranie to, co czuje czytelnik w trakcie przygody z książką, bo tak nie jest, ale i raczej być nie mogło zważywszy ogrom materiału. I nie pomaga fakt, że To, które od piątku w kinach, to zaledwie rozdział pierwszy historii, która swój epilog znajdzie za niecałe 30 lat u bohaterów filmu, a u nas miejmy nadzieję, że wcześniej. Sukces kasowy już jest, więc nadzieja na to jest spora.

Pisząc o To, It (2017) nie wolno zapominać, że jest on ekranizacją ponad tysiącstronicowej powieści podejmującej tak dużą ilość mniejszych wątków, że można by ją śmiało okeślić przeglądem twórczości Kinga wciśniętej w jedną książkę. Gdyby Muschietti do spóły ze scenarzystami – Chase’em Palmerem, Carym Fukunagą i Garym Daubermanem – porwał się na wierną ekranizację tego dzieła, pewnie do teraz siedziałbym jeszcze w kinie. Z tego powodu konieczne było okrojenie To do sedna i nie zatrzymywanie się za długo na inne rzeczy. I gdyby mnie ktoś zapytał, to powiedziałbym, że tak, filmowe To zostało okrojone w sposób umiejętny, ale nie sposób nie zauważyć, że wszystko, co ewentualnie tu złe, wynika właśnie z tego okrojenia.

Muschietti skupił się w swoim filmie na nastoletnich bohaterach (świetnie zagranych; zrobiłem sobie takie małe ćwiczenie wyobraźni i wyobraziłem w tych rolach polskich dziecięcych aktorów… warto to zrobić, żeby jeszcze bardziej docenić ich amerykańskich kolegów) i ich strachach. Z tego względu historia Tańczącego Klowna i Derry jest gdzieś głęboko w tle jedynie sygnalizowana co jakiś czas. Może to przeszkadzać, bo właściwie podczas jednego posiedzenia na ławce bohaterowie rozkminiają całą „aferę”, i jest głównym powodem do stwierdzenia, że lepiej przed seansem książkę Kinga przeczytać. Ale i nie jest tak, że bez jej znajomości w kinie stanie się nam krzywda. Ot zadamy trochę więcej pytań. Asiek, z którą byłem w kinie, zastanawiała się na przykład co to za klucz nosi na szyi Beverly, ale obawiam się – albo moja pamięć już szwankuje – że nawet w książce nie znajdzie satysfakcjonującej odpowiedzi.

Idea Zła przekształcającego się z łatwością w akurat to, czego boją się wkrótce-nastolatkowie, daje reżyserowi duże pole do popisu w scenach rodem z horroru, którym przecież To jest, i Muschietti korzysta z tej możliwości pełnymi garściami. Pełnych napięcia atakujących znienacka miniscenek jest tu dużo i na nich reżyser filmu nie oszczędza. Trędowaci, nawiedzone domy, dziwne kobiety z obrazów czy znana też z Carrie tego samego książkowego autora krwawa metafora miesiączki wypełniają To (2017), które jednocześnie z łatwością przekształca się z rasowego horroru w film o małolatach rodem z Kina Nowej Przygody. BMX-y i wulgarne żarty to ich codzienność, co w drugim przypadku jest dodatkowym atutem To. Rany, dzieciaki przeklinają! Niby nic, a cieszy. Więcej, dzieciakom wolno odgryźć tu rączki! Choć nadal to jedynie drugie, a może i trzecie tło ustępujące nostalgicznej historii o dojrzewaniu i walce ze swoim strachem, w której dorośli są jedynie niemymi obserwatorami, a w najlepszym wypadku źródłem tych strachów. Cóż, nie od dzisiaj wiadomo, że dorośli nic nie rozumieją, a w To nie rozumieją jeszcze bardziej.

Świetny w sumie epizodycznej roli jest Bill Skarsgård w roli Pennywise’a. Nie będę porównywał go do kreacji Tima Curry’ego we wcześniejszej ekranizacji, bo zwyczajnie jej nie pamiętam, ale należą mu się zasłużone brawa. Szczególnie pierwsze z nim spotkanie robi wrażenie, jakie potem trudno mu już powtórzyć. Sposób, w jaki intonuje swoje kwestie – mistrzostwo świata.

Nie jest od piątku tajemnicą, że To oceniam na Dychę, bo mnie nie zawiodło i jest filmem, jakiego dawno w kinie nie było. Jednocześnie nie jest to Dycha dana całkowicie bez zastrzeżeń. W połowie filmu tempo nieco już siada, a wydarzenia zbyt szybko lecą do przodu. Henry Bowers bez słowa wytłumaczenia jest wyjątkowo wrednym nastoletnim skurczysynem, co może budzić sprzeciw widzów, którzy nie znają książki. Podobnie dodany na siłę wydaje się wątek Mike’a i jedyna chyba zupełnie niepotrzebna scena z owcą. Za to rudowłosa Beverly jest równie śliczna co w książce i gdyby ktoś miał ochotę narzekać, to wystarczy sobie na nią popatrzeć i zapomni się to, co złe.

Listę niedociągnięć uzupełniłbym tym, że w filmowym Richiem jest stanowczo za mało Richiego oraz przekonaniem, że gdzieś tam po drodze nie do końca został wykorzystany ten klimat lat 80., w który przenieśli się książkowi bohaterowie. Akcja filmu równie dobrze mogłaby się rozgrywać dzisiaj i niewiele by się zmieniło. Weźmy np. taką scenę w salonie gier, w której zupełnie nie ma klimatu salonu gier. Mimo tego wszystkiego nowe To jest świetnym kinem, które przed drugą częścią uczty mam nadzieję, że zaserwuje jakiś podwieczorek w postaci wersji reżyserskiej. To pierwszy film od dawna, na który mam ochotę przejść się raz jeszcze do kina.

(2287)

Jak wyrok śmierci brzmiało do tej pory określenie: "ekranizacja książki Stephena Kinga". Parę wyjątków potwierdzających regułę się zdarzyło - lista moich ulubionych ekranizacji prozy Kinga jest TUTAJ; skompilowana dawno temu, ale wiele się od tej pory nie zmieniło; nie, nie ma na niej Zielonej mili, bo jej nie lubię - ale przeważnie kończyło się na mniejszej lub większej kiszce. Nie będę trzymał w niepewności, bo i tak już w piątek chwaliłem na Q-Fejsie: To w reżyserii Andy'ego Muschiettiego zadało kłam tej kiszkowej teorii i wyszło zacnie. Wydawało się już po zwiastunach, że jest nadzieja, ale co innego trailer, a co innego…

Czas na ocenę:

Ocena: 10

10

wg Q-skali

Podsumowanie: Grupka małolatów z nudnego, amerykańskiego miasteczka staje oko w oko z przedwiecznym Złem, które żywi się ich strachem. Jedna z najlepszych ekranizacji prozy Stephena Kinga (co nie było trudne) i jeden z najbardziej klimatycznych pod różnymi względami filmów 2017 roku.

23 odpowiedzi

  1. frank drebin

    Panie Q, na pańskiej liście brakuje znakomitego filmu :Dolores Claiborne”. Znakomity film, znakomite aktorstwo. Polecam.

  2. Quentin

    Nie urzekły mnie. Ani film, ani książka. Dwa razy Kathy Bates u Kinga nie przeszła.

    Ciekaw teraz jestem jak będzie z Grą Geralda. Książka nie urzekła mnie jeszcze bardziej.

  3. Trochę przedobrzyłeś z oceną. Dobry film, ale bez przesady, hype wokół niego trochę przesadzony, choć na tle mainstreamowych horrorów wyróżnia się na pewno (ale to, nie oszukujmy się, żaden wyczyn). Muschietti jednak momentami za bardzo idzie w hororrowe klisze, a czasami w tym straszeniu zdałoby się więcej subtelności.

  4. Quentin

    Hype wiadomo, nakręcany przez marketing, więc siłą rzeczy przesadzony, bo ani nie jest to najlepszy film na świecie, ani nie jest to niezapomniane kino, a czasem można by odnieść wrażenie, że tak to wynika z tych wszystkich zachwytów. Jednakowoż mam hype w dupie ;).

    Dopiero by ludziska gadali, że film wcale nie jest straszny, gdyby było jeszcze subtelniej :). Tak źle tak niedobrze, ludziom nie dogodzisz. Tak czy siak alergicznie reaguję na wszystkie zarzuty pod tytułem „myślałem, że będzie bardziej straszny” (nie, żeby to był Twój zarzut, tak ogólnie mnie naszło) powtarzające się zresztą przy każdym horrorze, na który by nie wskazać palcem. Koronny argument: łeee, bekę miałem, to miało być straszne?. Wg mnie w pewnym wieku liczenie na film, że nas przestraszy nie ma już żadnego sensu i w przypadku horroru spada to na enty plan, a zaczynają się liczyć inne rzeczy, które horror, jako współczesna baśń ma do przekazania pod tą warstwą strachów. I tutaj „To” sprawdza się bardzo dobrze, choć oczywiście nie tak dobrze jak książka, która nawiasem mówiąc też straszna nie jest. Zresztą jak to u Kinga, nie o strachy na lachy w tym wszystkim chodzi.

    Dycha, pewnie, przesadzona, ale która Dycha nie jest. W przypadku tej oceny obiektywizm też już schodzi na drugi plan.

  5. A czy ja się czepiam, że nie straszny? :) Raczej że to straszenie kliszowe i takie na siłę (co chwila jakaś maszkara wyskakuje, przestaje to wrażenie robić, albo jak krew tryska z umywalki to tyle co w „Evil Dead II” :D). Poza tym lata 80. za mało klimatyczne jednak i z wpadkami typu grubasek we współczesnym t-shircie.

  6. Quentin

    No toć napisałem, że się nie czepiasz :). Z pewnością, dało się to zrobić jeszcze lepiej.

  7. właśnie z niego wróciłem i jestem totalnie zawiedziona. dla mnie to wielka porażka, dno kompletne i żenada… bardziej się uśmiałem, niż bałem na tym filmie. to najgorzej wydane pieniądze na kino ever…

  8. A co było nie tak z tym filmowym Richie’m?
    Jak dla mnie genialna rola Wolfharda tak jak w Stranger things.

  9. Quentin

    Zdecydowanie mógł poudawać więcej różnych głosów, w ogóle powinni to jakoś ograć, żeby było wiadomo, że ma taki talent, a z samego filmu to nijak nie wynika. Wiadomo, ograniczenie czasowe, trzeba było z czegoś zrezygnować (z tego powodu doszło też np. ni z gruchy ni z pietruchy rzucone beep beep Ritchie), ale mnie tego brakowało.
    Do Wolfharda nic nie mam, bardziej do autorów filmu.

  10. Ok, rozumiem. Według mnie „Beep beep” Ritchie było czadowe :)

  11. Przecież ten koleżka ze „Stranger Things” był aktorsko najmniej ciekawy z całej tej dzieciarni. Ktoś mu w ogóle powiedział, że gra w innym filmie? 😛 Ritchie w wersji z 1990 był fajniejszy.

  12. Jak chcesz, ja uważam że był bardzo dobrym Richiem, i to była zupełnie inna rola niż ta ze Stranger Things. Dzieciak ma talent

  13. Quentin

    Mike był najsłabszy i Stan, ale to może dlatego, że nigdy go nie poważałem („był, a jakoby go nie było”), zaraz po nich Ritchie.

    Ale, każdy zrobił swoje, wystarczy popatrzeć na Wojtusia z „M jak Miłość” :)

  14. Co Ty u diabła oglądasz? 😛

  15. Film jest naprawde genialny, ale jeśli już sie gdzieś przyczepić to na pewno nie do dzieciaków. To właśnie dzięki „Klubowi Frajerów” film tak miło sie ogląda. Wiadomo, dla niektórych Mike bedzie słaby dla innego nie… ale powiem wam jedno…
    Aktorzy z „To” 1990, nie tylko dzieci dorośli też, do pięt nie dorastają do tych z tego roku. Te z ’90 to kartonowe plastusie z talentem aktorskim wyniesionym z reklamy płatków śniadaniowych,
    A obsada z 2017 to klasa, talent i profeska

  16. Quentin

    Nie nazwałbym tych naszych uwag – a przynajmniej moich :) – czepianiem się. Ot takie tam ten lepszy, ten gorszy i tyle. Na pewno daleko jestem od stwierdzenia, że gdyby obsada była lepsza to by i cały film był lepszy. Bo dokładnie tak jest jak piszesz, że też dzięki kreacjom dzieciarni nowe „To” jest fajowe.

    Ale wiadomo, zawsze może być lepiej i zawsze wobec tego będzie punkt zaczepienia do „czepiania się” :).

  17. Nie chodziło mi o to że ty, sie czepiasz :), chodziło mi raczej w pojęciu ogólnym – gdyby już ktoś chciał sie czegoś uczepić…
    Z twojej recenzji jasno wynika że odbierasz film pozytywnie, dzieciaki też, więc prawidłowo dobry człowieku. Nie zgadzamy sie tylko w kwestii Ritchiego ale to już omówiliśmy :)

  18. Quentin

    Zatem można się napić :)

  19. Bardzo podobał mi się film, dawno tak dobrze nie bawiłam się w kinie. Nie czytałam książki i mam tylko jedna uwagę coś co może przeszkadzało tylko mi. Dziewczyna grająca Beverly jest śliczna. Jest zajebiście śliczna a w niektórych scenach jest nawet podniecajaca. I nie mogłam tego przeżyć jak mocno seksualizowana jest aktorka która wciela się w jej rolę. Zastanawiam się czy tylko ja miałam takie poczucie dyskomfortu. Rozumiem ze jej wątek o to się opiera -o przemoc seksualna i jej własne dorastanie ale na tle chłopców wyglądających jak małe dzieci było to dla mnie aż niepokojące.

  20. Quentin

    Seksualność Beverly wynika z całkowicie pominiętego książkowego wątku, który nie przeszedłby raczej w żaden sposób na dużym czy jakimkolwiek ekranie. To zresztą musiał być dla autorów filmu twardy orzech do zgryzienia, bo erotyczna fascynacja bohaterów książki pod adresem Bev to zbyt ważny wątek dla książki, by go pominąć. Jasne, mogli to wszystko pokazać mniej odważnie, ale raz wydaje mi się, że za bardzo można na to patrzeć, by dostrzec to, co chce się zobaczyć (a niby co złego w erotycznej fascynacji małolata koleżanką), a dwa pewnie też z tego wynika fakt, że wybrano do tej roli dziewczynę wyglądającą na starszą od reszty bandy (choć to równolatkowie). Na pewno na etapie realizacyjnym musiano sobie zadać wiele trudnych pytań i wybrano odważny kierunek, choć przy książce to jednak pikuś.

  21. A ile oni tak właściwie mieli lat, bo w starszej wersji chyba 12, a tu niby 13, o ile dobrze zapamiętałem… a w oryginale książkowym?
    BTW, jak koleżance przeszkadza seksualizacja 14- czy tam 15-latki grającej 13-latkę, to celem uniknięcia szoku nie polecałbym studiowania kariery niejakiej Katji Bienert, ulubienicy Jesusa Franco, której dziwnym trafem Romek Polański nigdy nie zatrudnił do filmu, ale może za dojrzale wyglądała. ;))))

  22. Quentin

    W książce jakoś 11-12, podobnie w każdym razie, ale ciut mniej niż w nowym filmie.
    Co do Sophii Lillis to ona faktycznie na tle tych szczawiów z filmu wygląda na parę lat starszą. Zdziwiłem się, że ona z chłopakami jest w rzeczywistości w zasadzie równolatką. No ale cóż, dziewczyny szybciej dojrzewają :).

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.