×
Martwe zło: Ogień (2026).

Martwe zło: Ogień. Recenzja filmu Evil Dead Burn

Mundial ma się ku końcowi, można wrócić do rytmu jednej recenzji na trzy tygodnie, bo wstyd robić dłuższe przerwy. Na powrót po piłkarskiej dawce recenzji, szósta odsłona serii Martwe zło, którą polecam łapać w kinie, bo jest bardzo przyjemna. Recenzja filmu Martwe zło: Ogień.

O czym jest film Martwe zło: Ogień

Źle się dzieje w domu państwa Price, a z ich domem też bardzo źle się dzieje. Podupada po dawnej świetności, co tylko zostaje uwypuklone żałobą po śmierci młodego Willa. Will Price z powodzeniem prowadził restaurację i kupował w prezencie pióra warte więcej niż tysiąc dolarów, ale już go nie ma. Zginął po pijaku w wypadku samochodowym, a jego najbliżsi zbierają się w rodowej rezydencji podczas stypy. Nie wygląda jednak na to, żeby żarcie z rozmrożenia miało zjednoczyć pozostałych przy życiu Price’ów. Nie dość, że jego najbliższym jest nie po drodze z francuską małżonką Willa, Alice (Souheila Yacoub), to jeszcze jego ojciec, Edgar (Erroll Shand), nie najlepiej wygląda i zachowuje się jak opętany. Być może to porównanie na wyrost, a być może rzeczywiście Edgar słyszy głosy każące mu się zabić, a jeszcze lepiej pokazać, gdzie schowany został kandariański sztylet. Bo wiecie, z jeziora, po zamordowaniu dwóch wędkarzy, wyszło coś, co obudzone zostało pradawną inkantacją. Kanda, Estratta, Montossé…

Zwiastun filmu Martwe zło: Ogień

Martwe zło – rys historyczny

Na pewno nie jestem jakimś zagorzałym fanem serii Martwe zło, by znać ją na pamięć i bezbłędnie wyłapać wszystkie nawiązania w najnowszej odsłonie serii, ale tak sobie myślę, że to właśnie ona spełnia dla mnie te wszystkie funkcje, co dla innych uniwersa takie jak Gwiezdne wojny. I myślę, że ciężko byłoby mi znaleźć czterdziestopięcioletnią franczyzę, która bardziej towarzyszyłaby mi przez całe moje filmowe życie niż Martwe zło.

Na pewno pisałem o tym więcej niż raz, ale skoro ja nie pamiętam, to Wy na pewno też nie pamiętacie. Z cyklem zetknąłem się więc po raz pierwszy przy okazji którejś edycji katalogu The Best of Video. Zapewne ’93. Opisane były w nim krótko wszystkie – tak sądziłem – powstałe kiedykolwiek filmy. Dwa zdania fabuły, coś o samym filmie – nieprzypadkowo moje filmowe podsumowania wyglądają tak, jak wyglądają. No i o dwóch częściach filmu Raimiego było w nich zdecydowanie więcej niż o 95 proc. innych filmów. Że zdefiniował gatunek i inne pochwały, których przecież nie pamiętam już teraz i zmyśliłem to zdefiniowanie. I to była cała moja wiedza na ten temat, bo kiedyś nie wchodziło się na streaming i nie oglądało filmu. Trzeba było… nawet nie pokombinować, bo nie było jak kombinować. Pierwszych wypożyczalni kaset jeszcze nie było, a na giełdzie brało się to, co było, a nie to, co by się chciało wziąć. Zaznaczyłem więc w katalogu Martwe zła (a w sumie to nie wiem, czy tam figurowały właśnie jako Martwe zło) dwoma plusikami, jak zwykłem przy filmach, które zainteresowały mnie tam najbardziej. I tyle. Więcej się nie wydarzyło do czasu, aż kolega Andrzej, koleżka o opinii satanisty, która raczej nie miała nic wspólnego z rzeczywistością, pożyczył mi kasetę z co najmniej już szóstą kopią Martwego zła 2. Księga Umarłych, Necronomicon, nikomu nie mów, że to mam – no ciekawe, skąd opinia o koledze Andrzeju. Obejrzałem więc podekscytowany i cóż tu się rozpisywać – klimatu tamtych seansów już się nigdy nie odtworzy.

Na obejrzenie pierwszej części chyba czekałem już krócej, ale wciąż pozostawało mi liczenie na łut szczęścia, bo to nie było tak, że obejrzało się dwójkę i dobra, to teraz porównajmy to sobie z jedynką. Nawet jeśli zaczęły pojawiać się pierwsze wypożyczalnie, to miały bardziej nowe filmy niż jakieś stare horrory. Nawet te definiujące horror. Nie były to te Video Archives, w których wykuwały się Quentiny Tarantiny. Gdzie więc dorwałem jedynkę? A puszczali w Kinie Nocnym na Jedynce, opowiadałem już pewnie sto razy. Był tylko jeden kłopot. Akurat tamtej soboty (a może to był piątek, nie pamiętam) nie było mnie w domu, bo z licealną klasą pojechaliśmy na kilka dni do harcerskiego obozu w lesie (no trudno o lepszą miejscówkę niż las nocą na premierę Martwego zła), z dala od telewizji. „Trzeba se było włączyć na komórce!” – też w tym przypadku nie działało. Działało natomiast nastawianie nagrywania w magnetowidzie i trzeba było tylko powiedzieć rodzicom, żeby nic nie ruszali, bo będzie się nagrywać. Tamtego dnia, o ile mnie pamięć nie zawodzi, najpierw Miliony Brewstera, potem Martwe zło.

Z Armią ciemności nie było już takich hocków-klocków. Na czas pojawiła się w wypożyczalniach, bo rynek już działał. Tak samo jak do dzisiaj działa seria Martwe zło, która po raz pierwszy wystraszyła kinomanów hen, w 1981 roku, a mnie pewnie jakieś 8-9 lat później dopiero.

Recenzja filmu Martwe zło: Ogień

45 lat później Martwe zło ma się bardzo dobrze. Nawet lepiej niż w okolicach bardzo przyzwoitego przecież Martwe zło: Przebudzenie sprzed trzech lat. Również dlatego, że robi coś jeszcze, oprócz zapewnienia spodziewanej po tej franczyzie formy rozrywki – w umiejętny sposób łączy też wszystkie dotychczasowe filmy tego uniwersum w jedną całość. Przy jednoczesnym zachowaniu samodzielności na tyle, że w film bez problemu wejdzie ktoś, kto nigdy do tej pory nie widział ani jednego filmu cyklu. Jest opętana rodzina, która i bez opętania ma sobie do wyjaśnienia więcej, niż widać to na pierwszy rzut oka. Zamknięta w ogromnej, sypiącej się rezydencji będzie starała się przetrwać do rana, co nie będzie proste, gdy sami sobie stopniowo zaczynają być śmiertelnymi wrogami. Łapcie kubełek z popcornem, bo zaraz będą gęsto rzygać i oblizywać z resztek jedzenia wyjęte prosto z ust starowinki protezy zębowe. Smacznego.

Horror ma się obecnie chyba lepiej niż kiedykolwiek się miał, a nowe Martwe zło jest tego kolejnym dowodem. To nie nakręcona za drobne przez jutubera produkcja na ćwierć miliarda wpływów, ale jego średniobudżetowa odsłona, która może i nie zarobi tyle, ale udowadnia, że nie ma co ładować w filmy ponad 100 milionów dolarów, kiedy można wziąć się za horror i widzowie też będą zadowoleni. Jest to więc kolejny tytuł, który należy dodać do coraz dłuższej listy bardzo fajnych horrorów, jakie przewinęły się przez ekrany w ostatnim czasie i lepiej ratują tzw. doświadczenie kinowe i box-office’y niż komiksiaki za pierdylion. I dobrze reprezentuje różnorodność tego gatunku, stawiając tym razem na wysokojakościowe gore, na które nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien dawać 20 milionów dolarów, żeby powstał film o lasce z piłą obrotową, czy jak ją tam nazwać. Tę piłę, a nie laskę. Dziękujemy, że ktoś za to zapłacił.

Nie ma drugiego takiego gatunku, który jak horror potrafi przy niewielkim nakładzie zaprezentować taką różnorodność podgatunków. Nic dziwnego, że producenci go lubią, bo wydaje się też być prosty logistycznie, przez co nadal tani. Weźmy takie Martwe zło: Ogień. Cały film właściwie w jednej lokacji z szóstką aktorów. Zamykamy się w studiu na miesiąc i cyk, mamy film.

No i owszem, nadrzędną wartością dzieła Sébastiena Vanička jest to gore, jest ta makabra, ale nie zgadzam się z tym, co czytam tu i ówdzie, że nie daje nic więcej. Że fabuła i bohaterowie są tacyse i zapomina się o nich jeszcze w trakcie seansu. Nie no, pewnie, nie jest to Ingmar Bergman, ale też nie jest to bele jaki scenariusz, co najlepiej widać już w pierwszej scenie z głównymi bohaterami w klubie nocnym, w której w sprytny sposób zostaje zarysowana za pomocą dialogów dynamika między tymi bohaterami właśnie. Parę zdań i wiesz wszystko, co potrzebne do rozwinięcia dalszej akcji. Inna sprawa, że zaakcentowany tam krasz Alice na Josepha zostaje potem zapomniany na zawsze. Nie zmienia to faktu, że film dobrze i bez przynudzania przechodzi do konkretów, a wystarczy do tego jedna scena.

Jest więc Martwe zło: Ogień rasowym Martwym złem ze wszystkimi potrzebnymi temu cyklowi motywami i może tylko mniejszą dawką absurdalnego humoru, niż przyzwyczaiła nas do tego seria. Jeśli ten humor został tu zamknięty w piwnicy, to zapomniano przewiązać klapy łańcuchem i czasem wychodzi. Czasem, częściej, wychodzi tu też umiejętnie prowadzony dramat o rodzinnych traumach, ale spokojnie, nie da się nazwać tego dzieła dramatem psychologicznym. Dodaje to jedynie filmowi tej perspektywy, która nie pozwala spoglądać na Ogień tylko jako festiwal makabry.

Trochę w mojej opinii siadła miodność z oglądania w drugiej połowie seansu, a i po gore spodziewałbym się przynajmniej jakiegoś jednego bangiera, którego będziemy wspominać po latach. Stąd oczko niżej, niż pierwotnie zakładałem. Nie zmienia to faktu, że Martwe zło: Ogień spełnia się na wszystkich płaszczyznach, które sobie założyło, i teraz nie będzie raczej trzeba czekać na kolejny film serii 20 lat. I dobrze, bo nie wszyscy by dożyli.

Mundial ma się ku końcowi, można wrócić do rytmu jednej recenzji na trzy tygodnie, bo wstyd robić dłuższe przerwy. Na powrót po piłkarskiej dawce recenzji, szósta odsłona serii Martwe zło, którą polecam łapać w kinie, bo jest bardzo przyjemna. Recenzja filmu Martwe zło: Ogień. O czym jest film Martwe zło: Ogień Źle się dzieje w domu państwa Price, a z ich domem też bardzo źle się dzieje. Podupada po dawnej świetności, co tylko zostaje uwypuklone żałobą po śmierci młodego Willa. Will Price z powodzeniem prowadził restaurację i kupował w prezencie pióra warte więcej niż tysiąc dolarów, ale już go nie…

Ocena Końcowa

7

w skali 1-10

Podsumowanie : Rodzinna stypa w podupadającej rezydencji szybko zamienia się w krwawą walkę o przetrwanie, gdy na świat wychodzi pradawne zło. Film dostarcza soczystego gore, makabry i nawiązań do wcześniejszych odsłon, a przy okazji zgrabnie spina całe uniwersum, pozostając jednocześnie świetnym punktem wejścia dla nowych widzów.

Podziel się tym artykułem:

Skomentuj

Twó adres e-mail nie będzie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Quentin 2023 - since 2004