Gra Geralda, Gerald's Game (2017), reż. Mike Flanagan. Netflix.
Gra Geralda, Gerald's Game (2017), reż. Mike Flanagan. Netflix.

Gra Geralda. Recenzja filmu Gerald’s Game. Netflix

Trwa wysyp kolejnych ekranizacji powieści Stephena Kinga. To Andy’ego Muschiettiego trochę (no dobra, całkiem) popsuło moją nową teorię, że paradoksalnie spośród świeżych adaptacji Kinga, im gorsza książka, tym lepszy film. Telewizyjny Mr. Mercedes zdecydowanie lepiej wygląda na małym ekranie, podobnie jest z filmem Gra Geralda, który także został oparty na motywach nędznej książki. Recenzja filmu Gra Geralda. Netflix.

O czym jest film Gra Geralda

Gerald (Bruce Greenwood) i Jessie (Carla Gugino) Burlingame’owie docierają do położonej w środku lasu rezydencji, w której będą mieli święty spokój. Nic nie wskazuje na to, że oprócz bezpańskiego psa ktoś będzie ich niepokoił. Dobrze się składa, bo mają własne plany i nie potrzeba im towarzystwa. W małżeństwie Burlingame’ów coś się wypaliło i wypad za miasto ma sprawić, że rozbłyśnie na nowo. Gerald uważa, że małżeństwu potrzeba jest więcej pikanterii, stąd pomysł na perwersyjną sekszabawę, która rozpali w nich na nowo ogień pożądania. Ubrana w seksowną bieliznę Jess czeka już w łóżku na męża, a za chwilę pojawia się Gerald z kajdankami w ręku. Przykuwa żonę do łóżka i nakręca się coraz bardziej. Za bardzo. Jess szybko przestaje się podobać zaangażowanie męża i kategorycznie żąda, by ją uwolnił. Gerald byłby to i zrobił, ale niespodziewany zawał serca kończy jego życie na tym łez padole. Jess jest przerażona. Przykuta do łóżka nie jest w stanie się uwolnić. Krzyki po pomoc na niewiele się zdadzą, bo w promieniu mil nie ma żywej duszy. Jedyne szczęście w nieszczęściu, że tuż, tuż łóżka czeka szklanka wody. Nie będzie jednak prosto, by się do niej dostać. Nie mówiąc już o odzyskaniu wolności. Wkrótce nadchodzi zmierzch, a leżący na podłodze Gerald najwyraźniej jest smacznym kąskiem dla bezpańskiego psa włóczącego się po okolicy.

Recenzja filmu Gra Geralda

Ideałem w takiej recenzji byłaby jakaś próba powołania się na książkowy pierwowzór. Przykro mi, tutaj takiej próby nie będzie. Książkę Gra Geralda czytałem sto lat temu, gdy tylko pojawiła się u nas na półkach. Strasznie mi się nie podobała i odłożyłem ją na swoją półkę, gdzie leży po dziś dzień i nikt się nią nie interesuje. Powieść z jedną babą przykutą do łóżka i jej przemyśleniami zanudziła mnie na śmierć, a dodatkowo byłem pewny, że nikt nie będzie jej w stanie przenieść na ekran. I dobrze, po co światu kolejny filmowy potworek sygnowany nazwiskiem Króla Horroru?

Minęły lata i jednak znalazł się śmiałek, który szarpnął się na ekranizację książki Gra Geralda. Mike Flanagan, który błysnął przed laty Oculusem, zdążył już wcześniej udowodnić, że dobrze sobie radzi w kinie rozpisanym na dwóch aktorów (Hush), więc wydawało się, że na fotelu reżysera zasiadł właściwy człowiek na właściwym miejscu. Mimo to ugryźć książkowy pierwowzór nie było łatwo. Udało się dzięki bardzo prostemu mykowi w postaci głosów w głowie bohaterki „odgrywanych” przez Jessie 2 i Geralda 2. Ot takich diabełka i aniołka siedzących na ramionach nieszczęsnej kobiety. Interakcje między nimi wprowadziły do filmu potrzebną akcję, by nie był jedynie majaczeniem słabnącej kobiety na łóżku. I już wystarczyło na emocjonujący, 90-minutowy seans.

Ograniczenie do łóżka i bohaterki, która może wykonać jedynie określony zestaw ruchów sprawia, że nie jest Gra Geralda nieustanną feerią niespodziewanych rozwiązań i zwrotów akcji. Te pojawiają się co jakiś czas, wcześniej ciekawie rozważone przez „bohaterów” filmu. Cała reszta to głębsza niż samo uwolnienie się z pułapki analiza Jess i jej dotychczasowego życia. Wyborów, jakich dokonała i sytuacji, w jakich się znalazła. Thriller sytuacji bez wyjścia skutecznie zmieszał się w filmie Gra Geralda z kinem psychologicznym, co być może nie wystarczyło, by piać nad nim z zachwytu, ale nie zmienia to faktu, że to kawał porządnego kina. I jedna z najlepszych ekranizacji prozy Kinga. Uzupełniona efektownie makabrycznymi scenami z psem i jedną bardzo mocną sceną, w trakcie której niejednemu zrobi się słabo. No i czymś, co można uznać za zaskakujące zakończenie.

(2296)

Trwa wysyp kolejnych ekranizacji powieści Stephena Kinga. To Andy'ego Muschiettiego trochę (no dobra, całkiem) popsuło moją nową teorię, że paradoksalnie spośród świeżych adaptacji Kinga, im gorsza książka, tym lepszy film. Telewizyjny Mr. Mercedes zdecydowanie lepiej wygląda na małym ekranie, podobnie jest z filmem Gra Geralda, który także został oparty na motywach nędznej książki. Recenzja filmu Gra Geralda. Netflix. O czym jest film Gra Geralda Gerald (Bruce Greenwood) i Jessie (Carla Gugino) Burlingame'owie docierają do położonej w środku lasu rezydencji, w której będą mieli święty spokój. Nic nie wskazuje na to, że oprócz bezpańskiego psa ktoś będzie ich niepokoił. Dobrze się składa, bo…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: W wyniku zakończonej śmiercią partnera erotycznej zabawy, jego przykuta do łóżka żona musi znaleźć sposób na ratunek. Udana ekranizacja słabej powieści Stephena Kinga, tym lepsza, że powieść właściwie wydawała się nie do sfilmowania.

3 odpowiedzi

  1. To zakończenie jak dla mnie było totalnie przesadzone i nierealistycznie. Nie wiem czy to oryginalny wymysł Kinga, obstawiam ze tak, ale serio, nie dość, że kobicie padł facet, który przykuł ją do łóżka to jeszcze:
    – akurat nie zamknęli drzwi (uff, dobrze że nie zostawili włączonego żelazka albo co)
    – w pobliżu kręcił się akurat bezdomny wygłodniały pies
    (spoiler: )
    – w pobliżu kręcił się również akurat chory psychicznie i fizycznie miłośnik zwłok, który dziwnym trafem wyglądał jak ponury żniwiarz
    – zarówno on jak i pies jak tylko zobaczyli otwarte drzwi to weszli do środka, pomimo że pies niby bał się ludzi a „żniwiarza” bardziej interesowały miejsca w których szło znaleźć martwych, jak żywych
    (koniec spoilera)
    – kobita zaczęła mieć halucynacje już kilka godzin po przykuciu do łóżka (ciekawe co dotyka pasażerów samolotów przy kilkunastogodzinnych lotach?).
    OK, jak na coś co z założenia niespecjalnie nadaje się do ekranizacji, zwłaszcza kina przynajmniej częściowo rozrywkowego wyszło nawet nieźle. Chociaż z filmów u unieruchomionych ludziach „127 godzin” jednak od strony filmowej zdecydowanie ciekawsze. 😛

  2. Quentin

    W sumie mógłbym napisać coś w deseń „a po co zamykać drzwi na zadupiu” itp., ale w zasadzie po co :). No tak się akurat złożyło i już :P. Też byś pewnie nie uwierzył w film o kimś, kto został sparaliżowany, bo spadł na niego samobójca, a jednak zdarza się. No więc: zdarza się :).

    Dla mnie bez różnicy, kiedy zaczęły się halucki w sytuacji, gdy i tak wiadomo, że wystarczyło to załatwić napisem „dwa dni później”. Aż taki szczegółowy bym nie był, że olali. Plus czy ja wiem czy halucki. Nie gadasz nigdy sam ze sobą w myslach? :)

  3. Nigdy tak bym przestawał rozróżniać rzeczywistość od urojeń. 😛 Różne dziwne zbiegi okoliczności zdarzają się w życiu, ale ich nagromadzenie w jednym czasie nie jest zbyt prawdopodobne. O ile w każde z tych zdarzeń łatwo uwierzyć z osobna, o tyle razem… tego po prostu jest za dużo. Zwłaszcza jak na tak prostą i kameralną historię. :) Tak czy siak finał jakoś tak po łepkach…

    PS: Aczkolwiek przynajmniej nie zrobili błędu logicznego z „It comes at night”, gdzie pies wlazł do środka przez drzwi zamknięte na klucz. 😀

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.