Okja (2017), reż. Joon-ho Bong. Na zdjęciu: Jae Hyuk Lee / Netflix.
Okja (2017), reż. Joon-ho Bong. Na zdjęciu: Jae Hyuk Lee / Netflix.

Okja. Recenzja nowego filmu Joon-ho Bonga. Netflix

Gdyby Netflix wymyślono tylko po to, żeby południowokoreańscy twórcy mieli skąd czerpać fundusze na swoje filmy – warto byłoby go wymyślić. Szkoda, że południowokoreańskiej produkcji filmowej jest na Netfliksie wciąż mało, bo Okja potwierdza to, o czym od dawna wiadomo: warto w nią inwestować. Ale dobrze, że jest, bo choć kasy na filmy w Korei nie brakuje, to już z legalną dostępnością tych filmów jest dużo gorzej. Recenzja filmu Okja (2017). Netflix.

O czym jest film Okja

Lucy Mirando (Tilda Swinton) to szefowa międzynarodowej korporacji, która przejmuje firmę po swojej starszej siostrze i zamierza ocieplić jej wizerunek (firmy, nie siostry). A przy okazji wyeliminować problem głodu, z którym jej zdaniem wkrótce zacznie borykać się świat. W tym celu w laboratoriach firmy zostaje wyhodowanych kilkanaście sympatycznych zwierzaczków powstałych z odnalezionego i wyhodowanego bodaj gdzieś w Chile świniopodobnego zwierzątka. Zwierzątka, które ma zapewnić światu najlepsze z możliwych mięso. Póki co jednak małe zwierzaczki zostają wysłane do kilkunastu rolników na całym świecie, którzy za pomocą własnych metod podejmą się hodowli otrzymanych okazów. Ten, który wyhoduje najlepszą pod każdym względem nibyświnkę, dostanie nagrodę z rąk samego Johnny’ego Wilcoksa (Jake Gyllenhaal), znanego telewizyjnego zoologa i autora popularnych programów przyrodniczych. Jedno ze zwierzątek trafia do Korei Południowej, gdzie wyrasta na ogromnego sympatycznego stwora o imieniu Okja. Okja jest najlepszą przyjaciółką wnuczki rolnika Mi-jy (Seo-hyeon Ahn) i mimo rozmiarów dużej krowy, niemal zwierzątkiem domowym dziewczynki. Mi-ja nie wie, że wkrótce po Okję przyjadą wysłannicy Lucy Mirando, by zabrać ją z powrotem do należących do nich rzeźni. Gdy tak się staje, dziewczynka rusza w pościg za ukochanym zwierzątkiem, a pomaga jej w nim grupa zwariowanych miłośników zwierząt, która dzięki Okji ma zamiar pokazać światu, jaka prawda kryje się za zjadanym codziennie przez świat kotletem.

Recenzja filmu Okja

Próby mariażu południowokoreańskich filmowców z kinem hollywoodzkim było już sporo, ale póki co nie przyniosły żadnego spektakularnego sukcesu. Można gdybać, że odpowiedzialnym za to jest przede wszystkim hollywoodzki sposób kręcenia filmów, gdzie w mainstreamie nie ma miejsca na reżyserską samowolkę i wszystko jest kontrolowane przez tabelki, badania focusowe, PG-13 i wszystkie te inne rzeczy, które obrzydzają kino. A koreańscy filmowcy do tego nie przywykli, bo u siebie nie muszą przejmować się takimi pierdołami. Chcą pokazać ćwiartowanie w kinie familijnym, to pokazują. Wobec powyższego Joon-ho Bong, reżyser takich hitów jak Zagadka zbrodni i The Host, jest chyba jedynym koreańskim twórcą, który z takiej współpracy z Zachodem wychodzi z tarczą. Jego wcześniejszy Snowpiercer był co prawda koreańską produkcją z zachodnimi aktorami, ale można go od biedy uznać za prawie-amerykański film, a wyprodukowana przez Netflix Okja to kolejny krok na drodze do udanego połączenia dwóch światów. W końcu powstał film, w którym południowokoreańskiemu twórcy ktoś zaufał i za bardzo mu nie przeszkadzał.

W efekcie dostaliśmy poruszający film podejmujący mocno aktualną tematykę bliską każdemu obrońcy zwierząt i wegetarianinowi. A osoby z drugiej strony barykady zmuszający do przemyślenia pewnych spraw i z pewnością nie pozostawiający obojętnym, niezależnie od późniejszych wniosków. Wszystko dzięki prostemu pomysłowi na fabułę, w której centralną postacią jest nowy gatunek zwierzaka, którego przekleństwem jest fakt, że może z powodzeniem wykarmić przez rok całą rodzinę. Przy okazji jest też sympatyczną kilkutonową przytulanką, która przypomina słodkiego pieska, którego każdy chciałby przytulić. Takie uczłowieczenie przyszłego kotleta jest murowanym sposobem na wywołanie u widza spodziewanej reakcji i refleksji, a gdy film wchodzi w kulminacyjną fazę, trzeba być gotowym na kino, którego nic nie zapowiada.

Nie zapowiada, bo przyzwyczajeni do hollywoodzkich filmów domyślamy się, że nie wszystko będzie tak słodkie jak w pierwszej, niemal familijnej części filmu, w której oglądamy sobie malownicze krajobrazy Korei i towarzyszymy Okji i Mi-ji we wspólnych zabawach. Domyślamy się, ale czujemy, że wszystko będzie dobrze – trochę pościgów, ze dwie wzruszające sceny i finał. Tyle, że nie jest to hollywoodzki film i mający artystyczną swobodę Bong dobrze to wykorzystuje prowadząc bohaterów w stronę horroru, który nie wszyscy będą w stanie przetrwać.

Tym sposobem mamy do czynienia z niepowtarzalnym filmem – rany, w końcu jakiś oryginalny pomysł na fabułę! – który może i momentami za bardzo gubi się w familijności i nieporadnym humorze, ale skutecznie dąży do ostatecznego celu i wyraźnego przedstawienia założonej przez reżysera tezy. Nie byłoby tego, gdyby Okja był zbyt łopatologiczny, ale udało się Bongowi uniknąć i tej pułapki. W uczłowieczeniu Okji nie poszedł zbyt daleko, a wszelkie dowody na to, że nie jest to jedynie bezmyślny kotlet schabowy są subtelne, ale zarazem wyraźne. Z pyska tego komputerowego zwierzaka można wyczytać wiele i nie zawsze są to miłe konkluzje. Szczególnie w kontraście z naprawdę obrzydliwymi ludźmi, jakich tu nie brakuje.

Bo że to bardzo dobrze nakręcony film to nie będę pisał. W końcu w Korei Południowej nie ma źle nakręconych filmów.

(2265)

Gdyby Netflix wymyślono tylko po to, żeby południowokoreańscy twórcy mieli skąd czerpać fundusze na swoje filmy - warto byłoby go wymyślić. Szkoda, że południowokoreańskiej produkcji filmowej jest na Netfliksie wciąż mało, bo Okja potwierdza to, o czym od dawna wiadomo: warto w nią inwestować. Ale dobrze, że jest, bo choć kasy na filmy w Korei nie brakuje, to już z legalną dostępnością tych filmów jest dużo gorzej. Recenzja filmu Okja (2017). Netflix. O czym jest film Okja Lucy Mirando (Tilda Swinton) to szefowa międzynarodowej korporacji, która przejmuje firmę po swojej starszej siostrze i zamierza ocieplić jej wizerunek (firmy, nie siostry).…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Podsumowanie: Młoda dziewczyna rzuca rękawicę potężnej korporacji, która chce przerobić jej ukochane zwierzątko na kotlety. W końcu udane połączenie zachodnich pieniędzy z południowokoreańskim spojrzeniem na kino. Familijna do czasu Okja łapie za serce i wywraca na drugą stronę.

4 odpowiedzi

  1. Mój jedyny poważny zarzut to zbyt slapstickowa postać Gylenhaala (czy jak to się pisze:P), cała reszta świetna. Póki co, obok „Brimstone” jeden z najciekawszych filmów AD 2017, ale trochę i szkoda, że produkcja na tym poziomie omija kina, w których z kolei możemy zobaczyć niejeden chłam. :(

  2. Coś widziałem w tym filmie znajomego – dopiero pod koniec zdałem sobie sprawę, że to Steven Yeun.

  3. Quentin

    @Koper
    Mnie Gyllenhaal nie przeszkadzał, nagły brak sławy odbiera rozum, widzę to na co dzień przyglądając się pracy Aśka :). Moje zastrzeżenia idą bardziej w kierunku trochę zbyt lekko potraktowanych aktywistów, choć zdaję sobie sprawę, że wcale przerysowani nie byli. No ale nie przepadam za Paulem Dano :).

    @PiotrB
    Dla mnie było zaskoczeniem, że płynnie mówi po koreańsku. Choć w sumie nie mam pojęcia, dlaczego mnie to zaskoczyło :).

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.