Smoleńsk (2016), reż. Antoni Krauze. Na zdjęciu Lech Łotocki w roli prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Smoleńsk (2016), reż. Antoni Krauze. Na zdjęciu Lech Łotocki w roli prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Smoleńsk. Apolityczna recenzja filmu Antoniego Krauzego

Najbardziej oczekiwany polski film ostatnich lat (z tych czy innych względów) w końcu trafił do polskich kin. Po wielu przygodach, dokrętkach, szukaniu inwestorów Smoleńsk został oddany w ręce widzów i z miejsca zgarnął całą furę mocno negatywnych recenzji. Niesłusznie, bo nie jest tak złym filmem jak go malują. A przynajmniej z punktu widzenia filmu telewizyjnego, jakim jest. Jako film kinowy nie ma żadnej racji bytu, ale jako produkcja telewizyjna nie jest koszmarnie zły. Jest mocno przeciętny. Recenzja filmu Smoleńsk.

O czym jest film Smoleńsk

10 kwietnia 2010 roku. Na lotnisku w Smoleńsku ląduje polska maszyna jak-40 ostrzegając nadlatujący za nią samolot rządowy tupolew z parą prezydencką na pokładzie, że warunki do lądowania są kiepskie. Im się udało, ale jest coraz większa mgła, a rosyjski samolot, który też schodził do lądowania odleciał w bliżej nieokreślonym kierunku nie ryzykując siadania na niewidocznym pasie. Ostrzeżenia nic nie dają. Tupolew z Lechem Kaczyńskim i Marią Kaczyńską, a także z delegacją złożoną z części najważniejszych osób w państwie polskim lecącą na obchody upamiętniające ofiary mordu w Katyniu, podczas podchodzenia do lądowania ulega katastrofie. Z wieży kontrolnej wybiega spanikowany kontroler lotu mrucząc pod nosem „Co ja zrobiłem”, w Polsce rozpoczyna się okres żałoby. Nikt z 96 osób na pokładzie Tupolewa nie przeżył. Tematem zaczyna się zajmować dziennikarka stacji TVM Sat, Nina (Beata Fido). Cyniczna i wyrachowana Nina gra tak jak jej zagra demoniczny szef stacji (Redbad Klijnstra), szybko potwierdzając, że winnym katastrofy było zderzenie z brzozą i pijany generał Błasik (jego nazwisko nie pada w filmie), który tuż przed lądowaniem wszedł do kokpitu i zmusił pilotów do posadzenia maszyny. Tymczasem pod Pałacem Prezydenckim zbierają się tłumy Polaków, które nie wierzą w oficjalne wytłumaczenie katastrofy. Są przekonani, że za śmiercią polskich patriotów stoją rosyjskie władze, które dokonały zamachu korzystając ze świetnej ku temu okazji. Samolot wybuchł jeszcze przed zderzeniem się z brzozą, a wszyscy są świadkami tuszowania całej sprawy przez rząd i media. Nina powoli zaczyna się przekonywać do głoszonej przez nich wersji wypadków i wbrew szefowi rozpoczyna prywatne śledztwo mające doprowadzić ją do poznania prawdy.

Recenzja filmu Smoleńsk

Smoleńsk zaczyna się z przytupem – na płycie lotniska w Smoleńsku ląduje… animowany samolot i od razu widzowi przypominają się spory o efekty specjalne, których ponowne przygotowanie według twórców filmu spowodowało przesunięcie premiery zaplanowanej bodajże na kwiecień. I przychodzi do głowy myśl, że to naprawdę będzie zły film. Potem do kolekcji z animowanym samolotem dochodzi wyjątkowo rzucający się w oczy greenscreen i nie pozostaje nic więcej, jak czekać na to, jak bardzo zły będzie ciąg dalszy.

Ale nie jest. W rzeczy samej okazuje się, że pierwsza połowa, no może trochę mniej, filmu Krauzego jest całkiem niezła i w miarę możliwości – głównie finansowych – Smoleńsk dobrze przypomina to, co działo się zaraz po 10 kwietnia. Smoleńsk Krauzego jest achronologiczny, więc na parę prezydencką (Lech Łotocki i Ewa Dałkowska) oraz wyjaśnienie możliwych przyczyn możliwego zamachu będzie trzeba jeszcze trochę poczekać. A póki co dużo dobrego daje dobrze znany motyw muzyczny autorstwa Michała Lorenca z filmu Różyczka, który towarzyszył materiałom dziennikarskim w trakcie żałoby narodowej po katastrofie. Buduje on podniosłe napięcie i pozwala wrócić myślami do tamtych dni. Pomagają w tym też archiwalne ujęcia, które myślałem, że będą gwoździem do trumny filmu (wolałbym inscenizację, ale wiadomo, to kosztuje), ale dobrze z nim grają. Jedyny zarzut – są bardzo słabej jakości. Rozpikselowane i niewyraźne niczym z Youtbue’a. Ta pierwsza część filmu jest jego najlepszym fragmentem potrafiącym wzruszyć także dzięki tragedii równocześnie przeżywanej na ekranie przez bliskich ofiar.

Potem już jest dużo gorzej i niestety też nudnawo. A to automatycznie zwraca uwagę na to, co w Smoleńsku jest bardzo złe – aktorstwo. Trafiają się dobrze zagrane role (generałowa Aldona Struzik, czy wyglądający jak obwieś Marek Bukowski w dwóch scenach na krzyż), ale dość powiedzieć, że większość głównej obsady zjada aktorsko na śniadanie… Anna Samusionek minutowym pojawieniem się na ekranie, czy amerykańscy statyści w scenie dyskusji w redakcji jednej z chicagowskich gazet. Okropna w głównej roli jest Beata Fido, która nie ma do zaprezentowania niczego godnego uwagi poza jedną miną i deklamowanymi jak na apelu szkolnym kwestiami. Wtóruje jej Redbad Klijnstra w roli przediabolicznego szefa stacji. Czasem ma się wrażenie, że to jakiś zakamuflowany szpieg, który swoim przesadzonym do bólu aktorstwem chce ośmieszyć cały film. Sceny, w których spotyka się tych dwoje to największy powód do salw śmiechu, które niestety trudno powstrzymać. Niestety, bo w takim filmie jak Smoleńsk nie powinno być takich scen. Słaby i wyjątkowo egzaltowany w swojej roli jest Jerzy Zelnik, Ewy Dałkowskiej właściwie tu nie ma, a Lech Łotocki w roli prezydenta stara się, ale ma w sobie coś takiego, co nie pozwala mu uwierzyć. A skoro o aktorstwie to warto zwrócić też uwagę na odgrzebanego z wygnania do Stanów Macieja Góraja, który rolą w Konsulu zakończył swoją dobrze zapowiadającą się karierę i czmychnął za granicę. Podobnie odkurzony został mający imponującą filmografię z przeszłości Andrzej Żółkiewski w roli generała Petelickiego (również jego nazwisko nie zostało wymienione w filmie). Przy okazji wielu zastanawiało się, kogo w Smoleńsku gra Jan Pietrzak. Gra samego siebie – Pietrzak wykonuje na Krakowskim Przedmieściu Smoleńską balladę.

Realizacyjnie film jest na poziomie filmu telewizyjnego, zdecydowanie zbyt często zahaczając o docu-dramę (fatalni statyści, ale to słabość każdego polskiego filmu). To wiele mówi o jego jakości i nie ma potrzeby się więcej rozpisywać. Aczkolwiek sama scena katastrofy została zrealizowana porządnie (minus „aktorstwo” pasażerów samolotu) i robi wrażenie. Scenariusz filmu Smoleńsk leży i kwiczy. Po dobrze zapowiadającym się początku zamienia się w wypełniony drętwymi dialogami (perełek na podobieństwo: – Odchodzimy jest święte. – Ale nie odeszli; nie ma) zbiór chaotycznych wrzutek, w których poznajemy kolejne tajemnicze wydarzenia wokół katastrofy. Nie prowadzą do żadnej większej dobrze poukładanej konkluzji (jakby „to był zamach” wystarczyło) i przypominają wrzucane w sposób: a dorzuć jeszcze to! a dorzuć jeszcze tamto! a jeszcze to dajmy!. Dodatkowo sporo z nich nie ma rąk i nóg, bo trudno np. poważnie traktować demonicznego Zelnika (w roli właściwie niewytłumaczonej; weź i się sam domyśl), który osobiście stoi pod domem jednego z bohaterów, który właśnie popełnił samobójstwo. Wiadomo, trzeba pokazać, że tajemniczy Zelnik pewnie stoi za tym samobójstwem, ale byłby chyba kretynem wysoko postawiony i rozpoznawalny urzędnik państwowy stojący sobie ot tak bez powodu na krawężniku i za chwilę odjeżdżający czarną limuzyną. Również za dużo sensu według mnie nie ma głośno komentowana od kilku dni scena finałowa, bo z czego oni wszyscy się tak tam cieszą, to zupełnie nie wiem. Powodu ku temu nie mają.

Reasumując. Na kino szkoda czasu, bo Smoleńsk nie jest filmem kinowym i jako taki zawodzi. A właściwie to nie zawodzi, nie nadaje się do kina i tyle. Nie powinno go tam być. Natomiast do obejrzenia w telewizji Smoleńsk jest jak najbardziej możliwy, choćby po to, żeby mieć na jego temat sensowne zdanie, a nie takie, jakie prezentuje na razie większość w Internecie, czyli: nie widziałem, ale się wypowiem, bo wszystko już wiem.

(2121)

PS. Mój seans przebiegł spokojnie. Na sali było z 10-15 osób, gryźli orzeszki i siorbali kolę, czyli standardowo. Babce koło mnie dwa razy zadzwonił telefon i była autentycznie zła, że do niej ktoś dzwoni, ale nie na tyle zła, żeby wyciszyć dzwonek. Nikt nie krzyczał, żeby zachować powagę i nie chrupać. Dwóch małolatów wyszło po pierwszej godzinie i nigdy nie wróciło. Po seansie wszyscy w ciszy sobie wyszli bez jakichś specjalnych misteriów.

Najbardziej oczekiwany polski film ostatnich lat (z tych czy innych względów) w końcu trafił do polskich kin. Po wielu przygodach, dokrętkach, szukaniu inwestorów Smoleńsk został oddany w ręce widzów i z miejsca zgarnął całą furę mocno negatywnych recenzji. Niesłusznie, bo nie jest tak złym filmem jak go malują. A przynajmniej z punktu widzenia filmu telewizyjnego, jakim jest. Jako film kinowy nie ma żadnej racji bytu, ale jako produkcja telewizyjna nie jest koszmarnie zły. Jest mocno przeciętny. Recenzja filmu Smoleńsk. O czym jest film Smoleńsk 10 kwietnia 2010 roku. Na lotnisku w Smoleńsku ląduje polska maszyna jak-40 ostrzegając nadlatujący za nią…

Czas na ocenę:

Ocena: 5

5

wg Q-skali

Podsumowanie: Tuż po katastrofie tupolewa z parą prezydencką na pokładzie, pojawiają się podejrzenia, że powodem śmierci 96 Polaków mógł być zamach. Przeciętny telewizyjny film.

10 odpowiedzi

  1. Kolejna recenzja, która chwali Annę Samusionek. Nawet nie pamiętam kiedy ją ostatnio w czymś konkretnym widziałem, ale muszę przyznać, że ją zawsze lubiłem. Całkiem miło ją wspominam z filmu Tydzień z życia mężczyzny. Fajnie wypadła i to chyba jedyne co z nią widziałem a przynajmniej więcej filmów nie pamiętam. To rzeczywiście aż tak słaba aktorka jak się mówi? Mnie chyba nie oceniać skoro kojarzę ją z jednej roli:-)

  2. Widzę, Quentin dał te 2,5 żeby opozycja nie przestała go odwiedzać, a jednocześnie władza nie zdjęła z internetu. 😉 😉 I wywal tę kropkę po „96” z podsumowania bo Ci się dwa zdania z jednego robią. :)

  3. Quentin

    @michax
    Ja to w ogóle Annę Samusionek już tylko z afery z córką kojarzyłem. Trzeba by jej dać coś większego do zagrania, żeby ocenić.

    @Koper
    Bardzo słuszna, kropkowa uwaga 😉

  4. Znowu kobiet nie polinkowałeś. Zaczynam dostrzegać tu pewien wzór (patriotyczny?) :)

  5. Quentin

    A mnie się jednak wydaje, że po prostu jesteś fanem Ewy Dałkowskiej :).

  6. Może tak być, nie mogę jednoznacznie zaprzeczyć, że tak nie jest :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.