Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
Sekret w ich oczach - dekolt Nicole Kidman
Sekret w ich oczach [Secret in Their Eyes] (2015), reż. Billy Ray

Sekret w ich oczach, czyli Bryk

Po starorocznych podsumowaniach, które całkiem nieźle się poklikały i chętnie bym coś jeszcze podsumował, ale chyba nudne by to już było, czas wrócić do orki na ugorze, czyli pisania recenzji, które klikają się gorzej. Jednym słowem: żegnaj fajny okresie świąteczno-sylwestrowy, witaj -20 stopni za oknem. Recenzja filmu Sekret w ich oczach, choć na razie nic na nią nie wskazuje.

Sekret w ich oczach [Secret in Their Eyes] (2015)
Scenariusz i reżyseria: Billy Ray
Występują: Chiwetel Ejiofor, Nicole Kidman, Julia Roberts, Alfred Molina, Dean Norris
Zdjęcia: Daniel Moder
Muzyka: Emilio Kauderer
Kraj produkcji: USA

Sekret jej oczu, czyli argentyński oryginał

Nie będę tu pozował na kinofila z najwyższej półki, bo nie ma ku temu powodów. Oryginalny argentyński Sekret jej oczu, film z 2009 roku nagrodzony Oscarem dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego, obejrzałem dopiero w zeszłym roku. Dostał zasłużoną Dziewiątkę, recenzji się nie doczekał, choć nie wiem, z jakiego powodu. Gdy go oglądałem było już chyba wiadomo, że Amerykanie zabierają się za robienie remake’u i może z recenzją chciałem poczekać do jego obejrzenia? Choć niewykluczone, że jeszcze o remake’u nie wiedziałem, bo całkiem przypadkowo wpadłem kiedyś na jego zwiastun reagując zdziwionym: „o, Nicole Kidman i Julia Roberts w jednym filmie?”. Nevermind. Sam oryginał oparty jest na motywach powieści Eduarda Sacheriego, ale źródłem inspiracji dla Billy’ego Raya przy tworzeniu scenariusza i reżyserii remake’u – a przynajmniej tak wynika z napisów końcowych – był film Juana José Campanelli. Ułatwia to sprawę recenzji, bo książkowego oryginału nie znam.

Nie trzeba jednak Nostradamusa, żeby domyślić się, że książka pewnie nawet jeszcze bardziej niż oryginalny film zanurzona była w smutną historię Argentyny, która pobrzmiewa w opowieści o emerytowanym prokuratorze, który wraca do jednej ze starych, nierozwiązanych spraw. Historię, która (za dużo tego „która”) nadaje całej opowieści tego czegoś, co wznosi ją ponad zwykły kryminał o rozwiązaniu zagadki tajemniczego morderstwa. I jest siłą filmu Campanelli, której w filmie Raya być nie może. Nie może przecież amerykański reżyser w filmie, którego akcja dzieje się w Stanach Zjednoczonych ni stąd ni zowąd wrócić retrospekcją do mrocznych kart najnowszej historii Argentyny. Musi znaleźć inny sposób albo po prostu zostać przy zwykłym kryminale – żadne rozwiązanie dobre nie jest i w zasadzie przekreśla sensowność robienia remake’u. No ale Billy Ray widocznie uważał inaczej.

Sekret w ich oczach – streszczenie fabuły

Schody z przełożeniem filmu Sekret jej oczu na język amerykański pojawiają się już na samym początku, gdy chcemy określić stanowisko, jakie piastuje główny bohater filmu Ray (Chiwetel Ejiofor). To zdaje się były policjant, który teraz pracuje w FBI, ale nie tak do końca w FBI tylko w jakiejś megatajnej akronimowej odnodze, która ma zajmować się terrorystami. A jest czym, bo dopiero co terroryści wlecieli w dwie wieże World Trade Center. Nie może być zwykłym agentem czy policjantem, bo właśnie ci terroryści to klucz do pomysłu na przekabacenie oryginalnego filmu w nową mańkę. Tam, gdzie królowała wojskowa junta, teraz królują terroryści. Wątpliwej to jakości wytłumaczenie i kupy trzyma się tylko jako tako, ale przynajmniej reżyser spróbował opowiedzieć o czymś więcej niż o morderstwie. Nie udało się, ale spróbował. Zatem nasz Ray współpracuje z Jess (Julia Roberts) oraz z Claire (Nicole Kidman), która do końca nie wiem kim dokładnie jest. W oryginale było prościej, bo było biuro prokuratora i było morderstwo, do którego zostali wezwani bohaterowie. Tu też zostają wezwani, a to dlatego, że choć nie są z wydziału zabójstw ani nic, to morderstwo zostało dokonane w pobliżu meczetu, który obserwują. „Prostota, poczytaj Marka Aureliusza!” jęknąłby teraz z facepalmem na czole Hannibal Lecter. Na miejscu porzucenia ciała oblanego wybielaczem (nie do końca wiadomo po co) okazuje się, że ofiarą jest córka Jess. Śledztwo rusza z kopyta, a… trzynaście lat później jego główni bohaterowie wspominają jego szczegóły.

Recenzja filmu Sekret w jej oczach

Wspomniałem w tytule tego wpisu, że amerykański Sekret w jej oczach (dlaczego właściwie taki tytuł??) przypomina bryk i właśnie to jest jednym z wielu jego problemów. Na pewno wiecie o co chodzi, przecież chodziliście do szkoły. Nie? 😛 Po bryka sięga się wtedy, gdy nie chce się czytać całej lektury. W bryku ci wszystko w skrócie tłumaczą – jaka jest fabuła, kim są główni bohaterowie, co powiedzieć, gdy ktoś cię zapyta, co miał na myśli autor itd. I Sekret w jej oczach to właśnie takie streszczenie Sekretu jej oczu. Szybkie przejście po najważniejszych punktach fabuły, byle tylko dotrzeć do w końcu lekko podnoszącego adrenalinę twista. I przy okazji zmiana tego i owego a to na terrorystów, a to – chyba bardziej efektowne jak musiał założyć reżyser – starszej pani na… tancerkę erotyczną. I tylko pies dostał tak samo z kopa, ale i to jakoś mniej się udało niż w oryginale.

Spaliła na panewce też próba dodania większej ilości dramatyzmu. Oryginalny prokurator zajmował się sprawą całkowitej nieznajomej (OIDP :) ). Bohater remake’u prowadzi sprawę zabójstwa córki swojej przyjaciółki – zresztą razem z tą przyjaciółką, co sprawia, że prawie jak w naszym Uwikłaniu z jednego bohatera robi się dwoje bohaterów. I choć mogło nawet coś dobrego z tego wyjść, to nie wyszło. Emocji nie ma w filmie Sekret w jej oczach prawie wcale, a sprawa posuwa się do przodu żółwim tempem. Między bohaterami nie ma żadnej większej chemii, co jest zabójstwem dla wątku faceta, który przez trzynaście lat pietrał się, żeby powiedzieć kobiecie, że ją kocha. Nie pomaga w tym alabastrowa Nicole Kidman, która coraz bardziej przemienia się w swoją woskową figurę.

Julia Roberts płacze - recenzja filmu Sekret w ich oczach

– Dlaczego zgodziłam się na tę cholerną grzywkę! – recenzja filmu Sekret w ich oczach.

I w zasadzie jedyne, co dobrego można powiedzieć o filmie Sekret w ich oczach, to jakieś miłe słowo o dobrej realizacji, choć ta już dawno stała się czymś normalnym w amerykańskim kinie z dobrą obsadą i nieco większym plikiem dolarów na produkcję. Dlatego trudno brać za plus coś, co jest standardem. Nie mówiąc o tym, że brakło Billy’emu Rayowi jaj, żeby choć przenieść do swojego filmu scenę stadionową jak należy. Jednoujęciowy majstersztyk z argentyńskiego oryginału zmienił się tutaj w banał. I to samo można powiedzieć o całym filmie.

(2034)

Po starorocznych podsumowaniach, które całkiem nieźle się poklikały i chętnie bym coś jeszcze podsumował, ale chyba nudne by to już było, czas wrócić do orki na ugorze, czyli pisania recenzji, które klikają się gorzej. Jednym słowem: żegnaj fajny okresie świąteczno-sylwestrowy, witaj -20 stopni za oknem. Recenzja filmu Sekret w ich oczach, choć na razie nic na nią nie wskazuje. Sekret jej oczu, czyli…

Czas na ocenę:

Ocena: 5

5

wg Q-skali

Podsumowanie: Śledczy wracają do nierozwiązanej sprawy morderstwa sprzed trzynastu lat. Nieudany remake argentyńskiego filmu nagrodzonego Oscarem.

11 odpowiedzi

  1. „czyli pisania recenzji, które klikają się gorzej. ”

    Tak się zastanawiam dlaczego nie porzucisz bloga i przeniesiesz się na youtube?

  2. frank drebin

    Ta scena z oryginału to faktycznie perełka. Aż wstyd się przyznać, że oglądając film nie zauważyłem, że to w jednym ujęciu :(
    Ale przynajmniej ciągle utwierdzam się w przekonaniu, że warto na ten blog zaglądać i kliki nabijać 😉

  3. Quentin

    @Arnold Buzdygan
    Oficjalna odpowiedź jest taka, że nie mam prezencji :). A tak bardziej naprawdę to lepiej przelewam myśli na papier i nie umiałbym się chyba na tyle wyluzować, żeby to fajnie wyszło. No i w sumie nie mam pomysłu na coś fajnego. Czasem myślę (nie za dużo), żeby coś spróbować, ale nie wpada mi do łba nic takiego, co bym był zadowolony. A takiego zwykłego pierdzielenia o filmach i udawania dowcipnego nie chcę. Kupa tego.

    @frank drebin
    Nie przejmuj się. Ja dopiero gdzieś po 10 minutach „Birdmana” się skapowałem ococho 😉

  4. @Quentin

    Przecież umiesz pisać i przerobić to na scenariusz z monologiem :)
    Co do prezencji to przecież nie musisz się pokazywać, wystarczy, że masz głos.
    A coś musisz mieć albo prezencję albo głos albo jedno i drugie :)
    Od roku obserwuję youtube – zasięgi, komentarze, zaangażowanie nieosiągalne dla blogów – 1000x więcej. 99% to wygłupiające się przygłupy, które myślą, że są zabawni lub śmieszni. Nie musisz przecież iść ich drogą, tylko być sobą.
    Po co się zamykać w niszy blogowej?

  5. Quentin

    „r” słabo wymawiam jak się zdenerwuję! :).

    Masz rację, ale póki nie wymyślę czegoś, z czego byłbym zadowolony, to próbowanie na ślepo mnie nie interesuje. Jeśli chodzi o nieistotne w życiu pierdoły jestem wobec siebie zajebiście wymagający! :)

  6. „„r” słabo wymawiam jak się zdenerwuję! :).”

    Chcący szuka sposoby, niechcący powodu :)

    Na youtubie są też okrutnie sepleniący youtuberzy (i nawet jedna taka youtuberka).
    Dziennikarzy też kojarzę z problematycznym „r” a nawet byłego premiera.
    Nie ma się co przejmować – jeśli lud będzie oglądał to będzie, jeśli nie to nie. Spróbować wg mnie warto, a nie oddawać pola a w raz z nim futra dla ładniejszej połowy, fury i komóry (oraz wakacje w Hollywood) gimbazie.

  7. a mnie się podoba bardziej blog niż forma na YT :-)
    wyobraźmy sobie cykl poszedłbyma na YT.. ja jakoś tego nie widzę…

  8. frank drebin

    Dla mnie blog w tej postaci jest super.
    Jutub to przede wszystkim „show”, najważniejszy jest prezenter, migawki, zajawki, dykcja rozpraszająca uwagę, wygląd, popisówa, intonacja itp. A ja wolę przeczytać fajne zdanie dwa razy, żeby złapać sens wypowiedzi a ty Q lepisz fajne zdania i to mi się podoba. Niektóre rzeczy tak zakręcisz, że w pierwszej chwili nie łapię sensu niektórych wypowiedzi :)
    No i w blogu wstawiasz linki do innych recenzji czy materiałów, czego by mi bardzo brakowało w YT.

  9. Quentin

    1. Pragnę uspokoić, że Q-Blog nie zniknie, nawet gdybym coś kombinował z YT.
    2. Chciałbym coś pokombinować z YT, ale bez pomysłu nie będę się męczył, wystarczająco dużo czasu zajmuje pisanie bloga, żeby mu go odbierać na coś innego.
    3. Myślę, że i Poszedłbym byłby fajny na YT, gdyby znaleźć na niego fajny sposób.
    4. Dziennikarzy z problemem z „r” jest obecnie od groma :). Już dawno na to zwróciliśmy uwagę z Aśkiem i tylko co trochę słychać w domu „o, znowu kolejny nie wymawia r!”.

  10. Skoro o tym mowa – polecicie jakieś kanały filmowe na YT?
    Ja oglądam (z sentymentu) Kinomaniaka, ale oglądalność Jego filmów jest malutka.

    @Quentin
    A co z „Filmowa jazda z Quentinem i Aśkiem”? 😀 Jakiś pomysł to jest, choć temat chyba upadł skoro nawet nie raczyłeś odpisać na mój komentarz 😛

  11. Quentin

    Szczerze powiedziawszy to nie znam żadnych kanałów, ani żadnych nie oglądam, bo mnie nudzą formy wideo i pierdolenie trzy po trzy, którego wytrzymam góra minutę. Inna sprawa, że wielu z uprzedzenia nawet nie sprawdzałem :). W ulubionych mam tylko ten poniższy, ale i tak zapominam na niego zaglądać :).
    https://www.youtube.com/channel/UChcYMOhLQvNQF2pOVuWkAWg

    A co do Filmowej Jazdy to problem jest taki, że zanim dojdziemy do samochodu to już połowę filmu obgadamy i zaczynanie od nowa to już nie to samo :). Poza tym wkurwiła mnie znajoma, która zaczęła pieprzyć głupoty, że jestem kijowym kierowcą :). Próbowałem uzgodnić dlaczego, ale chyba nie miała sensownych argumentów.

    Kurczę, przysiągłbym, że odpisywałem na ten komentarz!

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.