Uwikłanie

Będzie to raczej zbiór luźnych myśli niż recka-recka, bo jakiś taki niereckowy dzisiaj jestem, a i film mi wywietrzał (od soboty – co w zasadzie mogłoby wystarczyć za recenzję). Poza tym dzisiaj wydarzenie dnia jest tylko jedno – finał sezonu „Breaking Bad„. Już dawno za mną, ale nie będę tutaj póki co spoilerami rzucał, a bez spoilerów mogę powtórzyć tylko to co na fejsie – piękny finał z jednym Ale. Na więcej przyjdzie czas wraz z nowym odcinkiem Serialowa, który powinien być dość szybko, wszak tylko dzisiaj cztery seriale, które oglądam. Pytanie tylko – kiedy zdołam je obejrzeć.

Ejże, miałem o „Uwikłaniu”.

Podczas psychologicznego eksperymentu zamordowany zostaje jeden z jego uczestników. Podejrzanymi w sprawie są uczestnicy tego niezwykłego seansu, w którym wcielają się w role krewnych zamordowanego (póki żył :) ). Śledztwo w sprawie rozpoczyna źle ubrany komisarz policji (Marek Bukowski) i bardzo dobrze ubrana (a często też bardzo dobrze rozebrana) pani prokurator (Maja Ostaszewska).

Kto zabił? Standardowe pytanie każdego kryminału jest też punktem wyjścia tego filmu, który swoje przebłyski ma. Ma jednak też swoje wady i tych jest niestety sporo więcej. Niestety, bo temat na dobry film z pewnością był, a gdyby wszystko zagrało, to i można by było chwalić, że to jeden z niewielu mrocznych filmów, w których cały czas świeci słońce. Ot takie tam znikąd spostrzeżenie – podczas seansu zacząłem się zastanawiać, jak wyglądałby „Siedem” z dokładnie takim samym scenariuszem jak ma, ale zamiast ciągłego deszczu, gdyby cały czas świeciło w nim słońce. Jak myślicie – dalej byłby taki fajny?

„Uwikłanie” to ekranizacja powieści Zygmunta Miłoszewskiego, której jak się pewnie domyślacie – nie czytałem (i nawet żałuję). Rozglądnąłem się jednak troszeczkę tu i tam i widzę, że z książki niewiele w filmie zostało. Komisarza w ogóle w niej nie ma, a pani prokurator jest facetem (co oczywiście sprawia, że nie jest panią prokurator :) ). Trudno oceniać, jak wpłynęła ta zmiana na całość, ale chyba nie trzeba jasnowidza, żeby się domyśleć, że nie wpłynęła. Po co więc została wprowadzona? To już słodka tajemnica duetu scenarzystów Jacek Bromski/Juliusz Machulski. Warto jednak zauważyć, że być może nie zepsuli przyjemności z przeczytania książki po obejrzeniu filmu, co nie zdarzyłoby się, gdyby przenieśli ją litera po literze. I to główna zaleta filmu – zachęca do przeczytania książki. A przynajmniej mnie zachęciła.

Dobra w filmie jest podstawowa intryga wokół której osnuty został cały film. Tajemnica „kto zabił?” ciekawi i rozwija się w ciekawym kierunku. Intryguje od początku, o co nie jest łatwo, bo jak to w polskim filmie – widzisz, jakiś dziwny eksperyment psychologiczny i się nie możesz powstrzymać przed uśmiechem, bo widzisz, jakie to jest sztuczne, choć w zamiarze miało pewnie rzucić na glebę od samego początku i przygwoździć pogrzebaczem w oku. Niestety, film jest zbyt długi i zbyt wiele w nim niepotrzebnych scen, żeby w jego trakcie jeszcze przejmować się tym kto zabił. Wszystko rozchodzi się w różnych kierunkach i kiedy jako tako schodzi do kupy nie układa się w wow-całość. Banalne zakończenie nie pomaga.

Hmm, mało tych dobrych rzeczy w „Uwikłaniu”… A chcę dać mu 6/10, bo jak na polski film ogląda się go w miarę spoko i widać, że chciano zrobić kryminał na amerykańska modłę, ale nie wyszło. No to napiszę jeszcze, że dobry jest w nim też niezawodny Krzysztof Stroiński. A no i ładne są też panoramy Krakowa. Oczywiście nic nie wnoszą do filmu poza nominacją do NFQ w kategorii najlepszy product placement, ale komu przeszkadzają ładnie sfilmowane miejskie widoki? Mnie na pewno nie.

A co jest w tym filmie złe? Oj dużo rzeczy, dużo. Zły jest scenariusz, który jak już napisałem rozłazi się we wszystkich kierunkach, a niektóre postaci znikają bez słowa i już się nie pojawiają (inne z kolei pojawiają się tylko dlatego, że komuś chyba zależało na tym, żeby wepchnąć do filmu wszystkich znanych krakowskich aktorów – nie chce mi się grzebać nigdzie, ale idę po zakład, że wszyscy aktorzy z wyjątkiem kilku najgłówniejszych to aktorzy z Krakowa). Jest kilka postaci strasznych jak np. koleś grany przez Pieczyńskiego (co to miało być? półmózg przydupas prezesa? inteligentny ochroniaczo-udziałowiec? – nikt mu chyba nie powiedział, kogo gra), jest kilka postaci niepotrzebnych zupełnie do szczęścia jak bezpłciowy i bezosobowy Piotr Adamczyk (tak, wiem, miał wzmóc siłę romanso-zdrady, ale kaman – zamiast wkroczyć do akcji przewrócił się na drugi bok i poszedł spać dalej), jest wiele zupełnie niepotrzebnych przekleństw źle brzmiących w ustach Seweryna, jest źle pomalowana Stenka, która nijak nie wygląda jak laska z reklamy Delicji, jest Marek Bukowski, który nie umie rzucać onelinerami (a kilka ma)… Itd.

Ostatecznie jednak 6/10 wyciągnęło. Czyli, jak by to powiedziała Asiek: „Jak cię mogę”.
(1265)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.