Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
bohaterowie filmu The Final Girls (2015)
- O Boże! Czytaliście tę recenzję?! - recenzja filmu The Final Girls (2015)

Recenzja filmu The Final Girls, czyli Jeśli nie potrafisz, nie pchaj się na afisz

Okazuje się, że nawet najlepszy pomysł na film można położyć. Niestety. Przed Wami recenzja filmu The Final Girls – czyli, jak twierdzi Filmweb, choć nie wiem, na jakiej podstawie – Dziewczyny śmierci.

Zawiedzione oczekiwania

Niespodzianka! Dzisiaj nie będzie o kolejnym filmie 31. Warszawskiego Festiwalu Filmowego! Zrobiłem sobie przerwę od opisywania obejrzanych tam filmów, bo w końcu oglądnąłem jeden z filmów z listy Do obejrzenia, po którym obiecywałem sobie najwięcej i na który czekałem już gdzieś tak dobry rok. Podstawy do dużych oczekiwań były spore, bo i zwiastun The Final Girls był świetny i opinie krytyków bardzo dobre, no i przede wszystkim Dziewczyny śmierci posiadały naprawdę dobry pomysł, który – wydawało się – trudno byłoby spieprzyć. No i o całkowitym spieprzeniu nie ma co gadać, bo nie wyszło z The Final Girls nic wielce złego, ale na pewno zasadne będzie napisać, że potencjał na kultowy film został zmarnowany. I sądzę, że nie jest to tylko i wyłącznie wina wysokich oczekiwań, które przed filmem często stanowią pocałunek śmierci. Nastawisz się na arcydzieło i potem bardzo dobry film cię nie satysfakcjonuje. Nic z tych rzeczy. Można głośno dawać wyraz swojemu niezadowoleniu, bo przede wszystkim zawiódł scenariusz, który nie pozwolił filmowi rozwinąć się tak jak powinien.

O czym jest film The Final Girls

Główna bohaterką filmu Todda Straussa-Schulsona, który na swoim reżyserskim koncie ma m.in. jeden z filmów o przygodach Harolda i Kumara jest Max (Taissa Farmiga), córka hollywoodzkiej aktorki Vicky (Malin Ackerman), na której podupadającej karierze zaważył występ w kultowym, ale zarazem kiepskim kampowym slasherze Bloodbath Camp… Pewnego dnia Vicky ginie w wypadku samochodowym. Mija kilka lat. Max zostaje zaproszona na specjalny pokaz filmu, który rozsławił matkę. Nie jest specjalnie zadowolona z tego faktu, ale zabiera znajomych i siada w fotelu kinowym. Zaczyna się film, ale nie dane mu będzie się skończyć. Nagle na sali wybucha pożar, a jedyną drogą ucieczki jest droga przez ekran. Max z przyjaciółmi wybiera ten kierunek, a gdy odzyskują przytomność okazuje się, że wszyscy utknęli w filmie. Wkrótce pojawia się van, który zabierze ich do tytułowego Bloodbath Campu. Max spotka się znów z matką, a w przeżyciu następnych 92 minut nieodzowna okaże się wiedza jednego z jej przyjaciół, który zna na pamięć ten kultowy slasher.

Gdzie tu pomysł? Recenzja filmu The Final Girls

No zgoda, nie jest The Final Girls pierwszym filmem, którego akcja przenosi bohaterów do fikcyjnego świata innego filmu. Podobnych zabaw próbowano także w Polsce (Ucieczka z kina Wolność), co dużo mówi o nieoryginalności pomysłu. Wiadomo, że wszystko już było i to się raczej nie zmieni, ale to wcale nie przekreśla filmu Dziewczyny śmierci, w którym znany zabieg pozwala na coś więcej niż na ingerencję w życie bohaterów z taśmy filmowej. Pozwala na ingerencję w zasady rządzące gatunkiem filmowym, jakim jest slasher, co sprawia, że dla tej prawdopodobnie najbardziej ograniczonej formy filmowej (zabójca w masce zabija młodych ludzi; koniec definicji slashera) pojawia się światełko w tunelu. Światełko, które pozwala opowiedzieć to, co dobrze znamy w nieco inny sposób. A to wystarczy, żeby nadać potrzebnej filmowi oryginalności, która sprawi, że wyróżni się on na tle całej masy odrysowanej od linijki slasherów. Z podobnego przepisu na rewitalizację gatunku skorzystał lata temu Wes Craven w swoim Krzyku [Scream] i odniósł suckes. Wydawało się, że The Final Girls czeka podobna historia, ale niestety dużo zabrakło. I okazało się, że dobry pomysł to nie wszystko.

Poczytaj też:
Był sobie slasher, część 1
Był sobie slasher, część 2
Może kiedyś Był sobie slasher, część 3

I w końcu chyba naprawdę recenzja filmu The Final Girls

Szybkie wertowanie dostępnych opinii o The Final Girls przynosi odkrycie, że według nich wszystko byłoby z filmem dobrze, gdyby – jak przystało na slasher – był bardziej krwawy. A właściwie to w ogóle krwawy, bo posoki jest tu rzeczywiście niedużo, ze wskazaniem na wcale. Faktycznie, krew nigdy nie przeszkadza, ale moim skromnym zdaniem nie jest w The Final Girls problemem jego niewielka krwawość i #cycki ograniczone do aktorek w stanikach. Szczerze powiedziawszy w ogóle mi tu krwi nie brakowało i uważam, że niewiele zmieniłaby w sytuacji, gdy wszystkie dobre pomysły z filmu właściwie znalazły się w jego 150-sekundowym zwiastunie. To największy problem The Final Girls, który to film zamiast bawić się gatunkiem, trzyma się go kurczowo i ogranicza do pilnowania reguł. Od czasu do czasu jakąś wyśmiewając, bądź wykręcając z niej kota ogonem. Film Straussa-Schulsona zamiast nieustannie bawić, zaskakiwać i powodować refleksje typu „ale czad!” niestety szybko zaczyna nudzić. Nie pomagają w tym wynikające zapewne z ograniczeń finansowych kiepskie efekty komputerowe towarzyszące np. scenie wypadku samochodowego z początku filmu. Potem już do końca takie kiepsko i amatorsko wyreżyserowane sceny przeplatają się z tymi lepszymi, jak gdyby dopiero gdzieś tak w połowie produkcji ktoś dosypał kaski i można było zrobić coś w końcu lepiej. Albo na odwrót – w połowie kręcenia kaska się skończyła. I nie jest usprawiedliwieniem, że „tak miało być”, bo to w końcu hołd (bardziej parodia niestety) dla słabego technicznie slashera z ery VHS-ów, który często wyglądał gorzej niż źle. Odnoszę wrażenie, że twórcy od początku zakładali, że spoko, jak ktoś się będzie czepiał to powiemy, że tak miało być i to tak specjalnie. Wielka szkoda, bo trudno nie oprzeć się wrażeniu, że świetny pomysł wpadł w naprawdę niepowołane ręce.

Taissa Farmiga, Alia Shawkat, Nina Dobrev i Alexander Ludwig w filmie The Final Girls - recenzja filmu The Final Girls

– Ej, Q nas krytykuje! – recenzja filmu The Final Girls

Mimochodem w poprzednim akapicie przemycił się jeszcze jeden problem The Final Girls – zamiast mądrego hołdu dla gatunku, którego reguły najwyraźniej są znane autorom scenariusza, ale może nie do końca?, wyszła parodia momentami niestety zbyt debilna. Ja wiem, że tacy byli bohaterowie slasherów i trudno tego unikać, ale naprawdę, kilka żartów i suchych tekstów (fajnie i słusznie podkreślonych przez współczesnych bohaterów) by w zupełności wystarczyło. Czyżby dała znać o sobie ręka twórcy filmu o Haroldzie i Kumarze? Chyba tak, a to nie tędy droga. Zabrakło inteligentnego podejścia do tematu, sama błazenada to stanowczo za mało. Szybko przekracza się tę nieuchwytną granicę, po której przekroczeniu zabawnie debilni bohaterowie stają się irytująco debilnymi bohaterami.

Werdykt wydaje sędzia Anna Maria Wesołowska

Parodia, słabe efekty, brak krwi, niezrozumienie istoty homażu, niewykorzystany potencjał – no przyznaję, dobrze to nie brzmi. Ale nie jest tak do końca źle. Dla paru scen (choć były już w zwiastunie) i kilku ładnych wizualnie kolorowych widoczków można rzucić okiem (najlepiej, gdy nie widziało się zwiastuna 😉 ). The Final Girls wyróżnia się na tle innych slasherów – to na pewno. Pomysł zdecydowanie nie skazuje Dziewczyn śmierci na zapomnienie, ale zmarnowanie go zasługuje na odwiedziny jakiegoś Jasona Voorheesa u reżysera i pokazanie mu, jak powinna wyglądać efektowna, slasherowa śmierć.

(1999)

Okazuje się, że nawet najlepszy pomysł na film można położyć. Niestety. Przed Wami recenzja filmu The Final Girls - czyli, jak twierdzi Filmweb, choć nie wiem, na jakiej podstawie - Dziewczyny śmierci. Zawiedzione oczekiwania Niespodzianka! Dzisiaj nie będzie o kolejnym filmie 31. Warszawskiego Festiwalu Filmowego! Zrobiłem sobie przerwę od opisywania obejrzanych tam filmów, bo w końcu oglądnąłem jeden z filmów z listy Do obejrzenia, po którym obiecywałem sobie najwięcej i na który czekałem już gdzieś tak dobry rok. Podstawy do dużych oczekiwań były spore, bo i zwiastun The Final Girls był świetny i opinie krytyków bardzo dobre, no i przede…

Czas na ocenę:

Ocena: 6

6

wg Q-skali

Podsumowanie: Grupa młodzieży trafia do ekranowego świata kultowego slashera. Ze świetnego pomysłu mógł wyjść kultowy hołd dla gatunku, ale niestety bardziej wyszła parodia.

5 odpowiedzi

  1. Ano rozczarowanie niestety. Ta stylizacja na przesadnie kolorowe widoczki ma swój urok (las jak z jakiegoś filmu fantasy, te kwiatki i w ogóle…) ale w połączeniu z brakiem krwi, cycków i niskimi lotów dowcipami sprawia, że zbyt często ma się wrażenie, że ogląda się jakąś słabą komedie dla młodzieży a nie slasher czy pastisz slashera. No i pozostaje takie wrażenie, że twórcy nie są ani fanami slasherów, ani tak naprawdę do końca się na nich nie znają. Stąd wyszło jak wyszło.

  2. Quentin

    BTW zmęczyłem parę dni temu Tales of Halloween. Recki nie będzie, bo już nic nie pamiętam, z nudów pół filmu przestukałem w komórkę. Bez jaj te opowieści zupełnie, takie na odpierdol – kazali zrobić, tośmy zrobili.

  3. A co się da opowiedzieć w mniej niż 10 minut jeśli nie ma się jakiegoś super pomysłu na film i trzeba się wstrzelić w temat i jeszcze wykorzystać tych samych młodych statystów, co koledzy? 😉 Moim zdaniem najlepiej wybrnął z tego Mike Mendez, który poszedł w jakieś absurdy i gore i przynajmniej było zabawnie, choć bez sensu ani puenty. 😀 Jeszcze spoko była historyjka młodego Schifrina o kidnaperach. Marshallowi brakowało czasu i lepszych aktorów, a jego żonusia choć fabularnie nie miała nic ciekawego do opowiedzenie to ćwiczenie reżyserskie z budowania grozy zaliczyła pozytywnie. O reszcie już nie ma co gadać. Jeszcze camea znanych reżyserów można odnotować (Gordon, Dante, Landis) no i fajną czołówkę.
    A Christmas Horror Story jednak ciekawsze moim zdaniem.
    Ale – wracają naokoło do tematu – z The Final Girls też nie ma wiele do zapamiętania albo i jeszcze mniej. W głowie mi się ostały fajny widoczek z ostatniej walki i „Betty Davis Eyes”. 😛 I parę rzeczy, o których wolałbym zapomnieć (żenujące CGI i postać mięśniaka-podrywacza).

  4. Quentin

    Tak jest, christmasowe opowieści lepsze, choć też bez wielkiego szału. Ale przynajmniej jest jakaś ciągłość historii i fajniejszy klimat. Choć też nie mogę powiedzieć, że wiele zapamiętałem z seansu jakiś czas temu :). Tyle sobie obiecuję, żeby w końcu przestać oglądać z telefonem, ale czasem filmy nie pomagają…

    Całościowo moim zdaniem jednak The Final Girls bardziej godny zapamiętania, bo czymś się wyróżnia, a te dwa nowelkowe składaki to sztampa i nie ma w nich nic, co by je wyróżniało. Zgoda, może i więcej dobrych rzeczy można wyciągnąć ze składaków, ale jako miłośnik pomysłów wyżej stawiam TFG, który pewnie ciut lepsze wrażenie by wywarł, gdybym go oglądał bez żadnych oczekiwań, znajomości zwiastuna itede.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.