Zapłakana Olivia DeJonge trzyma kamerę
The Visit (2015), reż. M. Night Shyamalan

Recenzja filmu Wizyta, czyli dziadek ma problem z utrzymaniem stolca

O tym, jak cienka jest granica między horrorem a komedią przekonuje najnowszy film reżysera 6 zmysłu M. Nighta Shyamalana.

Śmiesząc przestrasza czy strasząc śmieszy?

Dzisiaj będzie wyjątkowo krótko (nudny już ten żart), bo czuję się jakoś mało elokwentnie. Przewiało mnie coś podczas wizyty na Evereście (recka niedługo), czy jak? Dlatego Wizyta jest dobrym tematem do krótkiej recki, bo cóż o niej można napisać? Niewiele. Ale to po części dlatego, że jak z większością filmów Shyamalana, lepiej za dużo o nim nie wiedzieć. Nie, żeby akurat to było wielkim atutem Wizyty, ale mimo wszystko.

Do końca nie wiem, jakie plany miał Shyamalan kręcąc Wizytę. Jej trailer zaatakował mnie wyjątkowo nagle i bez uprzedzenia. „O, co to? O, nowy Shyamalan? To on coś kręcił teraz?”. A zaraz potem film był już w kinach. Dlatego nawet nie zdążyłem rozejrzeć się za informacjami o nim, czego w innym przypadku przecież też bym nie zrobił. W końcu Wizyta w Prevuesach dostała ode mnie QPĘ. Cały film na szczęście aż tak zły nie był.

Pozostaje jedynie pytanie ze śródtytułu – co autor miał na myśli? Rozśmieszyć czy przestraszyć? Tego nie wiem, ale sądząc po reakcjach widowni udało mu się to pierwsze. Ale znowu nie wiem, czy osiągnął cel, czy może nie miał w ogóle takiego zamiaru. Bądźmy łaskawi i załóżmy, że tak, efekt komiczny to było to, na co liczył Shyamalan.

Deanna Dunagan straszy wnuki w filmie M. Nighta Shyamalana Wizyta

Przychodzi baba do kata…

Wizyta Shyamalana, czyli widzu, masz problem

Tylko co ma zrobić ten biedny widz, który widząc zwiastun i nazwisko Shyamalana jednak idzie do kina na horror? (Zapomnijmy dla dobra sprawy, że nocny reżyser ma na swoim koncie ostatnio m.in. Ostatniego władcę wiatru i 100 lat po Ziemi, które horrorami nie były). Z jednej strony fajnie, że być może wyjdzie z kina w dobrym humorze, ale wcale nie poszedł tam, żeby się pobrechtać z przygód szmerglniętych dziadków i rapującego mini-Eminema T-Diamond Stylusa. Sam więc też nie wiem, co z tym fantem zrobić, bo ostatecznie źle się nie bawiłem, mając przy tym w zupełności świadomość, że to film, o którym wszyscy za pięć minut zapomną. Nie wykluczam, że komuś Wizyta mogła się bardzo nie podobać, ale też nie wykluczam sytuacji odwrotnej. Jedyną zaś bardziej konkretną myślą, z jaką zostawiła mnie Wizyta jest to, że jednak nie ma co igrać z oczekiwaniami widza łącząc bez ostrzeżenia dwa tak różne światy jak horror i komedia.

Choć trzeba przyznać, że Shyamalan dość dobrze poradził sobie i z jednym i z drugim. A już na pewno bez porównania lepiej niż w Zdarzeniu, które od początku do końca miało być śmiertelnie poważne, a nie było delikatnie mówiąc.

I w końcu recenzja Wizyty Shyamalana

Nastoletnie rodzeństwo (brat i siostra) wyruszają na tydzień do dziadków. Mają z nimi spędzić trochę czasu, by matka mogła z nowym narzeczonym wybrać się na rejs na Karaiby. Dziewczyna ma zamiar nakręcić podczas tej wizyty film dokumentalny. Tematów do filmowania nie brakuje, bo okazuje się, że dziadkowie mają dość specyficzne przyzwyczajenia.

Bardzo spodobał mi się komentarz pod jednym z internetowych newsów. „Wizyta to najlepszy film Shyamalana od lat!” brzmiał news, a ów fajny komentarz to: „Ale film jest nadal do dupy, nie?”. Pokazuje to, jakie nastawienie do Shyamalana mają widzowie i temu nastawieniu naprawdę trudno się dziwić. Takimi eksperymentami gatunkowymi jak Wizyta chyba ciężko je będzie zmienić, ale w sumie brawa dla reżysera, że nie poszedł po linii najmniejszego oporu i nie nakręcił jakiegoś pewniaka, który zadowoli przeciętnego widza. Trzeba było odwagi, żeby zaproponować mu coś, z czego naprawdę łatwo szydzić.

Ale faktycznie, Wizytę na pewno ogląda się lepiej niż poprzednie filmy Shyamalana. W kategorii found footage’u nic nowego nie wymyślił, ale trochę porządnych strachów na ekran przemycił, a rozładowujące napięcie żarty są całkiem trafne. Nawet zapowiadana w tytule recenzji scena jakoś nie razi, co ułatwia bardzo fajny Ed Oxenbould w roli brata, który jest najjaśniejszym elementem całego filmu.

Ed Oxenbould w filmie Wizyta w reżyserii M. Nighta Syamalana

– Dobrze zagrałeś, masz od babci Oscara!

A sam film… No cóż, obojętnym Was nie zostawi, ale jakie uczucia wobec niego będą w Was przeważały, to już sami musicie zobaczyć. Jedno jest pewne, to rzeczywiście najlepszy film Shyamalana od lat. I trochę z bólem serca daję Szóstkę po tym wszystkim, co tutaj napisałem.

(1972)

O tym, jak cienka jest granica między horrorem a komedią przekonuje najnowszy film reżysera 6 zmysłu M. Nighta Shyamalana. Śmiesząc przestrasza czy strasząc śmieszy? Dzisiaj będzie wyjątkowo krótko (nudny już ten żart), bo czuję się jakoś mało elokwentnie. Przewiało mnie coś podczas wizyty na Evereście (recka niedługo), czy jak? Dlatego Wizyta jest dobrym tematem do krótkiej recki, bo cóż o niej można napisać? Niewiele. Ale to po części dlatego, że jak z większością filmów Shyamalana, lepiej za dużo o nim nie wiedzieć. Nie, żeby akurat to było wielkim atutem Wizyty, ale mimo wszystko. Do końca nie wiem, jakie plany miał…

Czas na ocenę:

Ocena: 6

6

wg Q-skali

Podsumowanie: Nastoletnie rodzeństwo wybiera się na tydzień do dziadków. Nie spodziewają się tego, co u nich zostaną. M. Night Shyamalan w miłosnym trójkącie z horrorem i komedią.

3 odpowiedzi

  1. O, to ktoś jeszcze chadza do kina na Shyamalana? 😉 Mnie tylko jedna rzecz zaskakuje. Wcześniejsze filmy Hindusa miały lepszą lub gorszą fabułę (od pewnego momentu już tylko gorszą), ale zawsze ta strona techniczna, zdjęcia, muzyka były na dobrym poziomie. A tu kurna jakieś mockumentary/found-footage, czyli zdjęcia jakąś tanią cyfrówką, a muzyki pewnie nie ma wcale (?), a wszyscy trąbią, że najlepszy film Shyamalana od lat. O co chodzi? :)

  2. Quentin

    Chodzenie na Shyamalana to oznaka dojrzałości, znania własnej wartości i nie bania się tego, co o tobie powiedzą inni :).

    No może chodzi o to, że najwyższy czas było coś w końcu zmienić? :)

    PS. A nie pamiętam nawet muzyki. Czyli pewnie nie było. T-Diamond dużo rapował.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.