Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
recenzja koreańskiego filmu No Tears for the Dead
No Tears for the Dead (2014), reż. Jeong-beom Lee

Recenzja filmu No Tears for the Dead, czyli Dziki Gon

Po świetnie przyjętym, bo po prostu świetnym, Człowieku znikąd [Ajeossi aka The Man from Nowhere] jego reżyser Jeong-beom Lee powraca kolejnym filmem. A my, tzn. Q, wracamy na chwilkę do południowokoreańskiej kinematografii, która była tu ostatnio trochę zaniedbana. Nie mówiąc o koreańskich dramach, które Asiek całkowicie zaniedbała, bo jej przykro, że podobno nikt tego nie czyta. Ogarnijcie się, ludzie! Czytajcie o koreańskich dramach!

Klasyczne azjatyckie heroiczne kino akcji

Trudno o bardziej jaskrawy przykład na azjatycką filozofię heroicznego kina akcji niż No Tears for the Dead, który korzysta pełnymi garściami z tego, co w Azji lubią najbardziej. Tym razem Jeong-beom Lee odwrócił historię opowiedzianą w Człowieku znikąd i kiedy tam główny bohater stawał na głowie, żeby ochronić małą dziewczynkę, tutaj już na początku filmu inny główny bohater podobnie małą dziewczynkę… zabija. W scenie, której raczej trudno byłoby szukać w amerykańskim kinie. Skurwiel, pomyślicie. Cóż, w azjatyckim kinie nic nie jest takie czarno-białe, a zabójca małej dziewczynki wcale nie musi być skurwielem.

O czym jest No Tears for the Dead

Mamy więc tego głównego bohatera, który od dziecka wychowywał się w Stanach, tam mieszka i jest jednym z najlepszych miejscowych killerów. Szef wysyła go na akcję, by za wszelką cenę odzyskał pewne dane z rąk jednego koreańskiego dżentelmena. Nasz bohater, Gon (Dong-gun Jang, mogliście go m.in. oglądać wczoraj na TV4 w świetnym Braterstwie broni), wpada na imprezę, zabija całe towarzystwo, ale danych nie udaje mu się odzyskać. Na domiar złego przypadkiem zabija córeczkę swojego celu. A jako że jesteśmy w azjatyckim filmie, to zły szef każe mu również zastrzelić… matkę córeczki, a uprzednio odebrać od niej dane, które być może dostała od męża. Gon wyrusza do Korei Południowej, gdzie okazuje się, że jej nowy cel… cierpi na amnezję. Mało?

Akcja na najwyższym światowym poziomie. Tylko i aż

Azjaci lubią takie wzruszające historie i nie dbają o ty, czy komuś będą przeszkadzały zbiegi okoliczności czy nie. Jeśli amnezja ma pomóc filmowi być jeszcze bardziej wzruszającym, to czemu nie, może być i amnezja. Do kompletu należy dodać archetypowego płatnego zabójcę – bezwzględnego kiedy trzeba, ale obdarzonego złotym sercem, które tylko maskuje swoją brutalnością i rosnącą kupką trupów poległych z jego ręki. To idealna postać do tego, by śmierć małej dziewczynki przeszyła ją do głębi na tyle, by za chwilę stanąć przeciwko swojemu chlebodawcy i obdarzonym równie wysokimi umiejętnościami zabijania kolegom. Taki punkt wyjścia to tylko woda na młyn klasycznej azjatyckiej historii, jaką No Tears fo the Dead jest.

Tyle tylko, że akurat w tym filmie sprawdza się to średnio. Trudno się jednak dziwić – w The Man from Nowhere wszystko było jasne, trzeba ochronić małą dziewczynkę za wszelką cenę, a widz od razu angażuje się w tę sytuację. W No Tears for the Dead nie ma takiego haczyka, który pozwoliłby się bardziej wciągnąć w akcję i kibicować komukolwiek. To słaba strona tego filmu, który staje się dla widza zupełnie obojętnym, gdy nikt się nie strzela.

Ale gdy zaczynają się strzelaniny, to wtedy No Tears for the Dead błyszczy najbardziej! Ich realizacja na najwyższym światowym poziomie sprawia, że znakomicie się to ogląda i człowiek szybko rozumie, że tak krwawych napieprzanek próżno szukać w jakimkolwiek amerykańskim filmie. Takie cuda tylko w Korei Południowej. I dla nich warto zobaczyć No Tears for the Dead, który zrealizowany jest perfekcyjnie (nawet zagraniczne role i Koreańczycy mówiący po angielsku wypadli bardzo dobrze, co rzadkie w azjatyckim kinie), ale któremu brakuje tego czegoś, co sprawiłoby, że widz bez reszty zaangażowałby się w całą tę historię.

(1966)

Po świetnie przyjętym, bo po prostu świetnym, Człowieku znikąd [Ajeossi aka The Man from Nowhere] jego reżyser Jeong-beom Lee powraca kolejnym filmem. A my, tzn. Q, wracamy na chwilkę do południowokoreańskiej kinematografii, która była tu ostatnio trochę zaniedbana. Nie mówiąc o koreańskich dramach, które Asiek całkowicie zaniedbała, bo jej przykro, że podobno nikt tego nie czyta. Ogarnijcie się, ludzie! Czytajcie o koreańskich dramach! Klasyczne azjatyckie heroiczne kino akcji Trudno o bardziej jaskrawy przykład na azjatycką filozofię heroicznego kina akcji niż No Tears for the Dead, który korzysta pełnymi garściami z tego, co w Azji lubią najbardziej. Tym razem Jeong-beom Lee…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Płatny zabójca staje przeciwko swoim mocodawcom, gdy jedna z akcji kończy się tragicznie. Film przeciętny, ale akcja na najwyższym światowym poziomie.

3 odpowiedzi

  1. Nie chciałbym stawiać zbyt daleko idących tez, ale trochę jakby obniżyło loty koreańskie kino. Trzech chyba najzdolniejszych reżyserów kina rozrywkowego zaliczyło (raczej krótkie) wycieczki do Hollywoodu w ubiegłym roku, a w tym samym czasie na krajowym podwórku tak bez szału jakoś. „No tears for dead” jest jeszcze przyzwoity, ale… no właśnie. Tylko przyzwoity. W sumie był jeszcze niezły, nawet lepszy „A hard day” łączący thriller z czarną komedią, ale to też nie był ósmy cud świata. Ale może ja już za duże oczekiwania mam licząc na kolejnego „Chasera”/”Memories of Murderer”/”I saw the devil” przy każdej produkcji z Seulu. 😉

  2. Quentin

    Ja osobiście nie przepadam za żadnym z tej trójcy, ale myślę, że to bardziej ze mną problem :)

    Z pewnością mniej dobrych filmów wypuszczają niż jeszcze do niedawna i chyba trochę padli ofiarą samych siebie, niepotrzebnie tak poprzeczkę podnieśli i teraz odbijają się od muru. Trudno o coś świeżego. A Hard Day był takim rolleciasterem trochę. Świetnie, tak sobie, świetnie, tak sobie. Ale i tak nadal wygrywają tym, że nie muszą się martwić polityczną poprawnością. Ta ich w Stanach grzebie.

    Ale taki np. Stoker był kozak, szczególnie jak na przeciętny scenariusz Wentwortha.

  3. Pełna zgoda – odnośnie „Stokera” jak i tego w pierwszym akapicie. ;))))))
    A „The Neighbors” (z 2012 bodajże, choć ja to z dobrym 2-letnim opóźnieniem oglądałem) Ci się podobało?

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.