"Disco polo" - fot. screen z Youtube
"Disco polo" - fot. screen z Youtube

Disco polo

Przyznam szczerze, że zabił mi ćwieka ten film i do końca nie wiem, co o nim sądzić. Po pierwszych dziesięciu minutach orzekłem „To będzie ciężki seans! Tak musiałby wyglądać bardzo nieudany Moulin Rouge! Luhrmanna)”, ale potem… zaczęło mi się podobać!

Na pewno nie sprawdziły się moje przypuszczenia co do fałszywych intencji twórców. Bałem się, że wzorem „Kochaj i rób co chcesz” autorzy filmu potraktują disco polo z wyższością i zabraknie potrzebnego do tematu dystansu. Ale takiego zdrowego dystansu, który z jednej strony puszczałby do widza oczko, ale z drugiej nie stawiał muzyki disco polo w roli cyrkowego freaka. Kiczowatego kuriozum prezentowanego dla uciechy mającej się za lepszą gawiedzi. I tego dystansu nie zabrakło. Nie jest „Disco polo” filmem poważnym, ale gdybym był frontmanem Bayer Fullu to też nie wstydziłbym się firmować swoją twarzą ostatecznego filmowego produktu. Widziałem, jak w studio tv opowiadał, że w trakcie seansu przypomniały mu się pionierskie czasy, gdy disco polo dopiero raczkowało. Myślałem: „taa, dostał kasę to chwali”. Ale nie, chyba jednak uczciwy był. Zresztą po co mu jeszcze więcej kasy, na pewno nie kosztem robienia z gęby cholewy.

Co nie zmienia faktu, że początek filmu Macieja Bochniaka nie jest zachęcający. Zbyt przerysowany wstęp do całej historii, wynikający z założenia opowiedzenia fenomenu muzyki disco polo przez pryzmat amerykańskiego snu, nie trafił mi do gustu. Zresztą nie jestem w ogóle przekonany do tej całej amerykańskiej estetyki przewijającej się przez cały seans. Zdecydowanie lepiej podobały mi się te fragmenty, które były wolne od amerykańskich konotacji. Te swojskie i przaśne jak muzyka disco polo. Bo jednak to film dużo bardziej o niej, a nie o czasach, w których kwitł u nas kapitalizm. Do tej drugiej opowieści pasowałby Dziki Zachód, kowboje i udający teksański akcent Dawid Ogrodnik. A tej pierwszej w zupełności wystarczyłby świat wiejskich dyskotek, wąsów i fryzur na Ryszarda Stańka. Równie kolorowy co opowieści zza wody.

Przypadkowo wrzucone zdjęcie Dawida Ogrodnika i Mateusza Kościukiewicza, żeby nie było "ściany tekstu" - fot, screen z Youtube

Przypadkowo wrzucone zdjęcie Dawida Ogrodnika i Mateusza Kościukiewicza, żeby nie było „ściany tekstu” – fot. screen z Youtube

No ale to tylko moja opinia, która nie ma wpływu na to, że autorzy filmu założyli taką a nie inną stylistykę i jej się od początku do końca trzymali. Kiedy zobaczyłem, że zamierzają opowiedzieć swoją historię w stylu, którego się nie spodziewałem, ale na który liczyłem, jakoś tak łatwiej już było mi przełknąć amerykańską konwencję. Na tyle, że nawet momentami ją doceniłem, choć nie powiem, żebym się do niej przekonał. W każdym razie nie było w „Disco polo” przypadku, więc już tylko kwestia indywidualnego gustu, czy to się podoba. A nawet jeśli nie, to warto pochwalić autorów za zrobienie nietuzinkowego filmu, który bawi się formą. Nawet, gdy nie do końca to wychodzi.

Film Bochniaka i Mateusza Kościukiewicza (współautor scenariusza i odtwórca kilku dość specyficznych epizodów) opowiada historię mieszkającego na głębokiej prowincji Tomka (Ogrodnik), który w muzyce disco polo upatruje swojego pomysłu na dolce vita. Chłopak ma dobry głos, ale do tego potrzebuje zdolnego autora piosenek. Tego odnajduje w postaci Rudego (Piotr Głowacki), autora największego hitu ogólnopolskiej gwiazdy disco polo, kapeli Atomic. Rudego połknął kiedyś discopolobiznes i wypluł bez grosza oraz przyjaźni. Teraz niechętnie zgadza się na napisanie przebojów dla dwuosobowej formacji Laser. A z przebojami już tylko krok do sławy – wystarczy jedynie przekonać do siebie króla disco polo Daniela Polaka (Tomasz Kot). Prywatnie narzeczonego divy Gensoniny (Joanna Kulig), która od razu wpada w oko Tomkowi.

Skostniały świat rewolucji przemysłowej nie wierzy w powodzenie rewolucji kulturowej - fot. screen z Youtube

Skostniały świat rewolucji przemysłowej nie wierzy w powodzenie rewolucji kulturowej – fot. screen z Youtube

„Disco polo” ma dużo mocnych punktów, ale wśród nich raczej nie ma fabuły, której brakuje jakiegoś bardziej chwytliwego pomysłu (jego opakowaniem już zająłem się wyżej; warto tu jeszcze wspomnieć, bo nie wiem gdzie to wcisnąć, o świetnym teledysku do „Sonetu dla miłości” w konwencji Titanica – jak chcą to potrafią). Szczególnie im dalej w film, tym bardziej widać, że za bardzo nie było koncepcji jak to pociągnąć. Sam pomysł „filmu o disco polo” wystarczył do połowy seansu, potem trzeba było kombinować. No ale ostatecznie zawsze można go bronić tym, że to celowe i fabuła filmu jest tak prosta jak tekst piosenki disco polo. I ja bym kupił takie tłumaczenie, szczególnie że ważniejsza tutaj jest rozrywka i dobra zabawa.

A tę zapewnia świetna obsada filmu wybrana spośród moich ulubionych polskich aktorów. I nie mówię o Ogrodniku i Tomaszu Kocie (szczególnie ten drugi jest wybitny), bo to oczywista oczywistość. Myślę raczej o Piotrze Głowackim i Rafale Maćkowiaku w roli Maćka z Atomica (badassowe nazwisko), którego ostatnio w polskim kinie zdecydowanie za mało. Tu też jego potencjał nie został do końca wykorzystany. O grającej Gensoninę Joannie Kulig nie wiem co myśleć. Jej wulgarna uroda sprawia, że czasem wygląda na zupełnie nie pasującą do żadnej bajki, by za chwilę zachwycała samą obecnością na ekranie. Oprócz nich na ekranie przewijają się w tle m.in. Tomasz Niecik i Radek Liszewski, którzy całkiem nieźle sobie radzą. Zupełnie zaś (znów) nie podobała mi się Aleksandra Hamkało, która w roli Miksera była sympatyczna, dopóki się nie odezwała.

Tomasz Wąs - fot. screen z Youtube

Tomasz Wąs – fot. screen z Youtube

Ale całością filmu rządzi i dzieli muzyka. Uff, tu miałem największe obawy po klopsie ww. „Kochaj i rób…”! Na szczęście, jak przystało na film o disco polo, ścieżka dźwiękowa rozbrzmiewa największymi hitami tejże muzyki. Najwięcej tu chyba Akcentu, bo i scenariusz rzekomo oparty jest na losach jego charyzmatycznego frontmana Zenka Martyniuka. Zremasteryzowane (czy jak to się tam nazywa) największe przeboje dp (nie mylić z double penetration :P) brzmią na ekranie świetnie, choć trochę brak im przaśności oryginałów.

Przyznam szczerze, że zabił mi ćwieka ten film i do końca nie wiem, co o nim sądzić. Po pierwszych dziesięciu minutach orzekłem "To będzie ciężki seans! Tak musiałby wyglądać bardzo nieudany Moulin Rouge! Luhrmanna)", ale potem... zaczęło mi się podobać! Na pewno nie sprawdziły się moje przypuszczenia co do fałszywych intencji twórców. Bałem się, że wzorem "Kochaj i rób co chcesz" autorzy filmu potraktują disco polo z wyższością i zabraknie potrzebnego do tematu dystansu. Ale takiego zdrowego dystansu, który z jednej strony puszczałby do widza oczko, ale z drugiej nie stawiał muzyki disco polo w roli cyrkowego freaka. Kiczowatego kuriozum…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Podsumowanie: Historia formacji Laser, która na początku lat 90. pragnie podbić szczyty list przebojów muzyki disco polo. Rozśpiewane i kolorowe kino, które miało się nie udać, a jednak wyszło.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.