Robert Więckiewicz w filmie "Ziarno prawdy" - fot. screen z Youtube
Robert Więckiewicz w filmie "Ziarno prawdy" - fot. screen z Youtube

Ziarno prawdy

Aby nakręcić kryminał/thriller lepszy niż inne polskie produkcje tego typu, nie trzeba się dużo starać. Na szczęście Borys Lankosz się postarał.

[nieistotne] Przerąbane, teraz (za chwilę) na nowym blogu mam te kilka pierwszych słów zajawki, które pojawiają się na stronie głównej i trzeba zaczynać od jakieś mądrości najlepiej. Koniec z narzekaniem, że mi się nie chce, ale piszę, że nie mogę się zebrać do oglądania, ale oglądam. Kończy się pewna era. Koniec z pierwszymi akapitami o niczym. [/nieistotne]

Postarał się, ale i materiał wyjściowy miał podany jak na tacy. Świetnie napisaną powieść, której autor – powtarzam się, ale to już ostatni raz – czuje kino i pisze tak, jakby po prostu opisywał dobry film. Oczywiście wszystko można spieprzyć, nawet coś, co wydaje się nie do spieprzenia. Przyjdzie taki reżyser mądrala i zmieni głównego bohatera w kobietę, a miasto, w którym dzieje się akcja na inne miasto. I myśli, że jest Twórcą. Otóż nie. Kluczem do zwycięstwa w przenoszeniu na ekran dobrego materiału jest trzymanie się go możliwie jak najwierniej. Zrozumiał to Lankosz i wyszedł z zadania obronną ręką. A po zgadze „Uwikłania” pozostał tylko głos Mai Ostaszewskiej w słuchawce telefonu. Oto aktorka, która u Bromskiego/Machulskiego wystąpiła w roli Szackiego, tutaj jest głosem jego żony. Przyjemny smaczek, który też dowodzi tego, że Lankosz wie, o co chodzi w zabawie w kino.

Dobrze też, że do scenariusza nie wmieszał się znów Juliusz Machulski. Facet, który od lat nie zrobił dobrego filmu, a w polskim kinie nadal uważany jest za alfę i omegę, został zastąpiony autorem książkowego pierwowzoru – Zygmuntem Miłoszewskim. Na pewno wyszło to na dobre.

W Sandomierzu odnalezione zostaje nagie ciało zamordowanej kobiety. Zaszlachtowana rzeźnickim nożem stanowi dla patologa nie lada zagadkę. Do śledztwa natychmiast przystępuje prokurator Teodor Szacki. Goguś z warszawki przyjechał tu na ciepłą posadkę, by odpocząć, co nie przeszkadza mu rozstawiać wszystkich po kątach i brylować elokwencją. Tym razem jednak zagadka zbrodni może odbić się czkawką – wszystko wskazuje na to, że w posiadającym bogatą antysemicką przeszłość Sandomierzu znów powrócił mord rytualny.

Zanim zacznę narzekać – no nie myślcie, że wyszedł film idealny – z całą świadomością napiszę, że zachęcam Was do wizyty w kinie, bo warto. „Ziarno prawdy” to prawdopodobnie najlepszy kryminał/thriller (bardziej kryminał niż thriller), jaki został u nas nakręcony. I nie wstyd go nawet pokazać reszcie świata. Nieważne, że nie ma tutaj właściwie żadnej konkurencji. Nawet gdyby miał, to i tak mógłby śmiało powalczyć o miano najlepszego. Przede wszystkim ma ciekawą, zakończoną twistem, historię, dobrych aktorów (jednych lepszych, drugich gorszych, ale chyba nikogo bym nie chciał wymienić), fachowe – jak na polskich operatorów przystało – chłodne zdjęcia, no i – co zawsze ważne – nie ma tu bodaj ani jednej żenującej sceny, czy suchego tekstu. Aktorzy mają trochę problemów z ich podawaniem (Poniedziałek koncertowo spieprzył tekst o, pardon, pierdoleniu), ale to chyba dlatego, że nie są przyzwyczajeni do dobrych onelinerów w polskim kinie. Jeszcze parę takich filmów i się wyrobią – dajcie Miłoszewskiemu pisać scenariusze i trzymajcie Bromskiego z dala od nich.

Skoro o aktorach mowa, to jednak co stara gwardia to stara gwardia. Psioczyłem na niego po zwiastunie, ale już w filmie Jerzy Trela pozamiatał konkurencję. Miał trochę łatwiej, bo większość aktorów miało nie za wiele czasu, żeby błysnąć. Więckiewicz tym razem nie zrobił mu konkurencji – zagrał poprawnie, ale bez szału. Ot, zrobił swoje.

Czas na to, co tygrysy lubią najbardziej: obrabianie dupy. Skoro było już o aktorach i operatorach, to zacznę od mniejszego problemu – muzyki. Szkoda, że obecność na liście płac Abla Korzeniowskiego nie zaowocowała czymś lepszym. Udział kompozytora ograniczył się właściwie do muzyki w trakcie napisów początkowych (ryzykowna animacja, beznadziejne – jak zawsze u nas – fonty) i przy końcu. Reszta filmu swoją ciszą bądź standardowym thrillerowym plumkaniem aż wrzeszczy o porządną ścieżkę dźwiękową.

No i – pomimo udziału Miłoszewskiego, który przecież książkę zna najlepiej – o bardziej zwarty scenariusz. Nie mam wątpliwości, że uprzywilejowane będą osoby, które czytały książkę, a trudno postawić mi się w sytuacji osoby, która książki nie zna. Jako ta pierwsza byłem w stanie dopowiedzieć sobie to, czego w filmie nie powiedziano, a co jest ważne. I dzięki temu nie narzekam na nieprzemyślane poszatkowanie książki na właściwie serię segmentów przechodzących jeden w drugi, trochę jak odcinki serialu. Bo brakuje tu ciągłości zdarzeń i wiele postaci pojawia się tylko po to, żeby popchnąć akcję do przodu i zniknąć. Koleś od noży, koleś od żółci, ksiądz, rabin – robią swoje i znikają bez słowa. Co gorsza, często szczędzi nam się tłumaczenia kim są (po duchownych chociaż widać, ale kto by się domyślił, że Poniedziałek gra tutaj profilera?), jakby przecież wszyscy to wiedzieli. Z tego powodu trafiają się również kuriozalne sceny, jak ta z Hamkało (w ogóle niepotrzebny wątek, w całości), kiedy wylicza Szackiemu, że studiowała tu, studiowała tam, jest obywatelką świata i w ogóle przyszłą Ewą Kopacz! Dziwnie brzmi to bezsensowne wyznanie ni stąd, ni zowąd. Przeskoczyło do filmu z książki, ale w książce miało sens, bo panienka miała konkretny background, którego tu zabrakło, jakby Hamkało była potrzebna tylko do pokazania biustu. (Ale – żeby nie było – pojawiły się też pozytywne operacje na książce i darowano nam np. kilkustronicowe szukanie właściwego symbolu rodła.)

Nie ma też w filmie aż tak wyraźnie brzmiącego w książce wątku żydowskiego. Jakby autorzy, obawiając się reakcji, postanowili okroić go do niezbędnego minimum. Historia dużo przez to traci. Coś tam gadają o macy, o dzieciach w beczkach, w końcu o niefortunnym obrazie, ale gdy się tylko da – unika się tego tematu, przez co z książki prawie że historycznej zrobił się trochę kryminalny procedural.

Ale i tak jest bardzo dobrze! 8/10

(1854)

8 Stars (8/10)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.