"A Girl Walks Home Alone at Night" - fot. screen z Youtube
"A Girl Walks Home Alone at Night" - fot. screen z Youtube

Black Bear 2014 – O dziewczynie, która wraca sama nocą do domu [A Girl Walks Home Alone at Night]

Zwiastun tego filmu wpadł mi w oko już jakiś czas temu. Na tyle, że pojawił się na Q-Blogu chyba dwa razy, o ile dobrze pamiętam. Nic jednak dziwnego, bo od pierwszych sekund trwania zwracał uwagę i, jak przystało na zwiastun, podsycał zainteresowanie samym filmem. Kiedy więc zobaczyłem go w repertuarze BBF, jako pierwszy wylądował na mojej liście do zaliczenia.

Młody chłopak, wypisz wymaluj irański James Dead (o, fajna literówka mi „się zrobiła”; zauważyłem, ale zostawiam), wychowuje się w smętnym miasteczku o wszystko mówiącej nazwie Bad Town. Jego jedynym oczkiem w głowie jest wypasiona furka, którą traci na rzecz miejscowego handlarza narkotykami. Ma u niego długi, które zaciągnął, by zdobyć towar dla ojca narkomana. Pewnej nocy spotyka tajemniczą dziewczynę, która – zgodnie z tytułem – przemierza nocami uliczki Bad Town. Nie domyśla się nawet, że dziewczyna skrywa pewien sekret. A właściwie to nawet nie skrywa, ale po prostu o nim nie wspomina.

Wracając z seansu wymyśliłem sobie, że są trzy rodzaje filmów, których nigdy się nie zapomni. Filmy tak dobre, że nigdy się ich nie zapomni, filmy tak złe, że nigdy się ich nie zapomni oraz filmy tak specyficzne, że choć nie urzekły, to nigdy się ich nie zapomni. „Dziewczyna…” należy do tej trzeciej kategorii i trzeba zaznaczyć, że w żadnym wypadku nie jest to przytyk. Najczęściej z filmem tego rodzaju mamy do czynienia w przypadku kina, które nie do końca jest przeznaczone dla nas. Każdy ma swój gust, swoje preferencje – tak widz, jak i twórca. Nie może być tak, że gust jednego z gustem drugiego zawsze gdzieś się tam będzie się spotykał.

„Dziewczyna..” z pewnością jest dziełem przemyślanym i konsekwentnym. Łączy w sobie stylizację na stare, zaludnione przez klasycznych bohaterów czarno-białe kino z kinem nowocześnie zmontowanym, przypominającym już na pierwszy rzut oka filmy Tarantino, Refna i reszty młodych, gniewnych twórców, którzy wiedzą, co zrobić z obrazem, żeby widz nie poczuł się jak na po raz tysięczny odgrzewanym kotlecie. Ale najwięcej skojarzeń łączy „Dziewczynę…” z wczesnym kinem Jima Jarmusha – tak w zasadzie musiałoby to wyglądać, gdyby Jarmush nakręcił film o irańskich wampirach (PS. nie wiem, jak do sprawy ma się „Only Lovers Left Alive”, bo nie widziałem). I tutaj też upatruję źródła moich mieszanych uczuć – nie przepadam za kinem Jarmusha.

Ta irańska hybryda gatunkowa to prawdziwy cukierek dla oczu i uszu. Wyraźne jak żyleta, przemyślane kadry zilustrowane zostały świetną, pulsującą muzyką nadającą niepowtarzalny klimat. Tyle tylko, że jest to przy okazji kino artystyczne z wszelkimi wadami i zaletami (standardowo: to, co dla jednego wadą, dla drugiego zaletą i vice versa). I choć zwiastun zapowiada zabawę gatunkiem na całego, to reżyserka ucieka od sztuczek, które zadowolą mniej wyszukane gusta (moje). Zdaje sobie sprawę z absurdów świata, jaki wykreowała oraz z genialnego skojarzenia odzianych w czadory kobiecych postaci z murnauowskim Nosferatu i z tego korzysta, ale czuć, że artystyczna dusza nie pozwala jej podążyć na dobre tą ścieżką. Stąd pełno w filmie przestojów, które mogą wywołać znudzenie. Choć powtarzam – dla jednego przestój, dla drugiego artyzm.

Na pewno warto spróbować zmierzyć się z tym filmem Any Lily Amirpour i samemu się przekonać czy to arcydzieło, czy może przerost formy nad treścią. Osobiście, choć wystawiam neutralne 7/10, uważam, że nawet jeśli „Dziewczyna…” się nie spodoba, to seans nie będzie czasem straconym. Szczególnie że jest w filmie jeszcze jedna warstwa, o której w ogóle nie wspomniałem. Warstwa metaforyczna z szybami naftowymi wysysającymi stalowymi kłami z irańskiej ziemi ropę niczym wampir krew i z nowym społeczeństwem, w którym patriarchowie dają w żyłę, a wyzwolone dziewczyny traktują czador niczym przebranie – potrzebne tylko na Halloween.

(1837)

Zwiastun tego filmu wpadł mi w oko już jakiś czas temu. Na tyle, że pojawił się na Q-Blogu chyba dwa razy, o ile dobrze pamiętam. Nic jednak dziwnego, bo od pierwszych sekund trwania zwracał uwagę i, jak przystało na zwiastun, podsycał zainteresowanie samym filmem. Kiedy więc zobaczyłem go w repertuarze BBF, jako pierwszy wylądował na mojej liście do zaliczenia. Młody chłopak, wypisz wymaluj irański James Dead (o, fajna literówka mi "się zrobiła"; zauważyłem, ale zostawiam), wychowuje się w smętnym miasteczku o wszystko mówiącej nazwie Bad Town. Jego jedynym oczkiem w głowie jest wypasiona furka, którą traci na rzecz miejscowego handlarza…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.