Wyścig [Rush]

Rzadko się zdarza, że jakiś film zasługuje w moich oczach na maksa. Nic dziwnego, gdyby zdarzało się to często – nie byłoby się czym podniecać. I choć może 10/10 nie jest przeznaczone tylko dla filmów wybitnych, filmów, które rzuciły mnie na kolana, filmów, które wprowadziły kino w XXIII wiek itp., to jednak nie ulega wątpliwości, że nie wystarczy się bardzo postarać, bym taką pracę docenił dziesiątką. Właściwie to nie wiadomo co tak naprawdę trzeba zrobić.

Wstęp nie pozostawia raczej większych wątpliwości, że przed Wami film, który wyceniłem na maksymalną dziesiątkę (10/10, żeby było oficjalnie). Poszedł maks, choć film Rona Howarda ślizgał się długimi momentami po dziewiątce. W dyszce upewnił mnie dopiero gambit pytając retorycznie: jeśli 10 nie dla tego filmu to dla jakiego? Dobre pytanie i trafiające dokładnie w punkt. Bo pod względem zupełnie subiektywnego odbioru nie jest to film, po którym miałbym krokodyle łzy w oczach i ciarki (gdzie indziej) oraz któremu postawiłbym w pokoju ołtarzyk, ale obiektywnie nie widzę żadnego powodu, by obniżyć maksymalną ocenę. No i też doskonale się na nim bawiłem, żeby nie było wątpliwości..

A o moje zadowolenie zadbał mój prywatnie ulubiony scenarzysta Peter Morgan, który fascynującą prawdziwą historię przełożył na język emocjonującego filmu. Zdarzyło mu się to zresztą nie pierwszy raz, tak samo jak i nie pierwszy raz świetnie to wyreżyserował Ron Howard (wcześniej przy okazji Frost/Nixon). Tym razem nie było o polityce (jak wcześniej w przypadku m.in. Królowej czy Ostatniego króla Szkocji), ale znów o sporcie. Znów, bo Morgan ma na swoim koncie uznawany przez wielu za najlepszy film o piłce nożnej – The Damned United. A teraz ma już na tymże koncie dwa świetne filmy o sporcie i oby to nie był koniec.

Formuła 1, przez wielu uznawana za nudziarstwo (przeze mnie trochę też; mam na ten temat kilka głębszych 😉 przemyśleń, ale to nie czas ani miejsce na nie), w swojej kilkudziesięcioletniej historii ma przynajmniej kilka gotowych na film epizodów. Są to historie z gatunku „życie jest najlepszym scenarzystą, bo gdyby scenarzysta coś takiego wymyślił to by go zadziobali, że to niemożliwe” (sam wymyśliłem ten gatunek). Rozpisałem się trochę na ten temat ostatnio przy okazji recenzji 1, więc tym razem sobie daruję. Napiszę tylko tyle, że Howard/Morgan wzięli się za historię rywalizacji Nikiego Laudy i Jamesa Hunta. Rywalizacji w sporcie, w którym „każdego roku ginęło dwóch z nas”. Teraz, na szczęście, już nie ginie, a ostatnim śmiertelnym wypadkiem wśród kierowców na torze Formuły 1 był ten Ayrtona Senny (wspominam o nim tylko po to, żeby sobie zalinkować reckę wybitnego filmu o brazylijskim kierowcy).

Tym bardziej (dziś F1 jest za bardzo „ograniczona”, żeby takie historie mogły się powtórzyć – kierowcy nawet specjalny guziczek mają, żeby grzecznie z tą samą prekością wjeżdżać do pit stopu) z rosnącą fascynacją ogląda się rywalizację dwóch wielkich rywali, która na stałe zapisała się złotymi zgłoskami w historii sportu, a teraz z pewnością znajdzie uznanie nawet wśród tych, którzy Formułą 1 się nie interesują.

Bo to szybki, porywający film, w którym nie brakuje powagi, ale jest też naprawdę dużu luzu, który zamienia ową historię we wspaniałą przygodę. Ci wspaniali mężczyźni w swoich wspaniałych bolidach urzeczywistniają marzenia skrywane przez wielu z nas i przeżywają coś, co mogą przypłacić życiem, ale dzięki czemu zarazem czują, że żyją. A że obaj bohaterowie różnią się od siebie w zasadzie wszystkim, tym ta historia jest bardziej ciekawa – bo przecież nic tak nie robi dobrze filmowi jak kontrast. Ciekawy jest tu zresztą zabieg scenariuszowy, dzięki któremu film ma tak naprawdę dwóch narratorów – można dzięki temu na te same sprawy spojrzeć z dwóch różnych punktów widzenia. To pomaga w odbiorze całości.

„Wyścig” (nie mylić z „Wyścigiem” ze Stallone; polscy twórcy tytułów – wiadomo nie od dziś – mają ograniczoną wyobraźnię), oprócz wspaniałej historii, daje też prztyczka w nos technologii 3D, którą zjada na śniadanie. To wspaniale zrealizowany film ze zdjęciami dokładnie takimi jak lubię (trudno mi tu wdawać się w szczegóły, bo brakuje mi terminologii; to raczej takie ogólne wrażenie oglądania filmu nakręconego w starym dobrym stylu). Wszystko wyraźne, dynamiczne, kolorowe, no i ten dźwięk silników! W trailerach wyścigi F1 wyglądały za bardzo „amerykańsko”, a mniej realnie, ale już w filmie nie ma takiego wrażenia. Nie przesadzę więc, podsumowując, że nawet najwspanialszy film w 3D nie może się równać z takim kinem.

Jakieś tam zastrzeżonka bym wydłubał (głównie brak aktualnej punktacji w MŚ, jakby twórcy za wszelką cenę chcieli nie pozwolić widzowi dojść do wniosku, że Lauda w feralnym wyścigu w środku sezonu tak naprawdę nie musiał się wcale wysilać i skoro się bał, to wystarczyło odpuścić – Hunt i tak miał minimalne szanse, żeby go na koniec sezonu dogonić; całość podsycona oddaniem kilku punktów Huntowi jakby to wiele miało zmienić), ale nie ma potrzeby robić tego w filmie na 10/10.

(1621)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.