Formuła 1, Beatlesi i Żywe Trupy

Na początek wiadomość organizacyjna dla wszystkich czterech Fanów: bezprecedensowa sytuacja w kilkuletniej emisji Dextera, kierownictwo stacji w związku z kiepską oglądalnością serialu rozważa jego cancel po trzecim odcinku dziewiątej serii. Czwarty odcinek zostanie wyemitowany dopiero wtedy, gdy stacja zdecyduje się jednak nie przerywać emisji. A póki co zamiast odcinka posłuchajcie sobie muzyczki: la la la la la.

A teraz przechodzimy do sedna dzisiejszego wpisu, czyli trzech dokumentalnych filmów, jakie miałem przyjemność zobaczyć ostatnio.

Lubię dokumenty, pisałem już? 😛 Za każdym razem, gdy obejrzę jakiś fajny, to się boję, że to ostatni fajny nowy dokument i nie będzie innych do obejrzenia, ale okazuje się, że zawsze jakiś jest. Zupełnie inaczej niż w przypadku filmów fabularnych, w których bardzo dobre rzeczy trafiają się proporcjonalnie rzadziej.

1

Bardzo dobry materiał wprowadzający do wchodzącego niedługo na ekrany naszych kin „Rush” Rona Howarda. Jedyny minus taki, że natkniecie się w nim na Spoiler Ostateczny, więc jeśli nie znacie historii Lauda/Hunt i nie chcecie sobie zaspoilerować „Rush” to… sorry memory, musicie poczekać z seansem.

„1” to fascynująca historia wyścigów Formuły 1 od ich początków hen aż po śmiertelny wypadek Ayrtona Senny. Skąd takie ramy czasowe? Ano stąd, że głównym problemem, nad którym skupia się autor filmu jest bezpieczeństwo kierowców F1, a raczej jego brak. Historia najpopularniejszych wyścigów samochodowych na świecie opowiedziana jest tu przez pryzmat śmiertelnych ofiar, jakie przyniósł ze sobą tor wyścigowy. A tych, niestety, nie brakowało.

Ci, którzy F1 się nie interesują odkryją, że historia tych wyścigów to materiał nie tylko na jeden „Rush”, ale i na kilka innych emocjonujących filmów z bohaterami z krwi i kości, którzy dla radości milionów (ale i dla własnej satysfakcji) tydzień w tydzień ryzykowali swoim życiem w bolidach, które nie zapewniały im nawet minimum bezpieczeństwa. Poznajemy bliżej największe sławy formuły (ci, którzy przeżyli wypowiadają się tu osobiście) oraz ewolucję, jaką przeszły same wyścigi, samochody i odbiór całego tego wydarzenia przez media.

Dopóki za kierownicą bolidu nie zasiadł Robert Kubica, Formuła 1 wśród powszechnej opinii Polaków traktowana była raczej jako nuda na miarę golfa. Teraz, kiedy Vettel czwarty raz z rzędu zdobył tytuł też może się tak wydawać, ale podczas oglądania tego dwugodzinnego dynamicznego dokumentu pełnego archiwalnych nagrań i ciekawostek – nie ma ani chwili nudy. I trudno uwierzyć, że ktoś kiedyś mógł nazwać F1 nudą – wydaje mi się raczej, że przez żelazną kurtynę ominęło nas wiele wspaniałych rzeczy i właśnie F1 było wśród nich. Bo przedstawione w „1” historie to gotowe scenariusze na świetny film. Pełne emocji i dramatów.

Senny nie pobiło, ale film i tak mustsee. Tylko, co mnie lekko zdziwiło, Fassbender w roli lektora strasznie bezpłciowy. 9/10

***

Good Ol’ Freda

Przeczytałem właśnie dziwną recenzję na Onecie, z którą sam nie wiem czy bardzo się nie zgadzam, czy może tylko trochę się nie zgadzam. Autorka narzeka, że to nie film o Beatlesach i.. no głównie na to narzeka. A gdzie w tytule jest napisane, że to film o Beatlesach? Może jakiejś machinie promocyjnej dała się nabrać ona i rzesze zawiedzionych fanów, na których się powołuje, bo to miło mieć takie towarzystwo, a nie narzekać w samotności.

Wszystko się zgadza, to raczej nie jest dokument dla zatwardziałych fanów Beatlesów, którzy o swoich idolach wiedzą wszystko. Nie dowiedzą się z niego niczego więcej, bo to nie jest, do jasnej cholery, dokument o Beatlesach. Sorry, jeśli znudzą Was opowieści o tym, jak to tytułowa bohaterka spędzała wiele czasu z rodzicami Ringo Starra i tam uczyła się tańczyć walca, ale w końcu to opowieść o niej. Może też głównie dlatego, że wszyscy o Beatlesach i tak wszystko wiedzą?

Freda była sekretarką Czwórki z Liverpoolu i szefową ich fanklubu praktycznie od początku istnienia Beatlesów w ostatecznym składzie. Towarzyszyła im do samego końca, a potem po prostu zmieniła pracę i bardziej zainteresowało ją normalne życie, rodzina. Nikomu nawet się nie chwaliła ze swojej przeszłości i dopiero teraz postanowiła o niej opowiedzieć. A przynajmniej tak wynika z filmu i tego się trzymam. Co zresztą w złym świetle stawia opinię z onetowej recenzji, że Freda sprawia wrażenie zadufanej w sobie. No rzeczywiście, każdy słyszał o good ol’ Fredzie, była u Jaya Leno itd. (mam nadzieję, że nie była, bo ironizuję 😉 ) i gdzie tylko może przez te trzydzieści lat afiszowała się ze swoją osobą. A tego oczekiwałbym po zadufanej w sobie sekretarce Beatlesów.

Nie znajdziecie tutaj żadnych pikantnych faktów z życia Beatlesów, poznacie jedynie dość powierzchownie ich historię raz jeszcze, bo nie ma potrzeby bardziej tego eksponować. Skoro dostajemy film z punktu widzenia sekretarki to na to się przygotujmy. Z pewnością osoby, które nie „siedzą w temacie” i tak znajdą tu sporo anegdotek i ciekawych historyjek, a i uda im się posłuchać kilku beatlesowych kawałków, co wcale nie było takie oczywiste. Przyszykujcie się na ciekawą historię szarej i skromnej eminencji, która znalazła się w samym środku Oka Cyklonu, a nie będzie zawiedzeni. Powieje nostalgią, a i małą łęzką na dźwięk finałowej konkluzji.

Jedyne czego brakuje to komentarzy Czwórki. Dwóch z wiadomych względów wypowiedzieć się nie mogło (nie ma jednak też nic archiwalnego), ale ogólnie można odnieść wrażenie, że naszą bohaterkę (wbrew temu, co mówi) mieli głęboko w poważaniu. Trochę to zgrzyta tak samo jak i końcowa wypowiedź Ringo Starra przypominająca raczej „zrobienie łaski” niż szczere nagranie. 8/10

***

Birth of the Living Dead

Jak ja lubię dobre dokumenty o dobrych filmach, które dobrze znam. Na starość pamięć mam coraz gorszą i wiele filmów, nawet tych najbardziej klasycznych z klasycznych, dawno rozmyło się w mojej pamięci, ale jest parę tytułów, które znam na tyle dobrze, żeby spokojnie obejrzeć o nich dokument bez wrażenia: „a tego nie pamiętam”.

Bo słaba znajomość filmu może zepsuć odbiór dobrego dokumentu o nim.

Dość chromolenia, na koniec mam dla Was dokument o Nocy żywych trupów George’a A. Romero. Z ust samego reżysera poznajemy szczegóły powstania tego niskobudżetowego filmu, który miał zmienić oblicze kina grozy na następne lata (choć trochę na to trzeba było poczekać), jego fani opowiadają o tym, co najbardziej w nim lubią, a niektóre sekwencje rozdzierane tu są na czynniki pierwsze, by dokładniej opisać, czemu Słowacki wielkim poetą był.

Absloutne mustsee dla fanów horroru i dobrego humoru. Z ust dziadzia Romero płynie wiele ciekawych rzeczy (pomijam, że zawsze bardziej miałem go za szczęściarza niż dobrego reżysera; słuchając go tutaj jestem gotów uwierzyć w to, że wszystko co dobre powstało dzięki jego reżyserskiemu geniuszowi), a i parę lekcji z jego opowieści mogą wyciągnąć początkujący adepci sztuki filmowej, którzy chcieliby zwojować świat. Mimo wszystko mają dużo łatwiej niż Romero, przynajmniej jeśli chodzi o możliwości techniczne.

„Birth…” to również kopalnia imdbowskiej trivii i encyklopedia wiedzy niepotrzebnej z gatunku: mój księgowy zagrał trzy role w tym dwie role zombie. Plus zapis zmian społecznych, do jakich odwoływała się (świadomie bądź nie) „Noc…” – ten kontekst jest dość szczegółowo zakreślony,

I tylko jeden wątek tego filmu uznaję za zupełnie niepotrzebny – kolesia, który na swoich lekcjach uczy 7-8 latków (tak na oko)… nie wiem czego ich w sumie uczy i co to za bzdurna koncepcja. – A więc kto wie, co trzeba zrobić, żeby zabić zombie? – Trzeeebaaa muuu strzeeelić prooostooo w głooowęęęę. – Brawo! – cieszy się ów belfer na Q&A po wspólnym seansie filmu. 9/10

(1620)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.