„Ostatni król Szkocji” [„The Last King of Scotland”]

Zwykle opiniami innych o danym filmie przejmuję się średnio i można powiedzieć, że nie słucham ich w ogóle, bo w końcu jak chcę coś wiedzieć o filmie to go oglądam zamiast oglądać się na innych, ale mimo to coś tam zawsze mi się o oczy i uszy obije i jakaś opinia wpadnie (szczególnie, że w kwestii spoilerów jestem elastyczny i bez strachu zagladam we wszelakie wątki dotyczące filmów, których jeszcze nie widziałem). No i tak czasem podświadomie zupełnie się zdarzy, że mimo wszystko coś mnie przed danym tytułem hamuje. Jak ta dziewica przysłowiowa – chciałbym, ale się boję. No i taka też sytuacja była w przypadku „Ostatniego króla Szkocji”. Widzowie zbytnio zadowoleni nie byli i choć daleko ich opiniom było od wieszania na filmie psów to jednak wyłaniał mi się z nich obraz filmu takiego sobie, nijakiego w gruncie rzeczy. Najczęście powtarzanym słowem w tych opiniach było chyba słowo „ale”. Dobry ale… Ciekawy ale… Nawet nie taki zły ale… itd. W związku z tym zwlekałem i zwlekałem i zwlekałem, aż w końcu obejrzałem.

Nicholas Garrigan (James McAvoy) kończy studia medyczne, co umożliwia mu w końcu wydostanie się spod skrzydeł apodyktycznego ojca. Chłopina jest tak zdesperowany, że bierze w łapę globus i postanawia wyjechać tam, gdzie zatrzyma kręcącą się kulę palcem (nawiasem mówiąc dość nieobiektywna metoda, bo automatycznie wyklucza Arktykę i Antarktydę a przy odrobinie dobrej woli można wycelować w dość konkretne miejsce jak się tylko trochę człowiek postara; a przynajmniej procentowe szanse są dość duże). Wybór pada na Ugandę, w której właśnie nastąpił militarny przewrót a do władzy dochrapał się jowialny Idi Amin (Forest Whitaker). Wkrótce drogi obu panów schodzą się w towarzystwie dźwięku wydawanego przez muczącą krowę.

Dobra rzecz jaka mnie spotkała w przypadku „Ostatniego króla Szkocji” była taka, że o Idi Aminie nie miałem zielonego pojęcia. Owszem, nazwisko to było mi znane, ale nic więcej. Oglądając więc ten film byłem naiwny i nieświadomy niczego niczym ten młody lekarz, którego to oczami dane jest nam obserwować wszystko to, co dzieje się w Ugandzie czasów Idi Amina. Dobrze też, że pomimo przeczytania kilku opinii na temat filmu ominęły mnie niektóre wiadomości, które mogły mnie przygotować na to, czego mogę się spodziewać. Choć oczywiście nie będę pisał, że byłem całkiem nieświadomy co w trawie piszczy, bo w końcu gdyby nic nie piszczało to by o tym filmu nie nakręcili.

„Ostatni król Szkocji” to przede wszystkim „one man show” w wykonaniu nagrodzonego Oscarem Foresta Whitakera. Aż trudno uwierzyć, że facet zaczynał od gonienia za Jean Claudem van Dammem w „Krwawym sporcie”. Zresztą kto wie, może i van Damme by zagrał wybitnie gdyby w końcu ktoś podrzucił mu odpowiedni do tego scenariusz. Obawiam się jednak, że nie będzie nam dane się o tym przekonać. Natomiast co do Whitakera to już dawno było wiadomo, że to dobry aktor i w końcu doczekał się golasa. Wykorzystał życiową szansę w postaci możliwości zagrania barwnej i wyrazistej postaci (w postaci postaci, a co!). A materiał miał wyśmienity, bo humorzasty Idi Amin w jednej scenie był wesoły, w drugiej podejrzewał cały świat że mu głowę z kibla wystawia, gdy on się właśnie załatwia. W jednej pomykał na scenie z tancerkami a w drugiej kontemplował niewątpliwy hit kinowy lat siedemdziesiątych – „Głębokie gardło” z unieśmiertelnioną dzięki tytułowej umiejętności Lindą Lovelace. Itd. itd. Każdy by Oscara dostał, phi.

Mimo wszystko dla mnie Whitaker nie był dla mnie aż tak dominującym elementem filmu i raczej daleki jestem od pisania, że gdyby nie rola Whitakera to by nie było co oglądać. Bzdura. Oprócz tej znakomitej kreacji pozostaje przecież jeszcze naprawdę dobry film oparty na książce Gilesa Fodena (aczkolwiek dość znacznie zmodyfikowanej na potrzeby filmu) i wciągająca historia osnuta wokół historycznych wydarzeń (sama postać Garrigana jest postacią fikcyjną). Wydarzeń, które zresztą zaraz po obejrzeniu filmu zapragnąłem nieco bardziej zgłębić a to bez obejrzenia dobrego filmu nie byłoby raczej możliwe. No i jeszcze oprócz tego wszystkiego mogłem podziwiać ten cały background, o którym pisałem w przypadku „Catch a Fire”. Nie wiem skąd mi się to tak wzięło (dawniej chyba tak nie miałem) ale naprawdę lubię sobie popatrzeć poza to co na pierwszym planie i kontemplować w myślach: „hmm, te miasta w Ugandzie takie całkiem normalne” itp. Dopracowanie takich szczegółów znakomicie buduje klimat filmu, na który zwracam uwagę. Ideałem jest, gdy czuję, że jestem w środku wydarzeń a w „Ostatnim…” parę razy miałem to uczucie.

Oczywiście trochę zastrzeżeń mam, ale całkiem niedużo. W zasadzie nic takiego, co mogłoby drastycznie obniżyć moją ocenę całego filmu. Czasem można przymknąć oko na takie rzeczy jak dość marne zakończenie (emocjonujące ale…) czy kiepsko rozwiązany wątek pani doktor w roli której pokazała się Gillian Anderson, na którą lubię popatrzeć – i w myśl tej zasady przymykam je i nie drążę dalej. Zamiast tego odwrócę Waszą uwagę ciekawostką. Oto imponująca ilość odznaczeń, które Idi Amin nosi przypięte do munduru i na które to był łasy niczym Hindus na curry:

Zauważyliście coś ciekawego? Może to:

Virtuti Militari jak w mordę strzelił.

Bardzo dobry film, Drodzy Moi. Obejrzałem grzecznie od początku do końca i nie nudziłem się ani przez chwilę. O plusach mogliście poczytać, minusy zatuszowałem ciekawostką… 5+(6). Innej możliwości nie widzę.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.