Frost/Nixon

Cóż by to była za recka Quentina, gdyby nie narzekał, że nie wie, co napisać, bo jest niewyspany/chory/zmęczony/łotewer i nie może zebrać myśli, prawda? No więc i tę koniecznie trzeba opatrzyć taką klauzulą. I jak zawsze: będzie krótko, bo mi się nie chce rozpisywać.

Kiedy prezydent Nixon zrezygnował z prezydentury, wielu było zawiedzionych jego postawą. Nie przeprosił za swoje postępowanie i wszystko wskazywało, że nie poczuwa się do żadnej winy. Jego następca szybko wręczył mu ułaskawienie za wszystko zło, które popełnił/nie popełnił/wydawało się że popełnił, co dodatkowo utwierdziło Nixona w przekonaniu, że jest niewinny i że o wiele więcej dobrego niż złego za swojej kadencji zrobił. I wtedy pojawił się australijski Krzysztof Ibisz David Frost, który postanowił przeprowadzić z byłym prezydentem szczery wywiad. Celem tego gospodarza talk show było wyduszenie tego i owego od Nixona, a celem prezydenta było maksymalne wybielenie się i przekazanie opinii publicznej, że na każdy jego zły postępek przypada szesnaście dobrych.

Wbrew pozorom nie jest to wypracowanie z amerykańskiej polityki (o ile w ogóle komuś przyszło to głowy zważywszy podyktowany lekką chorobą lekki styl, a być może i lekki brak stylu), a punkt wyjścia do najnowszego filmu w reżyserii Rona Howarda – „Frost/Nixon” opartego na scenariuszu Petera Morgana, specjalisty od przenoszenia na ekran (i na deski teatru, „Frost/Nixon” zanim pojawił się w kinie zawitał w teatrze) politycznych historii, które wstrząsnęły/zaciekawiły/łotewer światem („Ostatni król Szkocji„, „Królowa„).

Dla kogoś, kto lubi takie oparte na faktach filmy, oglądanie „Frost/Nixon” to prawdziwa przyjemność. I choć wydawać by się mogło, że film, który zaczyna się w momencie, który dla wielu mógłby być (i był) punktem kulminacyjnym nie może zaoferować nic ciekawego, to źle by się mogło wydawać, bo nie trzeba czekać ani minuty, żeby film nabrał właściwego tempa, a wydarzenia potoczyły się rwącym potokiem do przodu. I tutaj wielkie brawa dla pana scenarzysty, którego pełne humoru i polotu dialogi trzymają film na właściwym poziomie i choć mowa o rzeczach poważnych, to trudno pozbyć się z ust uśmiechu, w czym również zasługa aktorów, bo i co po dialogach skoro nie ma ich kto wypowiedzieć. Przyjemność tym większa, że brak w obsadzie wielkich i głośnych nazwisk, a najbardziej rozpoznawalny z aktorów Kevin Bacon (choć nie do końca, Asiek: „A ten facet wygląda jak Kevin Bacon”, ja: „Bo to, kochanie, jest Kevin Bacon”) gra trzecie skrzypce. W tytułowe postaci podobnie do sztuki teatralnej wcielili się Frank Langella i Michael Sheen, a partnerują im świetny jak zawsze Oliver Platt, Sam Rockwell i Matthew Macfadyen.

Przez długi czas podczas seansu ocena dla filmu mogła być tylko jedna 6(6). Lubię dobre scenariusze, lubię żywe, pełne polotu dialogi, lubię aktorów, którzy nie zwracają uwagi na siebie tylko na postaci, którą odgrywają, lubię wciągające historie z życia wzięte (to zadziwiające, że wciąż udaje się takie znaleźć, a wydawałoby się, że już chyba wszystkie ciekawe epizody z historii zostały przeniesione na ekran) – jak pisałem, czysta przyjemność. Potem jednak tempo na trochę opadło i ocena musiała „postąpić” tak samo. Maksa więc nie dam, ale ostateczna ocena i tak będzie wysoka. A wszystko w głównej mierze przez zbyt długą scenę rozmowy telefonicznej, która jak sądzę była ukłonem w stronę Franka Langelli, żeby większe szanse na Oscara dostał. Oczywiście wiele dowiedzieliśmy się z niej o samym Nixonie, ale nawet ona nie pomogła, by ostateczna konkluzja prezydentury Nixona była taka, jak w napisach końcowych filmu – od czasu afery Watergate, każda afera dotycząca sfer rządzących opatrzona jest końcówką -gate. I to cała spuścizna tego inteligentnego gawędziarza, którego nie sposób w filmie Howarda nie polubić.

Świetne kino. 5(6). Dodatkowo bodziec, żeby poszperać po jutubie i pooglądać filmiki, do których nigdy by się nie dotarło (ach te ograniczone horyzonty Quentina), gdyby nie hollywoodzki film.
(724)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.