WFF 2013 – Zielona kurtka [Zelena Kofta aka The Green Jacket]

Nic nie pomoże filmowi, gdy ten jest nudny. Nic.

A zapowiadało się ciekawie. Współczesna Ukraina. Z placu zabaw niedaleko swojego bloku znika młody chłopak. Jego siostra, która na chwilę spuściła go z oka, jest zrozpaczona. Na własną rękę rozpoczyna poszukiwania braciszka.

Brzmi jak mroczny thriller, ale w rzeczywistości to wolno snujący się film, który nie miał za dużego budżetu. I o ile jeszcze pierwsze pół godziny jest w miarę ciekawe (choć snuje się jak flaki z olejem – bohaterowie idą, bohaterowie siedzą, bohaterowie patrzą), to potem jest już zupełnie wszystko jedno, jak to się skończy. Byle się skończyło.

Być może niepotrzebnie spodziewałem się właśnie takiego niskobudżetowego mrocznego thrillera i teraz nosem kręcę na surową obyczajowość filmu, ale na to już nic poradzę. Poza historią (i ożywiającą na chwilę film wizytą Dziadka) nie znajduję w nim niczego ciekawego. Jak przystało na niski budżet, zdjęcia – często kręcone z trzęsącej się ręki – z pewnością nie zrobią na nikim wrażenia, a i godzinami można by się czepiać bohaterów, że właściwie to sprawiają wrażenie, jakby zaginięcie dziecka nie zrobiło na nich większego wrażenia. Dalej się snują i gotują makaron.

Absurdalna końcówka kończy te męczarnie i z prawdziwą przyjemnością wychodzi się z kina. Ja wiem, że nie zawsze, aby wstrząsnąć potrzebna jest do tego wstrząsająca forma, ale z kolei minimalizm „Zielonej kurtki” również nijak w uzyskaniu takiego efektu nie pomógł. 4/10

(1609)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.