Lesson of the Evil aka Aku no Kyoten

Przyznam szczerze, że przez pierwszą godzinę przysypiałem. Może dlatego, że było już późno, a może była to wina samego filmu. Wiedziałem co ma się w nim wydarzyć i czekałem i czekałem i nic. Jeszcze pięć minut, jeszcze pięć minut aż w końcu odpuściłem i zostawiłem sobie końcówkę na dzień następny. Jak to w japońskich filmach – nie wszystko było zupełnie normalne, nagle np. bez powodu jacyś kurduple darli się na głównego bohatera, a ja do końca nie wiedziałem dlaczego. Wiedziałem tylko, że to Japonia i tam sprawy załatwia się inaczej.

No byłem zawiedziony.

A na drugi dzień obejrzałem film do końca i naprawdę zacząłem zastanawiać się, czy czasem Takashi Miike nie jest największym z żyjących reżyserów.

Miike z grubsza robi dwa rodzaje filmów (trochę śmieszne stwierdzenie, bo facet obskoczył już chyba każdy gatunek filmowy). Albo są to filmy tak pokręcone, że nie pozostaje już nic innego jak tylko mruknąć pod nosem: „No tak, Japonia”, albo są to filmy całkiem normalne, ale z dodatkiem tego miikeowego szaleństwa, które trudno pomylić z żadnym innym reżyserem. I wtedy z takiego połączenia normalności i szaleństwa powstają filmy, które cieszą oczy i na długo pozostają w pamięci. „Lesson of the Evil” to przykład na ten drugi rodzaj kina.

Nie będę ukrywał „wielkiego twistu”, bo jego nietrudno się domyślić oglądając choćby plakaty filmu. I choć może rzeczywiście lepiej oglądać całość nie mając o niej żadnego pojęcia, to mimo wszystko nadmierna wiedza też nie przeszkadza. Jeśli jednak chcecie nie wiedzieć nic, to sobie odpuśćcie dalsze czytanie, bo będą SPOILERY (ale nie większe niż te co na plakatach). Zostawię dla Was ocenę: 8/10. A my jedziemy dalej.

Film Miikego oparty jest na przednim pomyśle (i przy okazji na książce), choć oczywiście nie ma w nim czegoś, czego nie widzielibyśmy w innych, przeważnie azjatyckich filmach. Bo takie filmy powstają tylko w Azji, gdzie nikt nie przejmuje się zabijaniem dzieci z wielokalibrowego sztucera. Zabijano je niedawno w Kokuhaku (do obejrzenia na najbliższych Pięciu Smakach – polecam), a i zabijano je w kultowym Battle Royale. I tutaj też się je zabija. Ale zanim do tego dojdzie poznajemy super cool nauczyciela, marzenie każdego ucznia. Ma on głowę pełną pomysłów, choć nie zawsze takich, które podobają się jego podopiecznym. Ale to pikuś w porównaniu z tym, co uczniowie odkryją dość szybko – a mianowicie powiązań supercoola z serią tajemniczych samobójstw, które miały miejsce w jego poprzedniej szkole. Wszystko prowadzi już tylko do jednego – marzenia chyba wszystkich nauczycieli.

Finałowa rozpierducha trwa jakieś 40 minut, strzępy ciał fruwają, krew bryzga, młode ciała odrzuca na lewo i prawo. I jeśli nawet męczyłem się przez tę pierwszą godzinę, to szybko o tym zapomniałem. A po zakończeniu filmu obejrzałem sobie początek raz jeszcze i nawet się sobie dziwiłem. Widać rzeczywiście musiałem być zmęczony.

Jest tutaj wszystko, co w dobrym thrillerze być powinno. Zimnokrwisty psychopata, przewodni „Mackie Majcher” towarzyszący kolejnym morderstwom, krwawe flashbacki i wiaderka ze szkieletami. A nawet nordyckie duchy w postaci dwóch kruków. Wszystko to, co i znajdziemy w hollywoodzkich filmach, jeśli dobrze poszukamy. Ale jest też Takashi Miike i to on robi różnicę.

(1558)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.