A Very Short Life, Kokuhaku, Gandhi to Hitler

A Very Short Life

Mają w Hongkongu taki swój system ratingowy filmów, wg którego opisywany właśnie film należy do Kategorii III – filmów dla widzów powyżej 18 roku życia. I w zasadzie tylko to, plus ciekawy plakat, skłoniło mnie do pomyślenia, że może warto na niego rzucić okiem. Po seansie się okazało, że chyba mogłem to sobie darować. No ale zawsze może być gorzej.

Nie dziwi taka klasyfikacja filmu, choć w dzisiejszych czasach po filmie od lat 18 można byłoby się spodziewać się nie wiadomo czego. W AVSL kontrowersyjny jest temat, czyli molestowanie dzieci. A konkretnie jednego dziecka – jedenastoletniej dziewczynki molestowanej przez ojczyma i zabitej przez matkę.

Śmierć to przypadkowa i niezamierzona, choć twarda pani prokurator uważa inaczej i za wszelką cenę stara się zmusić matkę dziewczynki do przyznania, że nie tylko działała z premedytacja, ale i dobrze wiedziała, że jej konkubent notorycznie molestuje dziecko. A matka przyznać się nie chce.

I w zasadzie 3/4 filmu to brutalne przesłuchanie (co ciekawe biorą w nim udział jedynie kobiety) z pominięciem jakichkolwiek standardów i poszanowania praw człowieka. Fizyczne jak i psychiczne.

Z pewnością nie jest to arcydzieło azjatyckiej kinematografii, a raczej przeciętny film, prawie telewizyjny momentami. Bohaterowie rzucają banałami (policjantka opowiadająca o tym całym przesłuchaniu i rozmawiający z nią reżyser) i jakoś trudno im w ogóle uwierzyć, że traktują molestowanie seksualne dzieci jako wielkie przestępstwo. Ot w ich ustach to ciekawa opowiastka o jednej spraw z wielu. Taka tam gadka szmatka na nudnym przyjęciu. 6/10

***

Kokuhaku aka Confessions

Nikt na świecie nie zna się tak na emo jak Japończycy. „Confessions” potwierdza tę zasadę.

Oto klasa liceum bodajże (czy co oni tam mają dla szesnastolatków). A oto pani nauczyciel, która żegna się ze swoimi uczniami. To ostatni dzień w jej pracy i pragnie poinformować wszystkich, że właśnie dokonuje na dwóch uczniach srogiej pomsty za śmierć jej małej córeczki.

Kino zemsty w całej krasie, choć po Japończykach pewnie spodziewalibyście się wodospadów krwi, żyletek i innych robiących krzywdę metalowych przedmiotów. Otóż nie. „Confessions” to opowieść o zemście dokonanej właściwie tylko i wyłącznie za pomocą słów. Po obejrzeniu tego filmu powiedzenie „słowa też ranią” wydaje się prawdziwe jak nigdy.

Nie jest to film dla wszystkich, bo jego tempo jest raczej powolne, a dodatkowo spora ilość ładnie sfilmowanych impresji w zwolnionym tempie jeszcze bardziej wszystko wydłuża. Ale jak już się uda wejść w ten specyficzny klimat filmu, to po skończonym seansie nie powinien on zostawić nikogo zawiedzionego. 8/10

***

Gandhi to Hitler

Pierwotnie się to „My Dear Friend Hitler” nazywało bodajże, ale ktoś uznał, że to już za dużo i złagodził (zneutralizował) tytuł. Żadnej różnicy nie ma, bo kto tylko zobaczy Hitlera w wersji hindi tego świat już nigdy nie będzie taki sam :)

Pomysł na ten film to prawdopodobnie najbardziej porąbany pomysł na film w tym roku. Nie mówię o historii, bo ona w zasadzie jest niczego sobie, ale mówię o tym karkołomnym przedsięwzięciu ze śniadymi aktorami wcielającymi się w postaci Hitlera, Goebbelsa i całej reszty zgrai siedzącej w bunkrze pod Berlinem i czekającej na ruskich aż przyjdą i ich zgwałcą.

Film oparty jest na dwóch listach, które Gandhi wysłał do Hitlera. Jednym przed wojną, a drugim w 1940 roku. Pisał o tym, że wszystkie sprawy można załatwić pokojowo, ale Adolf go nie posłuchał.

Nie powinno się oceniać film po okładce, szczególnie, że z „normalnymi” aktorami i lekko zmienionym scenariuszu wydaje mi się, że byłby on więcej niż OK, ale w tym przypadku nie da się na to nie patrzeć. Joseph i Magda rozmawiający o miłości, Adolf i Eva rozmawiający o shadi (ślub 😉 )… no kabaret.

Do obejrzenia tylko w kategoriach ciekawostki. Bez oceny, bo tu zdrowy rozsądek nic nie pomoże.
(1275)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.