Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Dom zły

Daj mi, dobry Boże, doczekać czasów, w których dźwięk w polskim kinie będzie na tyle dobry, że bez problemu będzie słychać dialogi…

Czasy się zmieniają, a marzeniem niektórych wciąż pozostaje pierdolnięcie tego wszystkiego i wyjazd w Bieszczady. Tak samo bohater naszego filmu, Edek Środoń. Jest przełom lat 80. ubiegłego wieku, a jego życie w jednej chwili wraz z rozlanym barszczem czerwonym staje na głowie. Po krótkim załamaniu i hektolitrach wypitej wódy, Edek stwierdza, że jeszcze nie wszystko stracone. Łapie walizkę i jedzie w Bieszczady, gdzie załapuje się na posadę zootechnika w miejscowym PGR-ze. Zanim jednak dotrze do PGR-u zatrzymuje się na noc w domu miejscowego bimbrownika, gdzie rozpoczynają się tańce, hulanki i swawole.

A to, co wydarzyło się w dalszym ciągu tej nocy jest zagadką, którą przez 106 minut trwania filmu rozwiązuje dla nas Wojtek Smarzowski, reżyser głośnego „Wesela”.

Zgodnie z oczekiwaniami, którymi dzieliłem się tu z Wami, bzdurą okazało się porównywanie Smarzowskiego do „polskiego Tarantino”, a jego filmu do „polskiego Fargo”. Co do tego pierwszego to ciężko nawet stwierdzić, bo dialogi były niewyraźne ;P a z tym drugim „Dom zły” miał wspólnego tyle, że w filmie był śnieg i policjantka w ciąży. Rozumiem konieczność reklamy i zaganiania biednych widzów do kina, ale doprawdy w przypadku Smarzowskiego nie ma się co zasłaniać stylem kogoś innego, bo ten nasz, polski, rodzimy styl reżysera jest wystarczająco dobry, żeby nie było potrzeby zasłaniać go znanymi nazwiskami z Hollywood.

Jednak styl, stylem, ale nie udało się rzucić mnie na kolana, choć miałem po cichu taką nadzieję. Że wyjdę z sali kinowej i powiem „ja pierdolę!” (sorry za wulgaryzm, ale i tak cieszcie się, że zarzuciłem pomysł napisania tej recki językiem złego domu). Miałem chwile zwątpienia, w których był czas, żeby pomyśleć o tym, że jednak nie udało się zrobić takiego filmu, który by złapał, nie puścił i nie pozwalał na rozmyślanie o tym, że nuda. Trochę tej nudy było, ale tak na dobrą sprawę nie wiem, co by trzeba było zrobić, żeby zniknęła. Bo tak po prawdzie wszystko było na swoim miejscu i jednak wycięcie jakiegokolwiek kawałka nudy sprawiłoby, że być może brakłoby jakiegoś elementu układanki. Choćby i nudnego. Cholera wie, skomplikowana sprawa – najpewniej nic by się jednak nie stało, gdyby jedna czy druga libacja została nieco skondensowana. Ewentualnie przycięte niektóre postaci, bo wysyp aktorów charakterystycznych (w podwójnym tego słowa znaczeniu: charakterystycznych i charakterystycznych dla Smarzowskiego, który przemycił tu ze 3/4 obsady „Wesela”) sprawił, że każda z postaci wydała się intrygująca i godna dłuższej uwagi, a tymczasem nie było na to czasu. I ewidentnie ciekawi nie tylko z wyglądu milicjanci mogliby sami zostać bohaterami filmu, a tutaj powiedzieli jedno czy dwa zdania i wtapiali się w tłum. Dość to paradoksalny zarzut, ale co poradzę.

Całkiem niedawno temu, Juliusz Machulski swoim „Ile waży koń trojański” dał sygnał polskim filmowcom, że „hej, ludzie z sentymentem wspominają lata sprzed upadku Muru Berlińskiego, wykorzystajmy to!”. Tyle że na tym sygnale sam skorzystał najmniej, gdyż pomimo usilnej próby wmówienia nam, że bohaterka jego filmu przeniosła się do lat 80. na ekranie było widać „nasze” okolice i co najwyżej po ubraniach bohaterów można się było nabrać. Po niczym więcej. Znacznie lepiej pod tym względem jest w tym, co po Machulskim. Najpierw opisywany tu już wcześniej „Rewers„, a teraz „Dom zły” – obydwa przynoszą nam nieporównywalnie lepszy obraz tamtych czasów. W „Domu…” momentami miałem wrażenie przesady, gdy znikąd pojawiał się Kasprzak (choć może to Grundig był, hmm) albo inne tego typu rzeczy (Trybunę Ludu, którą milicjant podawał Edkowi do wychodka ewidentnie drukowano z jakichś skanów tuż przed nakręceniem sceny 😉 ), ale mimo to właśnie takie pierdoły złożyły się na fajny powrót do przyszłości. To i mundury milicjantów, bo jednak bieszczadzka sceneria to równie dobrze bez żadnych zmian mogłaby „grać” czasy obecne. A skoro o niej, to mały plusik dla dźwiękowców – śnieg chrzęścił pod butami wspaniale!

A to nie wszystko, jeśli chodzi o powroty do przeszłości, bo już w styczniu czeka nas kolejny. „Wszystko, co kocham”, w którym, cytując za mądrym opisem z gazeta.pl: „Olga Frycz poświęciła się dla roli”. Sami sobie wyczajcie to poświęcenie:

Wszystko co kocham – zwiastun

„Dom zły” to mroczna i alkoholowa historia z morderstwem w tle, rodem z cienkich kryminalnych broszurek „Ewa wzywa 07”, czy jak to się tam nazywało to cienkie, niebieskie i o MO. Do końca jesteśmy świadkami rozwikływania tajemnicy, a końcówka jest bardzo zgrabna i „podnosząca” moją ocenę z 4(6) na 4+(6). Na upartego można by się doczepić zbytniego jej zakombinowania, ale nie zamierzam tego robić, bo doceniam, że reżyser chciał chwycić wiele srok za ogon i nie skończyć swojego opowiadania jedynie na kryminalnej zagadce. Dzięki temu mamy dość przerażający obraz tamtych czasów, nieco przekoloryzowany (choć to złe słowo, jeśli wziąć pod uwagę zimne barwy, w jakich został nakręcony), ale wiele mówiący o tym, jak to kiedyś było. No może tylko tej wódce mógł reżyser trochę odpuścić, bo bohaterowie chleją tak bardzo, że człowiek po połowie filmu przestaje w ogóle widzieć, że piją. A i trzeźwieją (bądź nie upijają się) wyjątkowo szybko jak na takie ilości. Zatem milicyjne kolejki alkoholowe wg rangi uważam oficjalnie za przesadzone, przekombinowane i niewiarygodne. Szczególnie że jak mówię: po pół godzinie filmu reżyser już udowodnił swoją tezę, że: tu jest Polska, tu się pije. Ja wiem, że „czasem życie na trzeźwo jest nie do przyjęcia”, ale nawet Franz Maurer tyle nie łoił.

Reasumując (tak, tak, w końcu…:P), bo Asiek przyszedł i muszę kończyć: polecam, ale na nie wiadomo jakie przeżycie się nie nastawiajcie. Należy jednak docenić kolejny polski film, który ma jakąś myśl przewodnią i konsekwentnie się jej trzyma od początku do końca.

EDIT:
Ach, byłbym zapomniał! Animowany noworodek rulez! 😉
(907)

2 odpowiedzi

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.