X-Men Geneza: Wolverine [X-Men Origins: Wolverine]

Zakończyłem dzisiaj minimaraton kinowy, podczas którego obejrzałem trzy największe nowości ostatnich dni. Zacząłem od Wolverine’a, to i od niego zacznę pisanie o tym, com widział. W zestawieniu z resztą obejrzanych filmów wypadł tak pośrodku na, od razu mówię, 4(6). Jakie były dwa pozostałe obejrzane filmy dowiecie się w swoim czasie. Dowiedzielibyście się teraz, ale mi się spać chce, co mnie irytuje, bo przecież się wyspałem i… Ale do rzeczy zamiast na manowce.

Z X-Menami, których prequelem jest Wolverine, jest tak, że właściwie lubię wszystkie trzy części. Kiedyś nie lubiłem pierwszej, ale mi to przeszło i teraz wychodzi na to, że z przyjemnością oglądałem każdą z części. Komiksów nie znam, więc zostawiam je na boku i nijak nie wpływają tym samym na moją ocenę. Ogólnie komiksów za wiele nie czytałem i za filmami na ich kanwie nie przepadam, ale X-Meni stanowią wyjątek od tej reguły. I „Hellboy„. I „Spiderman”. Hmm, a może ja lubię filmy na podstawie komiksów? Hmm.

Jak sam tytuł wskazuje, film opowiada o genezie x-menowej postaci zwanej Wolverinem. Wolverine ów urodził się gdzieś tak w przeddzień wojny secesyjnej, a z innych ciekawostek, jakie go dotyczyły było to, że z dłoni wyrastały mu w momentach wkurwienia głównie – długie, kościste szpony. Wolverine miał brata, z którym w dramatycznych okolicznościach nawiał z domu, by ostatecznie służyć na każdym możliwym wojennym froncie począwszy od wojny secesyjnej aż po wojnę w Wietnamie. Koniec końców trafił do tajemniczej jednostki wojskowej w skład której należeli podobni mu mutanci.

Z „Wolverinem” jest dokładnie na odwrót niż z filmami… porno. W pornosach nawijki stanowią jedynie wstęp do poważniejszej akcji. No i wielu widzów pornosów (podobno, tak słyszałem ;P) przewija te dialogi, żeby dotrzeć do akcji, która jest najważniejsza. W „Wolverinie” miałem ochotę przewinąć akcje (choć były to rzecz jasna akcje innego rodzaju niż w pornosach), żeby szybko dotrzeć do spokojnego filmu pełnego nieprawdopodobnych wyskoków, piruetów, łapania kul zębami i pojawiania się znikąd. Szczerze bowiem mówiąc akcje te były na maks przekombinowane według jakiegoś tajnego wzoru na coolowość akcji. Co innego reszta fabuły. Komiksowa opowieść o bohaterze, który obdarzony nadludzkimi mocami wcale nie ma łatwiej w życiu niż przeciętny Kowalski. Dramatyczne zwroty akcji, śmierć bliskich, niemożność spokojnego życia… ot komiksowa proza życia. I pod względem tej właśnie fabuły bardzo przyjemniej śledziło się losy głównego bohatera. A że Hugh Jackman sympatyczny, to i łatwiej było to śledzić, choć z grubsza wiadomo było do czego to wszystko zmierza i tak.

No ale zawsze przychodziła jakaś akcja, która mnie akurat raziła nadmierną komiksowością i przerysowaniem. Apogeum tego przyszło przy meganiepotrzebnej scenie walki bokserskiej z grubym facetem. Już po trailerze wiedziałem, że ten gruby facet będzie najsłabszym ogniwem tej historii i się nie pomyliłem. Nie mogli po prostu do niego przyjść, zapytać się o to co chcieli wiedzieć i se pójść? Musieli przedłużać w nieskończoność ten (zabawny w zamierzeniu) wątek?

Oczywiście nie jest tak, że akcja w „Wolverinie” jest całkiem do kitu, bo nie byłoby przecież po co tego oglądać, zważywszy że w filmie tym cały czas coś się dzieje, coś jest rozwalane, a jakieś dwa mutanty walczą co trochę ze sobą. Da się przeżyć, choć wydaje mi się, że paradoksalnie, lepszy był to materiał na dramat obyczajowy niż na rasowe kino akcji.

Historia Wolverine’a to wymarzony wprost pretekst do zaszpanowania wypasionymi efektami specjalnymi i innymi tego typu fajerwerkami. Głównie dla nich odwiedziłem kino, nie będę ściemniał. Wiadomo że na jakiś czas przed premierą, światło dzienne ujrzała w internecie kopia filmu wykastrowana z większości efektów. I ja nie wiem czy miało to jakiś wpływ, ale gotów jestem się założyć, że tak. Efekty w „Wolverinie” były albowiem momentami żenujące. NIespotykane jak na taką produkcję opartą na efektach. Coś mi mówi, że postanowiono nie przykładać się do podrasowania efektów skoro i tak ściągalność workprinta osiągała miliony. Dopracowano więc chyba na odpieprz się niegotowe efekty i tyle. Koszmarnie słabo były zrobione szpony Wolverine’a. Szczególnie widać to w scenie, w której nasz bohater oglądał swoje nowe cuda w łazience przyjaznych dziadków. Wyglądały gorzej niż dorysowane. A takich rzeczy było dużo więcej, na czele z maszynami z tartaku, które dźwigały ścięte drzewa. Nie wiem, dlaczego nie użyto prawdziwych (chyba wystarczyło się przejechać z kamerą na wyrąb, nie) tylko wstawiono karykaturalne animki, które nijak nie zachowywały się jak ciężka maszyneria. Fajowy był też Pickard z fotoszopa :) Efekt tego wszystkiego taki, że zamiast być najmocniejszym punktem filmu, były punktem najsłabszym. Obejrzenie workprinta po wizycie w kinie na wersji finalnej zapewne będzie wielką frajdą, której zamierzam w najbliższym czasie doświadczyć.

A skoro o punkcie najsłabszym, to może słowo o punkcie najmocniejszym. A był nim Liev Schreiber, który zagrał badgaja na poziomie, o który trudno byłoby podejrzewać tego misiowatego aktora. Miał w sobie tyle dzikości, ile było potrzeba. Jackman wyglądał, Schreiber grał – równowaga w przyrodzie (w końcu rosomak i szablozębny czy jak mu tam) musi być zachowana.

Ogólnie jednak nie żałuję wizyty w kinie i za kasą na bilet nie będę jęczał. Lubię filmowych X-Menów, stąd pewnie moja sympatyczna w gruncie rzeczy opinia. Zrobią następny film, to pewnie też pójdę. Gambit, z któym to obejrzałem, chwalił twórców za sprytne wyjście z sytuacji – dawno temu przy okazji pierwszych X-menów zawalili sprawę z Szablozębnym, bo zrobili z niego popierdółkę rozwaloną przez Wolverine’a zanim przebrzmiały napisy początkowe filmu. Kto mógł przypuszczać, że jeszcze się im ta postać przyda. Tu, żeby się nie kojarzyło z początkiem filmu Singera, ksywa Szablozębny nie pada chyba ani razu. Schreiber gra złego przeciwnika/brata głównego bohatera i tyle. To tak jak z Boba Fettem w „Gwiezdnych wojnach”. W pierwszych epizodach zrobili z niego mastaha, a tymczasem człowiek to ogląda i ma świadomość, że w epizodach następnych (nakręconych of koz 30 lat wcześniej) Boba to popierdółka, który wpadł do jamy Sarlaka czy jak mu tam było. Trudno więc uwierzyć, że to taki mastah, ale co robić, skoro fani go lubili…Ja bym w każdym bądź razie nie zauważył tego myku z Szablozębnym, gdyby nie gambit. A a propos gambita, tego filmowego, to jakiś taki niedomyślny był. Zirytował mnie tylko, gdy przeszkodził Wolverine’owi pytając się zaraz potem głupio, czy rzeczywiście chce pozabijać kogo trzeba. No kurde, przecie już się zamachiwał na braciaka. No ale by trzeba było film kończyć, więc trzeba było jakoś wybrnąć z sytuacji. Głupio bo głupio, ale zawsze. No ale to nie jest oscarowy scenariusz, więc nie ma co za dużo narzekać na niego. A byłoby sporo okazji.

Osobne brawa dla tłumacza. Lecą chłopaki samolotem, w napisach stoi jak byk, że zaraz wylądują w Las Vegas, a oni lądują w… Lagos. I kurde może mi się to przewidziało, ale wątpię, bo chwilę potem był gwóźdź programu. Stoi sobie na dziedzińcu czołg (tank), a szefu mówi do podwładnego, żeby się nim zająć. Coś w deseń: – Zajmij się czołgiem. – Czołgiem? OK. A jak w napisach? A tak:
– Zajmij się zbiornikiem.
– Zbiornikiem? OK.
Czy jest na sali lekarz…?

Łoj, rozpisałem się. A tu jeszcze tyle spostrzeżeń… Co powoduje, ze taki Wolverine zatrzymał się w rozwoju w „fazie” Hugh Jackmana? Nie starzeje się przecie, to czemu ma stały wiek akurat na poziomie plus minus czterdziestoletniego chłopa? Mógłby się przecie zatrzymać na wieku 5 lat i dupa zbita. Stawał codziennie przed lustrem i sprawdzał, a gdy nadszedł ten dzień powiedział: „Dość, piękniejszy nie będę, teraz STOP”? Powinni to wytłumaczyć w filmie!

Generalnie, mimo słabostek filmu i jego raczej sztampowości, to smutne, że nawet facet od „W pustyni i w puszczy” zrobił karierę. Chcieli go, wzięli go, dali miliony dolarów… A nasi reżyserzy? Mogą sobie pomarzyć. A przecie taki Gavin Hood to jak polski reżyser. Wiem, wiem, Oscara przecie dostał, a nasi mogą sobie napśtykać w tej kwestii, ale mimo wszystko. Szczególnie, że od dawna powtarzam, że Hood pomysł na „Tsotsi” zajumał z polskiego „Sezonu na leszcza”.
(805)

No to jeszcze na koniec filmik, który już pewnie każdy widział, ale przynajmniej trochę ożywi multimedialnie tę reckę.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.