Ile waży Koń Trojański?

OK, to zacznijmy może od plusów.

OK, to skoro plusy mamy już załatwione, to teraz przejdziemy do minusów.

OK, przesadzam. Ale niedużo. Plusy w najnowszej komedii Juliusza Machulskiego były. Jeden w postaci postaci granej przez Roberta Więckiewicza (marnuje się on jeszcze w „Samo życie”?), który skradł dla siebie cały show, choć zadania trudnego nie miał w ogóle. Gdyby nie on, to już w ogóle czarna rozpacz by została, choć (stawia się przecinek przez „choć”?) i jego było w pewnym momencie za dużo. Tyle, że to nie wina samego Więckiewicza, ale raczej durnego scenariusza, który „kazał” mu odbijać miłość żony w towarzystwie swojej kochanki. Żal było patrzeć, jak jęczy „wróć do mnie” przyprowadzając ze sobą na tę misję lafiryndę z włosami pod pachami (powód największego i najdłuższego śmiechu widowni). Drugim natomiast plusem jest fakt, że dzięki takim filmom jak ten, bardziej docenia się inne produkcje, które nagle nie wydają się już być takie złe. O „To nie tak jak myślisz, kotku” mowa.

Fabułę filmu zna raczej każdy, bo reklamę miał niewspółmiernie dużą w stosunku do jakości reklamowanego towaru. Główna bohaterka tego filmidła (nie chce mi się sprawdzać, jak miała na imię, Zosia chyba – w roli tej Lucy z „Rancza”, czyli drewniana Ilona Ostrowska) wskutek nie wiadomo czego (chyba klątwy milenijnej; wiecie, takie coś co to na przełomie 1999/2000 miały komputery do epoki kamienia łupanego nas cofnąć) cofa się o trzynaście bodajże lat i na nowo ma możliwość przeżycia swojego życia. I choć nie zmieniła się ani trochę, to nikogo z jej otoczenia nie dziwi, że taka już podeszła wiekiem z twarzy jest. W każdym bądź razie w przeszłości tej peerelowskiej poszukuje miłości swojego życia w postaci drewnianego scenarzysty, który postacią wiarygodną w żadnym bądź razie nie jest – chłopak oczytany, mądry, erudyta pełną gębą, omnibus i przechuj w jednym… gdyby rzeczywiście tacy scenarzyści chodzili po polskiej ziemi to by nie trzeba było się męczyć na takich durnotach jak „Ile waży Koń Trojański?”. WTF w ogóle z tym tytułem?

Gambit, z którym standardowo byłem w kinie, sprzedał mi przed seansem informację wyczytaną w wywiadzie z Machulskim, jakoby „Ile waż…” był filmem kręconym z myślą o Hollywood (a może to scenariusz był dla Hollywood? jeden pies). Disney jednak olał sprawę i odrzucił pozew o sławę tłumacząc, że pomysł filmu jest zbyt mało oryginalny. Machulski został z ręką w nocniku, a myśmy się zastanawiali, czemu Disney nie zainteresował się tym dziełem, które przecie dość intrygujący punkt wyjścia miało (choć pewnie dla nas, którzy PRL widzieli na własne oczy ten punkt wyjścia jest bardziej intrygujący niż dla przeciętnego zjadacza King Burgera; BTW po seansie nawiedziliśmy Jeff’s-a, reklama mnie skusiła, wicie, wujek Sam? nie, z Krystyną – nie polecam, gówniane jedzenie tam mają i drogie na dodatek). Po dziesięciu minutach już wiedzieliśmy, dlaczego. Więckiewicz z porożem rymnął do wykopanego kanału a gambit powiedział: „w tym właśnie momencie u Disneya zamknęli scenariusz i wyrzucili go do kosza”. Kurde, jak sobie gambit bloga nie założy to wszystkie moje zajebiste teksty przepadną ;P Jego tylko cytuję, bo samemu nie wypada się chwalić (taaa ;P), a sam wychodzę na drętwotę przy nim.

Nie mam czasu na pastwienie się nad tym filmem. Sprzątać przed Sylwestrem muszę. Dlatego daruję sobie elaboraty (taaa ;P) które zresztą i tak co najwyżej przyciągną nowe pokolenie internautów spod znaku wytykania przy byle okazji byle czego. Nie wiem po co ta dygresja, przecie lubię tych wszystkich wyzywających mnie od ktytykuff. Odbiegam od tematu niebezpiecznie, a miało nie być elaboratu. Widzicie, jak mam przerąbane? Tyle myśli na raz mi się we łbie goni ;P

Nigdy nie byłem wielkim fanem Machulskiego (aczkolwiek „Vabank” uważam za genialny film, a „Vinci” bardzo mi się podobał – oba mimo bzdur w scenariuszu) i specjalnie się nie dziwię, że takie guano nakręcił (np. „Kiler” „podobał” mi się podobnie), ale to przerażające, że są w tym kraju ludzie, którzy widzą, że siedzą nad bzdurą, w której ani sensownej fabuły nie ma, ani dobrego aktorstwa. Bo naprawdę, gwiazdy tego filmu gorzej zagrały od Kukiza i Gabryjelskiej w „Girl Guide” (no dobra, nie jestem taki okropny, z tą Gabryjelską to przesadzam), a cały film przypomina produkcje z gatunku „Good Bye Rockefeller” puszczane o 10:30 w niedzielny poranek w TVP. Kupy się toto wszystko nie trzyma, przenoszenie się w czasie, które samo w sobie jest bzdurą (biorąc obecny stan nauki ble ble ble; to nie argument na nie przeciwko filmowi, bo to tylko konwencja, którą obrał – wspominam zatem o tym czysto w celach informacyjnych, o co mi chodzi, choć mam wrażenie, że coraz mniej wiadomo im dłuższy jest ten nawias…) w wydaniu Machulskiego żadnego sensu i wytłumaczenia nie ma. Ot babka się przenosi i już. Dlaczego? A ja wiem? Zaserwowane przez Machulskiego wytłumaczenie miałoby jako taki sens, gdyby nie babcia, ale to i tak wszystko jest na nic, bo samo zakończenie jest bzdurą przez duże BZ. Kiepsko zrobiony film z kiepsko grającymi aktorami. Machulski tyle lat już filmy kręci, że trudno mi uwierzyć, że to rzeczywiście on nakręcił. A i jeszcze kasy za wiele chyba nie miał, bo średnio wykorzystał wymyśloną przez siebie historię – gdyby nie maluchy i katany to ciężko by było rozpoznać, który jest 2000 (równie egzotyczny dla Polaka AD 2008/2009), a który 1987. No i jeszcze po papierowej torebce na ptasie mleczko. Szerokich planów nie ma tu co szukać z wiadomych względów, a gdy już pokazują zakorkowaną drogę to przysiągłbym, że widziałem na niej Hyundaia. Jest też jedna scena rodem z „Forresta Gumpa”, czyli główna bohaterka wklejona na archiwalny film o Okęciu. Boki zrywać, choć gambit przeoczył ;P

Jako taką zabawę można mieć przy rozgryzaniu pojawiających się od czasu do czasu znanych postaci w wersji „younger”. Większość z nich oczywiście przyjeżdża formułą nie pozostawiając jakichkolwiek złudzeń, ale z kilkoma osobami mieliśmy, wstyd się przyznać, problemy. Głównie z tym przyszłym właścicielem prywatnej stacji TV, którego syn Iwo lubi łazić po górach. Z tym nominowanym do Oscara reżyserem też mieliśmy zgryz, bo niby Kieślowski, ale jakiś taki za młody (Jacek Borcuch, w realu mąż głównej bohaterki) na Kieślowskiego chyba. No i ten film, którego konferencja prasowa się w trojańskim koniu odbywała, jakoś nie pasuje do Kieślowskiego, a przynajmniej nie tego, który już kręcił „Dekalog”. No ale raz z polskiego kina jestem noga, a dwa Machulski Kieślowskiego zna lepiej – w końcu to u niego debiutował jako aktor. Nevermind. A i pytanie: czy bohaterka grana przez Maję Ostaszewską to rozrachunek reżysera z jego żoną Lizą Machulską? Zdziwiłem się właśnie, bo myślałem, że to była żona, a tu chyba nie sądząc po Filmwebie. Choć i tak bardziej dziwne są pozytywne głosy odnośnie tego badziewia, jakim jest „Ile waży…”.

Jednym słowem: 1+(6)
(721)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.